W skrócie
- Anita Włodarczyk zajęła szóste miejsce w rzucie młotem na mistrzostwach świata w Tokio, osiągając nowy rekord świata w kategorii masters.
- Podkreśla, że nie ma następczyń w polskim młocie kobiecym i obawia się o przyszłość tej dyscypliny w kraju.
- Włodarczyk zdradziła też wstępny plan związany z jej przyszłością.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Anita Włodarczyk do finału lekkoatletycznych mistrzostw świata w rzucie młotem awansowała po ośmiu latach przerwy. Sama przyznała, że nawet to przegapiła. Ostatni raz startowała w nim w Londynie w 2017 roku, kiedy to została mistrzynią świata.
I to był ostatni medal Włodarczyk w tej imprezie. W Tokio, w którym cztery lata temu sięgała po olimpijskie złoto, skończyła rywalizację na szóstej pozycji. Wydaje się, że już pierwsza kolejka ustawiła nieco ten konkurs.
Decydująca rozgrywka Duplantisa z Karalisem na 6,20 m. A później rekord świata
Niesamowite rzuty rywalek nie przygasiły Anity Włodarczyk. Na medal nie była jednak gotowa
Bardzo mocno, czego można się było spodziewać, rozpoczęła Kanadyjka Camryn Rogers, ale ponad 76 metrów rzuciły też dwie Chinki. - Jie Zhao i Jiale Zhang. Włodarczyk już w tym momencie wiedziała, że na medal raczej nie ma szansy.
Wiedziałam, że na pewno mocno zacznie Kanadyjka. Sama też miałam taki plan. Rozpoczęłam od 72,32 m, a zatem lepiej niż w eliminacjach. Po tej pierwszej kolejce wiedziałam, że na pewno trzeba będzie rzucić ponad 76 metrów. Trzeba było się zmobilizować i walczyć dalej. Ostatecznie do medalu trzeba było rzucić ponad 77 metrów, a na to nie byłam gotowa przy moim aktualnym samopoczuciu. Przed konkursem myślałam, że do medalu wystarczy jednak 76 metrów. Z jednego się cieszę, że jak dziewczyny rzuciły 76 metrów, to mnie to nie przygasiło, tylko potrafiłam się zmobilizować
Ostatecznie Polka skończyła z wynikiem 74,64 m, co jest nowym rekordem świata masters, czyli zawodniczek powyżej 40 lat. Rok temu w Paryżu, kiedy zajęła czwarte miejsce w igrzyskach olimpijskich, rzuciła 74,23 m. To pokazuje, że wciąż stać ją na dalekie rzucanie, a wiek nie ma aż takiego wpływu na wyniki.
- Pięknie się patrzyło na Rogers. Nigdy nie zaczynałam od konkursu od rzucenia 78 metrów. Kiedy przekroczyła 80 metrów, to wiedziałam doskonale, co czuje. Została wtedy już sama z sobą. Ona teraz będzie musiała się przyzwyczaić do tego, z czym ja zmagałam się przez wiele lat. Trzeba będzie rywalizować bardziej ze sobą niż z rywalkami. Formę potwierdziły Chinki, rzucają ponad 77 metrów. Kiedy myślę o tej Jial Zhang, to ona przecież miała trzy lata, jak w Berlinie zostawałam mistrzynią świata. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będę w takiej sytuacji startowej - mówiła Polka.
Mistrzynią świata została Rogers, która dołączyła do grona zawodniczek, rzucających ponad 80 m - 80,51 m. Jie Zhao miała 77,60 m, a Jiale Zhang - 77,10 m.
Włodarczyk ma już plan na przyszłość
Włodarczyk przyznała, że po eliminacjach poczuła duże zmęczenie. Pierwszy raz w życiu musiała sięgnąć po tabletkę na sen, bo takie emocje siedziały w niej po tym konkursie.
- Nie przespałam nocy przed eliminacjami. Nie chciałam zatem kumulować braku snu, bo on jest dla mnie najlepszą regeneracją. Dlatego sięgnęłam po tabletkę. Wyspałam się idealnie, a na zawodach czułam się jak ryba w wodzie. Bez presji - przyznała.
Zapytana o to, czy to były jej ostatnie mistrzostwa świata, odparła:
Wszyscy mnie teraz o to pytają. Nie wiem. Nie będę teraz nic deklarować. Na 90 procent myślę, że jeszcze będę kontynuowała karierę. Muszę to jednak wszystko przeanalizować. Dobre jest to, że omijają mnie kontuzje i jestem zdrowa. Do tego wciąż mam motywację. Myślę zatem, że zobaczymy się w przyszłym roku.
Anita Włodarczyk: trzeba coś zrobić, by polski młot nie umarł
Włodarczyk martwi się jednak tym, że w Polsce nie ma jej następczyń.
- To jest smutne. Po tym sezonie dziewczyny muszą wyciągnąć wnioski. Trzeba coś zmienić, by ten polski młot nie umarł. Na pewno będę im kibicować i będę je wspierać, bo jesteśmy w kontakcie. Mam nadzieję, że polski młot jeszcze się odrodzi - powiedziała.
Trenerką jednak nie chciałaby zostać w przyszłości, ale nie wyklucza, że służyłaby poradami z zakresu psychologii sportu.
- Trenerką nie mogłabym być, bo chyba wszystkich bym pozabijała. Ni wytrzymałabym nerwowo tego, z czym musi się użerać trener. Pewnie wszystkich mierzyłabym swoją miarą i chciałabym dużego zaangażowania. Za to pokochałam psychologię sportu, więc tutaj miałabym pole do popisu - tłumaczyła.
Z Tokio - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:















