W skrócie
- Wanda Panfil wywalczyła złoty medal w maratonie podczas mistrzostw świata w Tokio w 1991 roku, przełamując kryzys polskiej lekkoatletyki.
- Jej droga do sukcesu była pełna wyrzeczeń, odważnych decyzji oraz walki z przeciwnościami losu, zarówno sportowymi, jak i osobistymi.
- Choć przez lata jej osiągnięcia były niedoceniane w Polsce, dziś jej imię widnieje na ulicy w rodzinnym mieście i na tablicy bohaterów lekkoatletycznych w Tokio.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku to był bardzo trudny czas w Polsce. Nasz kraj przechodził transformację ustrojową i bieda aż piszczała. Oczywiście, kto wówczas miał się dorobić, ten się dorobił, ale ogólnie nie było najlepiej.
Polska budziła się dopiero po latach socjalistycznych rządów i uczyła się żyć w nowym świecie. Najbardziej ucierpiał wówczas sport, który przeżywał wielki kryzys, dlatego każdy - nawet najmniejszy sukces - cieszył.
Problemy w lekkoatletycznych mistrzostwach świata. Zagrożenie zdrowia i bezpieczeństwa
Historyczne mistrzostwa i sukces Polaków, po chwili nastąpiła zapaść
Pierwsze lekkoatletyczne mistrzostwa świata w odbywały się w 1983 roku w Helsinkach. Polska zdobyła wówczas cztery medale. Po złoto sięgnęli Zdzisław Hoffmann w trójskoku i Edward Sarul w pchnięciu kulą. Wicemistrzem świata w biegu na 3000 metrów z przeszkodami został Bogusław Mamiński, a Zdzisław Kwaśny został brązowym medalistą w rzucie młotem.
To były ostatnie podrygi wielkich sukcesów polskich lekkoatletów. Biało-Czerwoni przez polityczną decyzję nie pojechali na igrzyska olimpijskie do Los Angeles (1984) i zaczął się potworny kryzys Królowej Sportu w naszym kraju.
W 1986 roku Polska wywalczyła tylko jeden medal w mistrzostwach Europy w Stuttgarcie. Zdobyła go żeńska sztafeta 4x400 metrów (Ewa Kasprzyk, Marzena Wojdecka, Elżbieta Kapusta i Genowefa Błaszak). Rok później nasz kraj - pierwszy i jak do tej pory jedyny w historii - wrócił bez medalu z mistrzostw świata w Rzymie. Przebudzeniem były mistrzostwa Europy w Splicie w 1990 roku, gdzie nasza ekipa zdobyła dwa medale, które były wówczas dość niespodziewane. Na najniższym stopniu podium stanęli wówczas Piotr Piekarski (800 m) i Sławomir Majusiak (5000 m).
Wanda Panfil nadzieją na Tokio. Polka nie zawiodła
Rok później w czasie mistrzostw świata w Tokio (1991) naszą największą nadzieją była - tak, tak, to nie jest przekłamanie - maratonka Wanda Panfil. Dzisiaj to jest trudne do uwierzenia, ale przed dominacją afrykańskich biegaczy, to właśnie Europa brylowała na długich dystansach.
32-letnia wówczas Polka robiła rzeczy wielkie na maratońskich trasach. W 1990 roku wygrała w: Nagoi, Londynie i Nowym Jorku. Jeszcze przed mistrzostwami świata w Tokio triumfowała w Bostonie. To właśnie tam ustanowiła rekord życiowy - 2:14.18. Nigdy niestety nie został uznany za oficjalny i tym samym nie był rekordem Polski. Wszystko dlatego, że w Bostonie są zbyt duże spadki pomiędzy startem a metą, sięgające 42 metrów, co nie jest regulaminowe. Nigdy jednak żadna inna polska maratonka nie przebiegła dystansu 42 kilometrów i 195 metrów szybciej od Panfil.
Do Japonii jechała ona zatem bić się o złoto. I zadanie wykonała w wielkim stylu, choć na trasie nie zabrakło problemów, a rywalizacja toczyła się w piekielnych warunkach. Było gorąco i była niesamowita wilgotność powietrza. Panfil była wówczas dla Polaków takim światełkiem w tunelu. A sama maratonka dwa lata z rzędu - 1990 i 1991 - była wybierana najlepszym polskim sportowcem roku w plebiscycie "Przeglądu Sportowego".
