W skrócie
- Piotr Lisek nie awansował do finału mistrzostw świata w skoku o tyczce, mimo dobrego występu i skoku na 5,70 m.
- W decydującym momencie lepsi okazali się tyczkarze z Kataru i Turcji, wyrzucając Polaka z finału.
- Lisek nie poddaje się, planuje odpocząć i zamierza powalczyć o wyższą formę w kolejnym sezonie.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Piotr Lisek w ostatnich sezonach mierzy się z wieloma problemami. Te sportowe to pikuś przy tym, co wydarzyło się w jego życiu. Nasz tyczkarz dzielnie się jednak trzyma i próbuje się odbudowywać.
Ciągle jednak coś się dzieje w jego życiu. Jak choćby w tym sezonie, kiedy to w jego trakcie trenerem Liska przestał być Marcin Szczepański. W trybie awaryjnym szkoleniowcem została jego żona Aleksandra, była tyczkarka.
Gigantyczny pomruk po skoku Duplantisa. Później ruszył Lisek, aż żona zareagowała
Piotr Lisek: brak mi słów, oczekiwałem więcej od siebie
Mimo problemów Lisek ustabilizował się w tym sezonie. Bardzo często przeskakiwał poprzeczkę zawieszoną powyżej 5,70 m, ale ani razu nie udało mu się pokonać wysokości 5,80 m. Nie miał też pewnie wielkich nadziei przed przyjazdem do Tokio, choć jak zwykle walczył o finał.
By w nim wystąpić, wystarczyło skoczyć 5,75 m, a niewiele zabrakło, by Liskowi awans dała wysokość 5,70 m. W ostatniej jednak chwili w trzech próbach 5,75 m zaliczyli Turek Ersu Sasma i Katarczyk Seifeldin Heneida Abdesalam, którzy wyrzucili Polaka z finału.
- To był dobry konkurs, w którym wszyscy bardzo dobrze skakali. Będzie co oglądać w finale, choć ten będzie beze mnie. Byłem pierwszym pod kreską. Jest mi przykro. Myślałem, że trochę inaczej będzie to wyglądać - mówił smutny Lisek.
Sądziłem, że pokonanie 5,75 m będzie dla mnie łatwiejsze. Na miejscu zostałem jednak zweryfikowany. Nie wiem, co mam powiedzieć. Brak mi słów. Oczekiwałem więcej od siebie. To nie jest tak, że to, co się stało, po mnie spływa
Chce znowu skakać na wysokim poziomie
Nasz tyczkarz przyznał, że liczył się z tym, że w Tokio trzeba będzie skoczyć 5,75 m, by awansować do finału. Choć nie pokonał tej wysokości, to podtrzymał, że był gotowy na to, by przeskoczyć tak wysoko zawieszoną poprzeczkę.
- Skok na 5,70 m pokazał, że idziemy w dobrą stronę. Jest jednak, jak jest. Myślę teraz, co z kolejnym sezonem. Co zrobić, by skakać wyżej - powiedział.
- Zaczynam dochodzić do siebie. Wiem, w jakim miejscu byłem. Nawet 5,70 m skakałem w kratkę. W tym sezonie jestem stabilny na tej wysokości. Mam nadzieję, że w kolejnych sezonach ta stabilizacja będzie na wyższym pułapie. Muszę jednak odpocząć i wszystko sobie poukładać. Czuję, że moje ciało znowu wchodzi na wysokie obroty - dodał 33-latek.
Z Tokio - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:
















