Artur Gac, Interia: Kwalifikacje w wykonaniu Konrada były szybkie, łatwe i przyjemne?
Ireneusz Bukowiecki: - Szybko było, dosyć przyjemnie też, ale nie łatwo. Eliminacje na każdej imprezie mistrzowskiej są specyficznym konkursem. Tam nawet najtęższe umysły, w sensie sportowej psychiki, czasami nie wytrzymują presji. Mieliśmy tu dowód, w Katarze, że kilka osób nie wytrzymało. U Konrada rozgrzewkowe pchnięcia były bardziej luźne i szybsze, natomiast przy pierwszym w kwalifikacjach widziałem, że był troszkę spięty. Natomiast bardzo fajne, że uzyskał minimum już w pierwszej i później nie było nerwówki. Tym bardziej, że było ich szesnastu, co wiązało się z dosyć długim czasem oczekiwania.
Sam Konrad zauważył, że na seniorskich imprezach nie zwykł już pierwszym rzutem torować sobie drogi do finału.
- Podobną sytuację miał tylko w Belgradzie na halowych mistrzostwach Europy. Tam też w pierwszej próbie pchnął minimum i poszedł odpoczywać. Natomiast na takiej imprezie, która jest na powietrzu, zrobił to pierwszy raz, bez dodatkowych nerwów w drugiej, czy nie daj Boże w trzeciej kolejce.
Wiadomo, że cała "zabawa" zacznie się w finale, ale eliminacje tylko utwierdziły nas w tym, co obserwujemy od wielu długich miesięcy, że prawdopodobnie czeka nas konkurs na arcywysokim poziomie.
- Wie pan, to jest tak, że czasami zawodnicy różnie przechodzą eliminacje. Niektórzy pchają dość daleko, a nawet notują rekordy życiowe, by później w finale - nie wiedzieć czemu - szło im dużo gorzej. Z kolei niektórzy kwalifikują się z ostatnim 12. wynikiem, a później zdobywają medal. Naprawdę różnie to bywa. Niemniej zgadzam się, że poziom może być bardzo wysoki, bo rzeczywiście cztery pchnięcia powyżej 21,50 m to jest bardzo daleko. Do tego dwunasty wynik wyniósł niespełna 21 metrów, czyli nawet nie było szans, by wejść do finału z małym "q". Mimo tego konkursowa rozgrywka to naprawdę są oddzielne zawody. Tak znowu będzie decydowała dyspozycja dnia i na pewno głowa, w sensie psychiki oraz odporności na stres.
Rozstawienie startujących też jest bardzo ciekawe.
- Zgadza się. Pierwszy jest Ryan Crouser, który w tej stawce teoretycznie jest najmocniejszy, a jako ostatni pierwszą serię zamknie Tomas Walsh. Wszystko to może być bardzo ciekawe. Zobaczymy, jak zacznie Crouser. Gdyby rozpoczął bardzo mocno, to będzie interesujące, jak na to zareagują pozostali zawodnicy w swoich pchnięciach. Myślę, że na pewno będzie bardzo frapująco.
W tym kontekście jak będzie wyglądała wasza strategia na pierwsze pchnięcie? Myślę sobie, że na takiej imprezie chyba nie ma miejsca na to, by zaczynać od spokojnej próby, bo później może zabraknąć czasu na dogonienie rywali. Chyba od razu trzeba spróbować posłać "bombę".
- Dokładnie tak, sto procent racji. W sumie w eliminacjach też nie powinno być myślenia, by wejść w koło luźniej na zaliczenie, jednak czasami tak się podchodzi. Zwłaszcza, gdy minimum nie jest za wysokie. Natomiast w finale, tak jak pan powiedział, nie ma czasu na kalkulowanie i filozofowanie. Już w pierwszym wejściu do koła ma być pełna mobilizacja oraz pełna siła i, wierzymy, że "wejdzie". Wszystko zależy od tego, czy kula zostanie dobrze "trafiona", bo to też jest ważne.
A ktoś ma wątpliwości?