Zdobyłam ten złoty medal, ale nie byłam poważana w kraju. Także przez Polski Związek Lekkiej Atletyki (PZLA). Chyba dlatego, że robiłam karierę poza krajem, bo w Polsce to wówczas było niemożliwe. I za swoje pieniądze. Nikt z PZLA, czy Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) nigdy nie zapraszał mnie na żadne imprezy. O czym tu zatem rozmawiać. Zawsze byłam na rozdrożu i jestem na nim do tej pory
Czas Panfil byłby teraz dopiero 398. na listach według World Athletics, ale listy te - to już wiadomo - nie są pełne. Nie uwzględnia się bowiem niektórych wyników z Bostonu i Sydney. Od tego czasu nastąpiła jednak rewolucja w sprzęcie, więc tak naprawdę tych wyników sprzed lat kompletnie nie można porównywać do tego, co mamy teraz.
- Powinno być tak, że skoro wchodzi nowy sprzęt, to kasujemy wcześniejsze rekordy. Przecież jest przepaść choćby między butami dostępnymi wówczas a teraz albo koszulkami, czy spodenkami. To ponad 30 lat temu było ciężkie. Teraz całe ubranie maratończyka waży kilka gramów - przyznała Panfil.
Była gwiazdą światowego sportu. Mogła liczyć na takie przywileje jak Carl Lewis
W wieku 32 lat była wielką gwiazdą nie tylko w maratonie, ale w ogóle całego światowego sportu. Do Tokio na mistrzostwa świata jechała po to, by walczyć o złoto.
- Nie mogło być inaczej, skoro wygrywałam największe maratony na świecie przed mistrzostwami. Nie bałam się przy tym biegać na stadionie. Biegałam w ówczesnym Grand Prix w Brukseli, czy w Oslo. Trzy tygodnie przed startem w Tokio biegałam na 2000 m w Hengelo w Holandii. Do tego moim sponsorem była firma Reebok i to, co chciałam, przygotowali mi na mistrzostwa świata. Zapewnili mi wcześniejszy przylot do Tokio. W wiosce dla sportowców byłam nawet wcześniej niż Carl Lewis - opowiadała Panfil.
W samym biegu w stolicy Japonii do półmetka biegła cała światowa czołówka. Biegła przy mnie Kamila Gradus i przypadkowo uderzyła mnie w łydkę. Wtedy zapaliło mi się światełko. Stwierdziłam, że muszę ruszyć. I wtedy interwałami zaczęłam rozbijać grupę, która wraz z każdym kilometrem się kurczyła. Kompletnie nie bałam się tego startu. Byłam pewna pracy, jaką wykonałam, Trenowałam w klimacie zbliżonym do Japonii. Miałam zatem wszystko sprawdzone. Do tego miałam, dzięki sponsorowi, zapewnioną aklimatyzację wystarczająco wcześnie. Na miejscu w Tokio miałam swojego kierowcę, który woził mnie na treningi. Warunki miałam tam wymarzone. To się nie mogło nie udać
To tylko potwierdza, jak wielką gwiazdą była wówczas Panfil. Jej zdaniem Europa straciła na znaczeniu w maratonie po tym, jak po 1990 roku zawodniczki z tego kontynentu przestały trenować w Meksyku.
- Dla mnie to najlepsze miejsce do przygotowań do maratonu. Nie wolno zapominać, że treningi w górach są bardzo ważne, ale też nie wolno przesadzać z kilometrażem. Fajnie jest wiele biegać, ale teraz do maratonu trzeba być przygotowanym szybkościowo. Zaraz po tym, jak wyjechałam z Polski, bieganie kilometrów przestało mnie interesować. Stawiałam na szybkość, interwały i siłę. I to dało mi wielkie sukcesy. Mój najdłuższy dystans rozbiegania to były 24 kilometry, ale za to w szybkim tempie. Przez siedem tygodni mocno trenowałam, w ostatnim tygodniu przed zawodami odpuszczałam i nie mogłam się doczekać biegu. Do tego wierzyłam w pracę, jaką wykonywałam - opowiedziała o swoim planie na trening.
W tym samych MŚ w Tokio Polacy pokazali moc w maratonie. Przecież na czwartej pozycji bieg ukończył Jan Huruk, a Gradus dobiegła do mety na szóstej pozycji.
