Bez swojej gwiazdy Polki ruszyły do boju o finał. Fantastyczna ostatnia zmiana
Jeśli nie "Aniołki Matusińskiego", to kto? W przedostatnim dniu mistrzostw świata w Tokio Polska wciąż pozostaje bez medalu, tak źle jeszcze nie było. Dwóch setnych do podium zabrakło sztafecie mieszanej, Natalia Bukowiecka też była czwarta indywidualnie. I teraz to właśnie ona ruszyła na ostatniej zmianie, by dać Biało-Czerwonym miejsce w finale. W bardzo mocnej stawce, z Wielką Brytanią, Włochami, Hiszpanią czy Jamajką. I Natalia ten finał nam załatwiła.

Na tej właśnie bieżni Polki, z Justyną Święty-Ersetic i Natalią Kaczmarek (dziś Bukowiecką), cztery lata temu sięgnęły po wicemistrzostwo olimpijskie. Skład się w połowie zmienił, filary jednak zostały. Te dwie najlepsze nasze specjalistki od tego dystansu w XXI wieku miały dziś sprawić, by sztafeta znów znalazła się w finale. Tak się przynajmniej wydawało.
Choć eksperci zastanawiali się, czy aby na pewno Bukowiecka wystąpi w eliminacjach, czy będzie jednak odpoczywać po trzech biegach eliminacyjnych.
Rok temu w Paryżu Aleksander Matusiński tak właśnie zaryzykował - wtedy się nie opłaciło, Polki nie awansowały do finału. Dziś jego zespół miał już w eliminacjach być na galowo, z gwiazdami. Tyle że niedyspozycję zgłosiła jednak Święty-Ersetic, to musiało boleć. Zastąpiła ją Alicja Wrona-Kutrzepa, jedna z tych, co rok temu w Paryżu walczyła o finał olimpijski. Mieliśmy jednak jeden atut: Bukowiecką na ostatniej zmianie.
MŚ w lekkiej atletyce. Polski walczyły o finał sztafet 4x400 metrów. Bukowiecka na ostatniej zmianie
Z każdej z dwóch serii pewny awans miały po trzy najlepsze ekipy, dwie z najlepszymi czasami miały uzupełnić stawkę. U nas zaczynała Anna Gryc, płotkarka, która tak dobrze spisała się w eliminacjach sztafet mieszanych. Później była Wrona-Kutrzepa, następnie Aleksandra Formella, wreszcie: Bukowiecka. Stawka tu była wyrównana, choć bez największych faworytek: Amerykanek i Holenderek.

Jamajka, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy - to wydawały się być najgroźniejsze rywalki. I Norweżki, z Henriette Jaeger na ostatniej zmianie.
Gryc po pierwszej zmianie była gdzieś w okolicach czwartej pozycji, daleko za Jamajką, która biegła po drugim torze. Wrona-Kutrzepa znalazła się po zbiegu na szóstej pozycji, dobrze finiszowała. Zmniejszyła dystans, niemniej Formella też zajmowała szóste miejsce. I odważnie, po zewnętrznej, przesunęła się o dwie pozycje. Ale później je straciła, Formellę "postawiło".
Bukowiecka miała szalenie trudne zadania, zaczynała na szóstym miejscu. Przeskoczyła po 200 metrach na trzecią pozycję, goniła Jaeger. I trzecia dobiegła - mamy finał mistrzostw świata.
Wygrała Jamajka (3:22.77), przed Norwegią (3:23.84) i Polską (3:24.39). Na wyniki drugiej serii musiały czekać Włoszki (3:24.71) i Hiszpanki (3:24.76). Sensacyjnie ostatnie dobiegły Brytyjki (3:25.84). Dla nich to był koniec mistrzostw świata.
Pozostało jeszcze wyłonienie kolejnych finalistek. Amerykanki z wielką lekkością wyskoczyły na prowadzenie, Holandii dużo dała bardzo dobra druga zmiana w wykonaniu Lieke Klaver. Tyle że Amerykance Rosey Effiong trochę na końcu zabrakło sił, za to Klaver źle przekazała pałeczkę, straciła sporo setnych. USA nie dało już kolejnej szansy, mistrzynie olimpijskie pewnie wygrały (3:22.53). Walkę o drugą pozycję z Holenderkami (3:24.03) wygrały ostatecznie Belgijki (3:23.96). A cieszyła się jeszcze czwarta Francja, z czasem (3:24.33).
Odpadły zaś piąte w obu seriach: Hiszpanki i Kanadyjki.
Finał w niedzielę o godz. 13.35.