- Nieraz słyszę głosy, że jak to możliwe, że facet lub kobieta pchają tyle lat, a wchodzą do koła i pogubią się technicznie. Tak to właśnie jest, mówimy o konkurencji technicznej, w której jeden mały błąd wszystko niszczy. Ułamek sekundy może zaważyć na tym, czy pchnięcie okaże się doskonałe, czy słabe. A czasami dochodzą też różne przeciwności losu, w sensie pogody i koła. Akurat to koło jest dosyć śliskie, co też będzie miało wpływ na postawę zawodników i na rezultaty. Tym, którzy lubią szybkie koła, na pewno będzie pomagało, a tym, którzy mają z nimi problem, zapewne będzie przeszkadzało.

W teorii wydaje się, że to szybkie koło powinno sprzyjać Konradowi. Szybkim zawodnikom pewnie nie pomoże, a pana syn raczej nie należy do hegemonów prędkości, co powinno go dodatkowo premiować.
- Ja powiem, że Konrad w kole jest dosyć szybki, ale tu ważnym czynnikiem będzie wspomniana śliskość koła, co właśnie może pomóc szybkim. Mając z takim kołem do czynienia wszystko zależy od tego, jak zacznie się pchnięcie, na wejściu, na lewej nodze, bo z reguły wszyscy są praworęczni. A jeśli już noga ucieka, tak jak ewidentnie w eliminacjach Michałowi Haratykowi, gdy przesuwała się o kilka centymetrów, to niestety wybija z wszystkiego. Zawodnikowi brakuje wybicia, siły i generalnie zaburza się cały rytm. Powtórzę, że Konrad jest szybki w kole, choć rzeczywiście nie aż tak, jak Walsh, czyli prawdziwy wulkan, ale też nie tak wolny jak Crouser, który uprawia "chód sportowy". Jednak Amerykanin ma inny atut, jest bardzo ostry, do tego ten jego znakomity zasięg i jego obszerność, dzięki czemu - mówiąc w naszym żargonie - na końcu "łapie napięcie" i tak naprawdę "strzela" tą kulą, jak z katapulty. Wydaje się, że wszystko robi wolno, ale rozpędza ten sprzęt niewiarygodnie. Droga, po jakiej Crouser pracuje, jest tak płynna, że kula dostaje niezwykłej prędkości początkowej.
Napomknął pan już o Michale Haratyku. Wielkie rozczarowanie, że rekordzista Polski, jeszcze niedawno regularny w rzutach grubo powyżej 21 m, nie awansował do finału. Fakt, była uciekająca noga w kole, ale impuls mógł iść z głowy, bo Michał ma dwie kontuzje, jedną poważniejszą łokcia, a drugą dłoni.
- Wynik nie był jakiś tragiczny, bo z reguły rezultat powyżej 20,50 m dawał miejsce w finałowej dwunastce. U Michała faktycznie kontuzje nie pomogły, choć ostatnio, gdy byliśmy w Belek, to już naprawdę bardzo dobrze wyglądało. Przecież na poprzednim starcie, podczas memoriału Kamili Skolimowskiej, pchnął 21,88 m i miał bardzo równe pięć próby. Można było sądzić, że wszystko układa się właściwie... Niestety czasami tak bywa i człowiek nawet nie potrafi tego racjonalnie wytłumaczyć. Przecież nie można wykluczyć, że gdyby Michał dzisiaj wszedł do koła, to pchnąłby 22 m, co byłoby bardzo prawdopodobne.
To powiedzmy szczerze, że u Konrada też jest jakiś problem z prawą dłonią, prawda?
- Cóż, faktycznie, na przedostatnim treningu w Belek, przy znakomitej formie, odnowiła mu się kontuzja, z którą borykał się w tamtym roku. Co tu ukrywać: bolą go te palce. Problem jest dość poważny. Myślę, że jakoś się uda, w dobrej psychicznej dyspozycji, podejść do finału i wszystko będzie dobrze, a może i bardzo dobrze.
To problem ze ścięgnami, czy z torebkami stawowymi?