- PZLA zostawiło nas niestety na boku i tak się zaczął upadek polskiego maratonu. Przez to nie ma wyników. Wtedy trenowaliśmy w grupach, z których wyłaniali się najlepsi. Dzisiaj każdy ma własnego trenera. I to jest bardzo złe, kiedy nie ma rywalizacji - oceniła.
Miała 26 lat i dla PZLA była za stara. Tak zaczęła przygodę z maratonem. Odważne decyzje zaowocowały sukcesem
Panfil na sukcesy w maratonie czekała bardzo długo. Te przyszły dopiero w 1990 roku, kiedy miała już 31 lat. Wcześniej jednak biegała na stadionie na 800 metrów, 1500 metrów, a także przełaje.
Kiedy w PZLA powiedzieli, że dla nich jestem za stara - a miałam dopiero 26 lat - i nie będą mnie szkolić, to postanowiłam pojechać na maraton do Berlina. Tam zajęłam drugie miejsce, wypełniłam minimum na igrzyska w Seulu i ustanowiłam rekord Polski. I to w debiucie na tym dystansie. Za zarobione pieniądze wyjechałam do Meksyku, żeby się przygotowywać do kolejnych startów. To była bardzo odważna decyzja. Ile osób za pierwszą dużą wypłatę, tak by zrobiło? Przecież nie byłam pewna tego, czy mi się uda, ale odważyłam się na ten krok. Przed laty było tak, że najpierw na bieżni szlifowało się szybkość, a dopiero potem szło się do maratonu. Teraz to się zmieniło i ludzie nie wytrzymują takiej liczby maratonów w tak młodym wieku
Po tym, jak Panfil wygrała maraton w Londynie w 1990 roku, podszedł do niej dyrektor maratonu w Bostonie - John Hancock i zaproponował Polce plan startów. Chciał, by w ciągu roku poza Londynem wygrała jeszcze w Nowym Jorku i Bostonie.
- Zdecydowałam się na to, ale od razu dostałam ludzi do pomocy. Warunek był jeden: musiałam być blisko USA. Dlatego zdecydowałam się na Meksyk. We wszystkim pomagał mi Reebok i dzięki nim zostałam uznana w 1991 roku najlepszą maratonką świata - przyznała.
Panfil poślubiła wówczas Mauricio Gonzaleza, z którym rozwiodła się później.
Życiowy błąd. Skusiła się na rekord świata i gorzko tego pożałowała
Dla niej wielką porażką pozostają starty olimpijskie. Pierwszy raz wystąpiła w Seulu (1988), gdzie zajęła 22. miejsce. Między tym startem a igrzyskami w Barcelonie (1992) wydarzyło się jednak wiele dobrego, ale też złego. Panfil nie była w stanie walczyć w stolicy Katalonii o olimpijskie złoto, bowiem popełniła olbrzymi błąd. Do dziś to w niej siedzi.
- Na igrzyska w Seulu pojechałam prosto z Meksyku. Już wtedy biegałam w butach firmy Reebok, ale działacze PZLA nie pozwolili mi w nich startować, bowiem związek był związany kontraktem z Adidasem. Okazało się, że buty były za małe o pół numera. Przez 20 kilometrów biegałam w ścisłej czołówce, ale kiedy zaczęły szczypać palce u nóg, a z butów zaczęła wylewać się krew, to zaczął się dramat. Skóra kleiła mi się do butów. Ukończyłam wówczas ten maraton, ale z takim bólem, że przez dwa tygodnie nie mogłam chodzić. Postawiłam wówczas warunek, że mam biegać w swoim sprzęcie albo zmieniam obywatelstwo. Nie wiem, dlaczego nie miałam dobrych z działaczami z PZLA. Może przeszkadzał im to, że pochodziłam z małego Tomaszowa Mazowieckiego i im to przeszkadzało - opowiadała Panfil.
Igrzyska w Barcelonie nie wyszły jej, bo zapłaciła wielką cenę za atak na rekord świata w maratonie.
Strasznie źle wtedy zrobiłam. Przed igrzyskami nie robi się takich rzeczy. Szkoda, że nikt me tego pomysłu nie wybił z głowy. Do tego jeden z polskich trenerów powiedział mi, że powinnam biegać większe objętości na treningu. Nie wiem, czy zrobił to specjalnie. To zaowocowało kontuzją, a w Bostonie biegłam na czas 2:18. To byłby niesamowity czas, jak na 1992 rok
Taki wynik w maratonie padł dopiero w 2001 roku. Wówczas w Chicago Kenijka Catherine Ndereba przebiegła ten dystans w czasie 2:18.47.
