W skrócie
- Maria Żodzik zdobyła srebrny medal w skoku wzwyż na mistrzostwach świata w Tokio, pokonując 2,00 m i bijąc swój rekord życiowy.
- Deszczowa aura i uraz biodra nie powstrzymały zawodniczki przed osiągnięciem historycznego wyniku dla Polski.
- Żodzik, pochodząca z Białorusi, podziękowała Polsce za wsparcie i dedykowała swój sukces nowej ojczyźnie.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Maria Żodzik tradycyjnie już strąciła pierwszą próbę w konkursie na 1,88 m. W pewnym momencie okazało się, że to może być decydujące w walce o medale. Polka jednak w bardzo trudnych warunkach spięła się i skoczyła 2,00 m.
28-latka urodzona w Baranowiczach na Białorusi w drugiej próbie pokonała 1,88 m i potem w pierwszej 1,93 m. Za pierwszym razem skoczyła też 1,97 m i wówczas zaczął padać deszcz.
- Bóg coś zrobił już wtedy chyba dla mnie, że dostałam szansę na skoczenie w pierwszej próbie tej wysokości i to jeszcze bez deszczu - mówiła Polka.
Polka zamykała konkurs, walczyła o złoto. Czekano na to całe mistrzostwa
Niesamowita dramaturgia konkursu. Deszcz przerwał zawody
W grze zostawało wówczas sześć zawodniczek, ale Żodzik zajmowała czwarte miejsce. Właśnie przez to strącenie na 1,88 m. Rywalizacja przeniosła się na 2,00 m. Swoje skoki oddały Australijka Nicola Olyslagers i Ukrainka Jarosława Machuczich. Pierwsza pokonała dwa metry, druga nie. Dalej skakały Australijka Eleanor Patterson, Serbka Angelina Topić i Ukrainka Julia Lewczenko. Wszystkie strąciły na 2,00 m. Wtedy do próby podeszła Polka. I nagle nad stadionem rozpętała się ulewa. Sędziowie już nie pozwolili na skok naszej zawodniczce.
Konkurs został przerwany na kilkadziesiąt minut. W tym czasie Żodzik rozmyślała, co zrobić, żeby zdobyć medal. Kiedy zawodniczki wróciły do rywalizacji, to żadnej - poza jedną - nie udało się już pokonać kolejnych wysokości. Tylko Polka dokonała tej sztuki, skacząc 2,00 m w trzeciej próbie, co dało jej medal.
Nie wiedziała tylko, jakiego koloru będzie, bo rywalizacja przeniosła się na 2,02 m, ale tam żadna z lekkoatletek już nie pokonała poprzeczki. W sumie od wznowienia konkursu było osiem prób na 2,00 m i osiem na 2,02 m i tylko Polka pokonała poprzeczkę.
Ostatecznie wywalczyła srebro. Mistrzynią świata została Olyslagers, a po brąz sięgnęły Machuczich i Topić.
Skoczyła po medal, ale nie poczuła emocji
Od razu wróciły wspomnienia z konkursu Diamentowej Ligi w Lozannie, gdzie Żodzik wygrała razem z dwoma innymi zawodniczkami. To był deszczowy konkurs, który rozstrzygnął się na 1,91 m.
- Nie lubię jednak skakać w deszczu. To jest okropne. Od razu zmienia się technika skoku. W takich warunkach trudno jest oddać dobry skok - przyznała Żodzik.
Jej jednak udało się oddać dobry skok. I to w najważniejszym momencie.
Gdyby nie ten deszcz... Wtedy na pewno bardziej poczułabym, czego dokonałam i radość z tego skoku byłaby większa. Po prostu skoczyłam. I tyle. Gdyby nie deszcz, to myślę, że byłam gotowa na wyższe skakanie
Poprzeczka po jej skoku zatrzepotała. Polka długo nie wstawała z materaca, ale ta została na stojakach. Dzięki temu Żodzik odniosła wielki sukces, a Biało-Czerwoni zdobyli wymarzony medal w Tokio.
- Nie wierzę, że ona nie spadła. To była moja pierwsza myśl - przyznała.
Walczyła z kontuzją, po finale narzekała na ból biodra
Żodzik zaraz przed wylotem do Tokio miała problemy z biodrem. Mogła nawet nie pojechać na mistrzostwa świata, ale fizjoterapeuci zrobili wszystko, co w ich mocy, by postawić Polkę na nogi.
- Miałam problemy przed wylotem i przed samym konkursem. Teraz kiedy jest już po nim, to czuję, że biodro bardzo mnie boli. Teraz czas je wyleczyć. Będę miała na to miesiąc, potem wracam do pracy - opowiadała.
Opuściła Białoruś i znalazła pomoc w Polsce. Teraz się odwdzięczyła
Żodzik przez lata reprezentowała Białoruś, bo tam się urodziła. Dla tego kraju startowała w mistrzostwach świata juniorów w 2016 i młodzieżowych mistrzostwach Europy w Bydgoszczy w 2017 roku oraz w Gaevle w 2019 roku. W "polskim" czempionacie była piąta. W 2021 roku liczyła na wyjazd na igrzyska, ale na przeszkodzie stanęły procedury. Działacze nie dopilnowali, by miała wykonane trzy testy antydopingowe przez tą imprezą, co było warunkiem startu, i ostatecznie Żodzik nie pojechała do Tokio.
Jeszcze wtedy to nie wpłynęło na jej decyzję związaną z opuszczeniem ojczyzny. Z Białorusi wyjechała dopiero w momencie, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, a do wojny włączył się też jej kraj.
Wybuchła wojna i zrozumiałam, że Białoruś dostanie zakaz startów na arenie międzynarodowej. Przyjechałam do Polski, bo chciałam dalej uprawiać sport. Początkowo byłam sama w Polsce, ale rok temu przyjechała do mnie siostra
Drogę do polskiego obywatelstwa dało jej pochodzenie dziadków, którzy mieli polskie korzenie. Dzięki temu można było przyspieszyć procedury.
- Cała ta moja droga była po coś. Właśnie dla tego medalu. Kiedy wyjechałam do Polski, to miałam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam. Na Białorusi zostawiłam rodzinę i całe swoje życie. Zostałam sama. Teraz już - po tych trzech latach - czuję się jak swoja. Ten medal dla Polski jest moim podziękowaniem za to, że mogę startować. Dziękuję za to, że mogę realizować swoje marzenia. To na przełom w mojej karierze. Jestem bardzo zadowolona, że mogłam przynieść polskim kibicom tyle radości - cedziła Polka przez łzy.
24-latek trenerem naszej wicemistrzyni świata
Początkowo Żodzik w Polsce trenowała z Robertem Nazarkiewiczem. W tym roku przeszła jednak pod skrzydła zaledwie 24-letniego Pawła Wyszyńskiego. Zapytana o to, skąd taka decyzja, odparła: - Mamy za sobą bardzo dobre relacje. Czuję się bardzo w tym teamie. Jestem spokojna. Czuję się akceptowana. Ta zmiana trenera była takim psychologicznym przełamaniem w mojej karierze. Dzięki temu jestem bardziej stabilna.
Z Tokio - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:

