- W sumie trudno powiedzieć, generalnie to przeciążenia. Kula nie jest lekka, bo waży ponad 7 kg, a w chwili wyrzutu "łapie" ogromny ciężar, a wtedy przeciążenia na palce dłoni są ogromne. I gdy zdarzy się, że jakoś z nich "ucieknie" w niedobrym kierunku, to potrafi być tak, że palce wyginają się aż do samego przedramienia. Na tym cierpią więzadła, stawy, właściwie wszystko. Jednak, jakby nie patrzeć, jest to przypadłość kulomiotów. Jeśli ktoś w życiu choć raz pchał kulę i miał taką sytuację, to wie, że rozmawiamy o okropnym bólu. A najgorszą rzeczą jest to, że człowiek ma dyskomfort. Jest w głowie myśl, że jak znowu tak się wydarzy, to potwornie zaboli. Dlatego, być może, u zawodników wtedy wkrada się asekuracja, a przy cieniu wątpliwości wszystko już nie wygląda tak, jak powinno być. Wielka szkoda w przypadku Konrada, bo wszystko było super... To znaczy nadal jest super, ale jakiś dyskomfort jest. Teraz pomaga sobie obklejaniem dłoni plastrami i próbuje się jakoś ratować. Natomiast to pole działania też jest mocno ograniczone, bo palców nie wolno łączyć, ani stosować żadnych owijek wokół palców i dłoni. O tym bardzo wyraźnie mówi przepis. Bo gdyby była na to zgoda, to na pewno Konrad mocniej by sobie zatejpował rękę, a tak robi tyle, ile tylko można, czyli środek dłoni i oddzielnie owija każdy palec. To trochę pomaga, choć na pewno nie wyeliminuje tego bólu, który jest.
- Rok temu też mieliśmy niefartowną sytuację, teraz też przyplątał się pech, ale w tej całej historii równie dobry może być finał. Bo przypomnę, że wówczas byliśmy na ostatnim trening w Spale, Konrad wykonywał technikę i spadł nogą na próg. Tak fatalnie skręcił nogę i ponaciągał więzadła w stawie skokowym, że w ogóle mieliśmy nie jechać na mistrzostwa Europy do Berlina. Autentycznie, bo Konrad w ogóle nawet nie mógł chodzić po treningu. Oczywiście fantastyczną robotę wykonali fizjoterapeuci, ale w finale całą nogę miał zatejpowaną na sztywno. On o tym nie mówił, ja również, dlatego w eliminacjach było słabiej, a wiemy, co wydarzyło się w finale (Bukowiecki został wicemistrzem Starego Kontynentu - przyp. AG). Tak że w tym szaleństwie może znowu jest metoda (śmiech).
Mnie się podoba, jak sportowiec jedzie na małą lub dużą imprezę i mówi otwarcie, że interesuje go złoty medal. Tyle tylko, jak twierdzą niektórzy fachowcy, czasami lepiej w ten sposób motywować się wewnętrznie, a nie publicznie głosić takie zapowiedzi, bo w przypadku niepowodzenia na zawodnika spada taka fala krytyki, której niektórzy nie dźwigają. A panu odpowiada nastawienie Konrada, który mówi nam, że przyleciał do Kataru po tytuł mistrza świata?
- Konrad nie mówi, że jest tak fantastyczny, że przyjechał tu po pewne złoto. On mówi tylko o tym, że przyjechał, żeby wygrać. Z nastawieniem, żeby wygrać. Po prostu zna swoją wartość. Zresztą, według mnie każdy sportowiec jedzie na imprezę docelową po to, żeby zająć jak najwyższe miejsce. Syn uważa, że jak najlepszym miejscem jest pierwsza lokata. Jeśli Konrad nie byłby przygotowany na zwycięstwo, to by tego nie mówił. Przyjechaliśmy tu w jakimś celu, po to, aby zostać najlepszymi, ale zdajemy sobie sprawę, że finał oczywiście bywa różny. Gdybyśmy jednak z góry zakładali, że fajnie byłoby zakwalifikować się do finału, a już bezwarunkowo każdy medal będzie super, to byłoby to słabe. Trenujemy po to, żeby być najlepsi i wygrywać. Oczywiście ze zwycięstw na końcu cieszą się nieliczni, ale na tym właśnie polega piękno sportu. Jeśli jakikolwiek sportowiec jedzie na imprezę po to, żeby ładnie przegrać, to jest to nieporozumienie.


![Panthers Wrocław – Vikings Vienna. Polski klub rozbity w finale [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N9DMZ0KWVOSW6-C401.webp)





