W skrócie
- Maher Ben Hlima, Polak tunezyjskiego pochodzenia, zajął dziesiąte miejsce w chodzie na 35 km na lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Tokio.
- Sportowiec przeszedł trudną drogę od zakończenia kariery po upadku firmy, by znów reprezentować Polskę, łącząc treningi z pracą.
- Jego udział w zawodach to także walka o przyszłość finansową i szansa na start na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Maher Ben Hlima w 2008 roku startował w Bydgoszczy w mistrzostwach świata juniorów. Reprezentował wówczas Tunezję. Po tym czempionacie przeniósł się do Polski, ale zakończył przygodę ze sportem.
W naszym kraju rozwijał firmę transportową. Dopiero kiedy zaczęło mu się bardziej powodzić, postanowił wrócić do sportu. Treningi łączył z pracą. W 2019 roku uzyskał polskie obywatelstwo. Dla niego celem stały się występy w koszulce z orzełkiem na piersi.
Nerwowa noc i świetny początek Polaków w MŚ. Mamy dwa finały
Maher Ben Hlima miał wielki kryzys na trasie. Skończył w czołówce
Pandemia stała się gwoździem do trumny dla jego firmy. Ta w końcu upadła, a Maher Ben Hlima został z problemami. Sport miał mu dać możliwość ich rozwiązania.
W ubiegłym roku nasz chodziarz zajął siódme miejsce w rywalizacji na 20 km w mistrzostwach Europy w Rzymie. Zapewnił sobie stypendium i rok względnego spokoju.
Rywalizacja na 35 kilometrów wokół Stadionu Olimpijskiego nie układała się od początku po jego myśli. Na trasie przeżywał poważny kryzys, ale jednak na mecie zameldował się na dziesiątej pozycji.
- Jest pewien sukces. Mało zabrakło do tego, by zajął miejsce w ósemce. Stosowałem podobną taktykę do tej sprzed roku z mistrzostw Europy. Wyprzedziłem kilku bardzo dobrych rywali. I to na kocówce, ale taki był plan. Nie chciałem zacząć za szybko, żeby na końcu przyspieszyć. I ten plan zrealizowałem - mówił Ben Hlima.
Na trasie nie brakowało dramatycznych scen, bo warunki nie rozpieszczały lekkoatletów. Było duszno i wilgotno. Nie wszyscy byli w stanie sami opuścić trasę. Polaka też dopadł kryzys.
Miałem bardzo duży kryzys między 15. a 25. kilometrem. Skarpetki z lodem, jakie miałem przygotowane i okładałem nimi kark, wystarczyły na zaledwie cztery kilometry. Piłem w trzech punktach, a jeszcze do tego musiałem brać dwa worki lodu do rąk. Z tym wszystkim chodziłem i to mi pomogło. Czułem się bardzo źle, ale inni też nie wyglądali dobrze. Kiedy zatem zacząłem się zbliżać do rywali, to mnie to bardziej zmotywowało. Dałem z siebie wszystko. Jestem dziesiąty na świecie. To dobry wynik, choć nie jestem do końca z niego zadowolony, bo mogłem być dwa-trzy miejsca wyżej. Przede mną jeszcze jeden start. Trzeba walczyć dalej
W Tokio walczy o swoją przyszłość. "Warto walczyć dla Polski"
Jak się okazuje, to jest walka o jego przyszłość, bo planuje startować do igrzysk olimpijskich w Los Angeles (2028). Musi mieć jednak za co to robić.
Tak naprawdę nie wiadomo, co będzie ze mną do końca roku. O swojej przyszłości dowiaduję się tak naprawdę z miesiąca na miesiąc. Oczywiście mam wsparcie z ministerstwa sportu, ale też od klubu RKS Łódź, jak również z urzędu miasta, czy władz województwa. To nie są wielkie pieniądze, ale jak zbierze się grosz do gorsza, to robi się większa suma. Te wszystkie środki przeznaczam na zakup sprzętu i treningi. To jest taka walka o przetrwanie. Teraz moja przyszłość zależy tak naprawdę od tego, co zrobię za tydzień w Tokio, bo teraz nie udało się wywalczyć stypendium
- Chcę powalczyć. Zasługuję na to. W rym roku zrobiłem rekord życiowy. Niewiele zabrakło do rekordu Polski na 10 km. Warto jednak walczyć dla Polski. Czuję się naprawdę bardzo zmotywowany, kiedy zakładam narodowy strój. W Tokio jestem jedynym zawodnikiem z męskiej kadry w chodzie sportowym. To daje kopa do jeszcze cięższej pracy - dodał.
Ben Hlima ma część etatu w firmie, w której pracuje on-line. Musi, bo wciąż ciągną się za nim kłopoty po tym, jak upadła jego firma.
- Na razie nie chcę sobie tym zaprzątać głowy. To są moje problemy, które muszę rozwiązać, ale nie chcę z tego powodu rezygnować z uprawiania sportu. Obiecuję wszystkim, którzy mnie wspierają i mi kibicują, że będę osiągał jeszcze lepsze wyniki - zapewnił.
Sam jest dla siebie trenerem
Ben Hlima obecnie jest nie tylko zawodnikiem, ale też trenerem dla siebie.
- Mam uprawnienia PZLA. Mam też wyrozumiałego trenera. Ten wynik jest zatem też sukcesem trenera, bo w tym roku trenuję całkowicie inaczej - śmiał się 36-latek.
- To jest pierwszy rok po sezonie olimpijskim, więc robiłem teraz większą objętość na treningach. To były zatem bardziej wytrzymałościowe treningi już pod kątem igrzysk olimpijskich. Zaczynam cykla przygotować do Los Angeles. Nigdy wcześniej nie miałem okazji robić takich treningów - dodał.
Na obozach i zawodach pomaga mu trener Lesław Lasota, który jest trenerem głównym chodu. Czasami ma też konsultacje z trenerem Krzysztofem Kisielem.
Z Tokio - Tomasz Kalemba, Interia Sport