- Jeszcze na trzy kilometry, kiedy już szłam, a nie biegłam, szacowano, że osiągnę czas poniżej 2:30. Ostatecznie metę minęłam wówczas jako szósta. To było straszne tempo. To był mój największy błąd, bo mogłam mieć olimpijski medal, który pozostanie dla mnie tylko niespełnionym marzeniem - powiedziała.
Z Bostonu Panfil wróciła z urazem nerwu kulszowego. Źle postawiła nogę i wszystkie plany wzięły w łeb. Pojechała jeszcze na igrzyska w Barcelonie, ale tam, walcząc z bólem, a nie z rywalkami, zajęła znowu 22. miejsce w słabym czasie 2:47.27.
- Na własne życzenie zostałam bez medalu olimpijskiego. Przez 20 kilometrów biegłam w czubie, ale potem noga zrobiła się sztywna. Chciałam zejść z trasy, ale kibice mi na to nie pozwolili - wspominała Panfil.
Przez osiem lat jeździła po specjalistach, którzy nie byli w stanie nic poradzić na tę dolegliwość. Po Barcelonie wycofała się zatem z biegania maratonów.
W Polsce ma swoją ulicę, a w Tokio zajmuje miejsce na wyjątkowej tablicy
Zanim jeszcze doszło do urazu, Panfil mogła być ustawiona na całe życie. Miała bowiem propozycję podpisania dożywotniego kontraktu z Reebokiem, ale też umowy z Sony na bardzo dobrych warunkach. Nasza maratonka nie chciała zbyt wiele mówić o tych sytuacjach, ani wskazywać, kto ją wyrolował, rozmawiając poza jej plecami. Kiedyś w rozmowie z Łukaszem Jachimiakiem ze Sport.pl mówiła, że tak się zachował jej były mąż.
W maratonach zarobiła na tyle, że mogła sobie odłożyć na życie. Poza tym przez lata pracowała w bardzo bogatym klubie w Meksyku, gdzie dobrze zarabiała. W tym kraju spędziła 28 lat.
Panfil po powrocie do Polski była zdziwiona tym, że w naszym kraju jest takie boom na bieganie.
- W latach 90. widziałam w USA, co się działo na ulicach. Tam były tłumy. Co chwilę organizowano biegi na 5 albo 10 kilometrów. Zastanawiałam się wówczas, kiedy ta moda na bieganie zawita do Polski. I ona przyszła jednak bardzo szybko - mówiła Panfil.
Była polska mistrzyni świata zapowiadała, że kiedyś wróci do Polski i tak też zrobiła. Jej powrót przyspieszyła ciężka choroba jej mamy.
- Nie chciałam, by była dla kogoś obciążeniem. Jeszcze przez pięć lat się nią opiekowałam - przyznała.
Panfil przygodę ze sportem zaczynała bardzo późno, bo dopiero w szkole średniej. Wtedy biegała ledwie dwa razy w tygodniu w Lechii Tomaszów Mazowiecki. Kiedy wygrała rywalizację w przełajach i posmakowała zwycięstwa, sama od siebie zaczęła sobie trenować jeszcze w dodatkowym dniu.
- Regularne i takie prawdziwe treningi zaczęłam dopiero w wieku 17 lat - zdradziła.
Tomaszów Mazowiecki docenił swoją wielką sportsmenkę. Od kilku lat jedna z ulic nosi nazwę Wandy Panfil.
Wolałbym tej ulicy w ogóle nie mieć. Ludzie są okropni i strasznie mnie hejtują za to. Nie wszyscy jednak znają prawdę, mówiąc, że to był wniosek prezydenta, a to po prostu ludzie tak chcieli. W ten sposób docenili mnie za to, że tak dumnie reprezentowałam klub. Niestety w Polsce jest straszliwa zawiść, a najlepiej przekonałam się o tym na przykładzie rodaków w Meksyku
Panfil jest też wyróżniona w Tokio. Na nowym stadionie narodowym w stolicy Japonii, na którym odbywały się już igrzyska olimpijskie w 2021 roku, jest wielka tablica, upamiętniająca wszystkich złotych medalistów mistrzostw świata sprzed 34 lat. I widnieje tam oczywiście nazwisko polskiej maratonki.
Zobacz również:

















