Rok temu w Paryżu Natalia Bukowiecka, choć wtedy jeszcze Kaczmarek, nie zdecydowała się na występ w sztafecie mieszanej, ona też przeszkadzała jej w indywidualnych planach. A była wtedy, zaraz za Marileidy Paulino, jedną z głównych faworytek do podium. Jak się skończyło, pamiętamy: zdobyła dla nas jedyny lekkoatletyczny medal, brązowy.
Teraz do Tokio nie przyleciała już jednak z czasem poniżej 49 sekund, a "tylko" 49.72 s. Wciąż znakomitym nawet na światowe standardy, ale jednak takim, który nie gwarantuje miejsca w finale. A co tu dopiero mówić o medalach.
Jeszcze w sobotę podopieczna Marka Rożeja pobiegła w finałowym biegu sztafet mieszanych, Polakom zabrakło dwóch setnych do podium. Taki medal mógłby dać wszystkim dodatkowe siły, czwarta pozycja raczej dołuje. A już 20 godzin później wszyscy musieli znów pojawić się na stadionie. Konkretnie zaś: Maksymilian Szwed, Bukowiecka i Justyna Święty-Ersetic.
Mistrzostwa świata w Tokio. Pewny awans do półfinału Natalii Bukowieckiej. Mimo sporego zmęczenia
Szwed, zaledwie 21-letni sprinter, wczoraj biegł dwa razy, dziś po prostu zabrakło mu sił. Nawet gdyby pobił rekord Polski, pewnie i tak by nic tu nie zdziałał. Finiszował ósmy, z czasem 45.65 s.
Bukowiecka w swojej serii eliminacyjnej miała jedną godną siebie rywalkę - Amerykankę Aaliyah Butler. Z rekordem sezonu 49.09 s i ogromnymi możliwościami, bo to wciąż 21-letnia zawodniczka, rywalizująca głównie w zmaganiach NCAA. To ją Polka dziś goniła, bo startowały na sąsiednich torach. A Butler goniła z kolei Sadę Williams z Barbadosu, czyli tę, z którą Polka zmagała się o medal w poprzednim finale mistrzostw świata. I pokonała ją na samym finiszu.

Polka pobiegła bardzo dobrze, miała wszystko pod kontrolą. Pewnie zastanawiała się, czy na końcu atakować pierwsze miejsce, ale się na to nie zdecydowała. A pewnie była zaskoczona, bo tą pierwszą nie była Butler, a Haitanka Wadeline Venlogh. Ta pobiegła genialnie, czasem 49.92 s pobiła rekord swojego kraju. A Natalia była druga - 50.16 s. Awansowała też Butler (50.44 s), Wiliams musi czekać (50.93 s).
Skąd się wzięła zawodniczka z Haiti w tak doborowym towarzystwie? Do niedawna reprezentowała USA, indywidualnie rzadko mogła dostać się na takie imprezy. Wyjątkiem była igrzyska w... Tokio, wtedy odpadła w półfinale. Choć ze sztafetą wywalczyła rok temu mistrzostwo olimpijskie. A od kilku tygodni reprezentuje już Haiti.
Lieke Klaver znów błyszczy, ale co zrobiła Sydney McLaughlin-Levrone!
Zanim do tego doszło, odbyła się pierwsza seria. A w niej w blokach pojawiła się Lieke Klaver, która wczoraj też biegła dwa razy, jak Justyna Święty-Ersetic. I pokazała, że ma końskie zdrowie, wygrała pewnie, z bardzo dobrym czasem 50.32 s. Pewny awans wywalczyła również inna kandydatka do miejsca w finale, Amerykanka Isabella Whittaker (50.82 s).
Gwiazdą trzeciej serii była rekordzistka świata w biegu na 400 m przez płotki - Sydney McLaughlin-Levrone. W tym roku rzuciła sobie nowe wyzwanie, bieg płaski, tu myśli o złocie, ale i rekordzie USA. Mogła go pobić nawet dzisiaj, ale po prostu zwolniła na ostatnich metrach, tak gigantyczną uzyskała przewagę. A czas 49.41 s - jest marzeniem dla niemal wszystkich uczestniczek zmagań.

W czwartej serii najlepsza była Jamajka Nickisha Pryce (49.91 s), pewny awans po dobrym finiszu wywalczyła też Henriette Jaeger (50.12 s).
Jakby popisu McLaughlin-Levrone było mało, to jeszcze lepszy czas uzyskała Salwa Eid Naser. Wygrała piątą serię w czasie 49.13 s, za nią finiszowała Jamajka Stacey Ann Williams, z nową życiówką 49.59 s.
I został ostatni bieg, tak bardzo też nas interesujący. Z Justyną Święty-Ersetic, której awans do półfinału byłby ogromną niespodzianką. Patrząc na czasy z tego sezonu, była w stawce pod jej koniec. A przecież miała w nogach już tez dwa wczorajsze biegi, a w głowie... dwie setne sekundy od brązowego medalu.
Niespodzianki nie było, Polka finiszowała piąta, z czasem 51.80 s. Do awansu zabrakło niemal pół sekundy. Wygrała zaś broniąca złota Marileidy Paulino (49.85 s) przed Amber Anning (49.96 s).












