W skrócie
- Konrad Bukowiecki po kontrowersyjnej decyzji sędziego musiał walczyć o uznanie ważności swojego pchnięcia kulą.
- Polak przeżył ogromne emocje i dzięki protestowi awansował do finału mistrzostw świata po sześciu latach przerwy.
- Bukowiecki podkreślił, że swój cel już osiągnął, a w finale zamierza walczyć bez presji.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Konrad Bukowiecki w najgorszy możliwy sposób rozpoczął eliminacje pchnięcia kulą. Miał bowiem próbę spaloną. W drugiej pchnął 20,38 m. Tyle samo, co Rumun Andrei Rares Toader. To oznaczało 12., ostatnie miejsc w finale. Tyle że Polak przegrywał z nim drugim rezultatem. Rumun pchnął 19,69 m, a Bukowiecki miał próbę spaloną. Dlatego nasz lekkoatleta zajmował pierwsze miejsce pod kreską.
O awansie decydowała zatem ostatnia seria. W niej Bukowiecki pchnął, ale sędzia dopatrzył się nadepnięcia na próg koła, czego kompletnie nie potwierdzały powtórki telewizyjne.
Protest Bukowieckiego, czerwona flaga po jego pchnięciu. To decydowało o finale MŚ
Konrad Bukowiecki od razu protestował, konkurs został wstrzymany. Wydarł sobie ten finał
Polak od razu rozpoczął walkę o swoje. Pchnął bowiem ponad 20 metrów, a to oznaczało, że wyprzedziłby Rumuna lepszą drugą próbą. Ustny protest Bukowieckiego spowodował wstrzymanie konkursu na kilka minut.
Od razu wiedziałem, że nie spaliłem. Nic nie poczułem. Nie mam pretensji, bo wyszło na moje. Sędzia też człowiek i ma się prawo pomylić. W tym wypadku to był ewidentny jego błąd. Oprotestowałem jednak to pchnięcie, które okazało się decydujące w awansie do finału
Na wszelki wypadek protest miał już przygotowany Filip Moterski, kierownik polskiej drużyny na lekkoatletyczne MŚ. Nie musiał jednak korzystać z tej furtki, bowiem wystarczył ustny protest naszego kulomiota.
- Czekałem, jaka będzie decyzja po ustnym proteście Konrada. Ale procedury zagrały. Miałam już wpisany protest, ale jeszcze nie wysłałem do momentu, aż nie zakończyli procedury ustnego protestu. Więc nie musiałem w pełni interweniować. Tylko kontrolowałem przebieg i wynik protestu - przekazał Moterski w rozmowie z Interia Sport.
Ostatecznie sędziowie przyznali się do błędu. Zmierzono pchnięcie - 20,28 m, które dało mu 12. miejsce.
Serce biło jak szalone. Tętno dochodziło do 170
Dla Bukowieckiego nie był jednak koniec nerwów. Polak zajmował wprawdzie 12. miejsce, ostatnie dające awans do finału, ale po nim pchało jeszcze wielu zawodników. I każdy z nich mógł przerzucić naszego lekkoatletę.
Nerwy były ogromne. Szczerze mówiąc, to nigdy czegoś takiego nie miałem. Spojrzałem na zegarek. Nic nie robiłem. Stałem, a tętno wybiło do 170 uderzeń na minutę. Pewnie trochę przez pogodę, ale jednak najbardziej przez te nerwy. W każdym zawodniku, który wchodził po mnie do koła, widziałem, jak pcha 20,50 m. To wyrzuciłoby mnie z finału
Konrad Bukowiecki po sześciu latach znowu w finale MŚ
Polak nie krył radości. Dla niego to będzie pierwszy finał MŚ od 2019 roku. Wówczas w Dosze był szósty, ale po konkursie był wściekły. Teraz takie miejsce wziąłby w ciemno. Tym razem szczęście się do niego uśmiechnęło.
- Dostałem to, co mi zabrano w Eugene. Tam byłem 13. Eliminacje przegrałem właśnie drugą próbą. Dla mnie wejście do finału było celem. I ten już osiągnąłem. W finale zatem będzie nowe rozdanie. Nie mam nic do stracenia. Stać mnie na pchnięcie powyżej 21 metrów. Dla takich chwil się trenuje. Aż się dzisiaj popłakałem - przyznał olbrzymi kulomiot.
Finał pchnięcia kulą zaplanowany został na sobotni wieczór (13 września, godz. 14.10).
Z Tokio - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:















