Lider światowych list przyjechał po rekord. "Z nieba do piekła"
Jakub Szymański świetnie rozpoczął sezon halowy i jest na pierwszym miejscu na świecie w biegu na 60 m ppł. Zapowiada, że formę potwierdzi podczas mityngu Orlen Cup w Łodzi, ale myśli już o mistrzostwach świata w Toruniu. Rok temu w halowej imprezie roku miał ogromnego pecha i teraz liczy na rewanż. - Była troszkę bijatyka w mojej głowie - przyznaje 24-letni płotkarz.

Jeśli chodzi o szybkie bieganie, to trudno mieć lepsze wspomnienia niż sprzed roku, kiedy pobił pan w Łodzi rekord Polski na 60 m ppł w czasie 7,39 s. Teraz przyjechał pan na Orlen Cup jako lider list światowych po zwycięstwie w mityngu w Luksemburgu z czasem 7,48 sekundy.
Jakub Szymański: W zeszłym roku nie myślałem o takim wyniku tutaj i może to jest złotą zasadą, by też nie myśleć w tym roku. Oczywiście chciałbym kolejny raz pobić rekord Polski, ale mocno się na to nie nastawiam. Chcę w niedzielę pokazać tyle, ile jestem w stanie tego dnia. Mam więc nadzieję, że obudzę się z takim nastawieniem, jakie powinno być i uda się nawiązać walkę z tym moim rekordem.
Ma pan za sobą przetarcie podczas mityngu w Luksemburgu.
- To był ważny start, szczególnie przed imprezą, na której mi zależy. Orlen Cup to zawody w Polsce i w mieście, w którym na co dzień trenuję, a więc bliskie mojemu sercu. Poza tym lubię zaczynać wcześniej sezon halowy, bo potem już na kolejnych mityngach wiem, na co mnie stać.
Mogę nawiązywać do czołówki światowej i starać się o wartościowe wyniki
To, że są halowe mistrzostwa świata w tym roku odbędą się w Polsce jeszcze mocniej napędza?
- To na pewno, bo w moim kraju odbędzie się jedna z ważniejszych imprez lekkoatletycznych. Były już halowe mistrzostwa Europy w Toruniu a w Sopocie mistrzostwa świata, ale to jeszcze nie były moje czasy. Teraz jestem w świetnej formie i liczę na dobry występ w Toruniu, tym bardziej przy swojej publiczności, rodzinie, znajomych i trenerów. To wszystko napędza i motywuje.
W 2024 roku był pan piaty w finale, rok temu zakończyło się w półfinale. Jakieś wnioski z tego pan wyciągnął?
- To na pewno. Była troszkę bijatyka w mojej głowie, bo poprzedni sezon można powiedzieć, zaczął się od nieba, a skończył się na piekle. Na wpadce i nieszczęśliwym wypadku, ale z czasem człowieka to wzmacnia, to doświadczenie i ta nauka buduje sportowca. Po tych przejściach jestem mocniejszy i teraz chcę to udowodnić na swojej arenie. W Toruniu startowałem wielokrotnie jeszcze jako dzieciak, a potem jako senior.
To hala jest mi bliska, a także chyba wszystkim polskim lekkoatletom
Poprzedni sezon zaczął się od wielkiego boom, rekordu Polski, a skończyło się to, jak pan mówi, piekłem. To dobrze, że pan od początku tak szybko biega?
- To nie ma na to wpływu, ponieważ ja wtedy podczas mistrzostw świata po prostu uderzyłem w płotek i nie pobiegłem czystego biegu. Nie było tak, że straciłem formę czy coś takiego. Jak ktoś potrafi ustalać trening i dobrze trenować, to jest w stanie utrzymać dyspozycję przez cały sezon halowy. Tak też było w zeszłym roku, tylko ten zahaczony płotek sprawił, że nie było finału.












