W każdym biegu po 15 zawodników, żadnych wycofań, brutalne wręcz zasady eliminacji - tak wyglądają zmagania w Tokio na 1500 metrów. Tylko sześciu najlepszych w każdej serii miało awansować do półfinału, a poziom tu jest tak wyrównany, jak chyba w żadnej innej konkurencji biegowej. I przekonali się o tym najlepsi - z różnych powodów.
W tym gronie mieliśmy mistrza Polski Filipa Raka, który w tym roku pobił rekord życiowy, zdobył medal młodzieżowych mistrzostw Europy, ale do światowej czołówki nie należy. Może to nastąpi w przyszłości, ale jeszcze nie teraz. Dla Polaka występ w mistrzostwach świata zakończył się już na fazie eliminacji, w nietypowy sposób.
Mistrzostwa świata w Tokio. Filip Rak szósty na 200 metrów przed metą. I nagły koniec marzeń młodego Polaka
Rak wystąpił w trzeciej serii, został na starcie, biegł na samym końcu. To nie musiało dziwić, na średnich dystansach to częsta taktyka. Po 900 metrach Polak ruszył jednak do przodu, tempo nie było oszałamiające, ale musiał nadrabiać po zewnętrznej, biegł po trzecim torze. Przesunął się na 8/9 miejsce, zaczynając ostanie kółko był siódmy. Można było liczyć, że na ostatnich metrach, gdy wszyscy ruszą, on też powalczy.
Tyle że na ostatnim łuku 22-latek praktycznie stanął, popatrzył w bok, przestał biec. Doszedł do mety, pół minuty po najlepszych. Wiedział już, że nie da rady walczyć o awans, ale mimo wszystko takie zakończenie zmagań było czymś wyjątkowym. A później w rozmowie z red. Michałem Chmielewskim z TVP Sport zaczął szydzić.
- Dobry bieg, jak by nie patrzeć. Byłem pierwszy od końca, więc w sumie założenia zostały zrealizowane, bo miałem być pierwszy.
Na 300, 250 metrów przed metą przypomniałem sobie, że zapomniałem kremiku do opalania. I to mnie wybiło z rytmu, szczerze. Bo przyjechałem na wakacje, parasolkę wziąłem, a kremiku nie. A warto skórę poopalać. Jak widzimy, tu zegarek mi się nie opalił. Więc jest coś jeszcze do zrobienia
- mówił Filip Rak zdumionemu dziennikarzowi. Dodał, że opalenizna jest potrzebna do lepszych przygotowań.

A później już, na poważnie, próbował wyjaśnić, co się tak właściwie stało. - Nie wiem z czego to wynika. Dzisiaj jest trzeci dzień po przyjeździe, wolałbym być po siódmym czy ósmym. No ale walczyłem z mocną ekipą remontową. Sezon był udany, a dziś taka aksamitna porażka, nieskazitelna. Równowaga musi być w naturze, ale zmierzam do celu. Człowiek, który ma cel, czasem się potyka. Ja się potykam dość często, ale ten ból kształtuje - zaznaczył. I dodał, że pewnie za dwie godziny rozpłacze się do poduszki w pokoju, ale za niecałe dwa tygodnie wyjeżdża już na kolejne zgrupowanie.
Rak zajął w swoim biegu ostatnie miejsce - z czasem 4:14.93. Choć po 1300. metrze był jeszcze szósty, ex aequo z Adrianem Benem. A później "odcięło go", został.
Sensacje były jednak inne, i to gigantyczne. Już w pierwszej serii odpadł lider światowych tabel Azeddine Habz - to on przekonał się, jak brutalne są te eliminacje. Francuz miał siódmy czas dnia, dalej przeszło 24 zawodników, a on odpadł. Biegł bowiem w tym najszybszym, finiszował jako siódmy.

W ostatniej serii potknął się zaś i przewrócił wicelider tych tabel, młody Kenijczyk Phanuel Kipkosgei Koech, tak znakomicie radzący sobie w Diamentowej Lidze. I nie dobił już do czołówki. W niej zaś pozostał do końca Jakob Ingebrigtsen - Norweg wraca po kontuzji, bronił tu srebra. I miał spokojnie awansować. A zabrakło mu sił, skończył ósmy. I też odpadł. Zostały mu jeszcze zmagania na 5000 metrów.














