Adrianna Sułek-Schubert szczera do bólu. Chciała się wycofać. "Bardzo nie lubię, jak mnie ktoś przymusza"
Adrianna Sułek-Schubert po pierwszym dniu rywalizacji w siedmioboju w lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Tokio zajmowała siódme miejsce. Mówiła wówczas o tym, że to słaby występ. Drugiego dnia spadła na 15. pozycję. Po zawodach przyznała, że myślała o tym, by się wycofać. Wspomniała też, że była na rozmowie w Polskim Związku Lekkiej Atletyki, mówiąc, że wolałaby nie jechać do Tokio. 26-latka mówiła też o tym, że szuka trenera.

W skrócie
- Adrianna Sułek-Schubert ukończyła mistrzostwa świata w siedmioboju na 15. miejscu, mimo problemów i rozważań nad wycofaniem się z rywalizacji.
- Zawodniczka przyznała, że była przygotowana fizycznie i psychicznie, ale miała trudne chwile. Obecnie szuka trenera.
- Sułek-Schubert krytycznie oceniła organizację zawodów w Tokio.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Adrianna Sułek-Schubert w lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Tokio zgromadziła tylko 6105 punktów w siedmioboju. Do medalu trzeba było 6581 pkt.
Co ciekawe, w Japonii obroniła się w konkurencjach, które zazwyczaj były jej mocną stroną, a przegrała tam, gdzie zazwyczaj zyskiwała.
Sensacyjny koniec siedmioboju z Sułek-Schubert. Jednak cztery medalistki
Adrianna Sułek-Schubert: chciałam kończyć
Wynik zdecydowanie poniżej twoich możliwości.
- Jeszcze nie wylewam łez po tym starcie, ale rzeczywiście wynik jest tragiczny, choć moja postawa była naprawdę niezła. Dobrze, że w ogóle ukończyłam ten wielobój.
A co się stało?
- Po wyniku 5,70 m w skoku w dal, nie myślałam o tym, by podejść do kolejnej konkurencji - rzutu oszczepem. Do tego wycofała się Nafisatou Thiam, więc ja uznałam, że też muszę kończyć. Porozmawiałam z Anną Hall i ona namówiła mnie do dalszych startów. Ukończyłam, choć bardzo nie chciałam.
Było choć trochę radości u ciebie z tego startu?
- Tak. Najwięcej radości sprawiło mi pchnięcie kulą i rzut oszczepem. Konkurencje, które mi nie leżały, "obroniły" mnie. W rzucie oszczepem było tylko 39 metrów, ale rzucam z najkrótszego rozbiegu ze wszystkich na świecie. W przyszłym roku będę pracowała nad wydłużeniem rozbiegu, co przełoży się na większą prędkość i dalsze rzuty. Szykuję asa w rękawie (śmiech).
Po pierwszym dniu byłaś niezadowolona z siódmego miejsca, jakie zajmowałaś. Skończyłaś 15.
- Masakra. Nic nie mówcie. Przecież spadłam o wiele lokat po skoku w dal. Wszystko było dobrze w tej konkurencji, ale nie miałam nic pod nogą. I to najbardziej mnie boli. Zaczęłam nawet skakać z drugiej nogi. Fizycznie byłam, tak mi się wydawało, dobrze. Psychicznie - bardzo dobrze. Okazało się, że bieżnia mnie zweryfikowała. Wygląda zatem na to, że nie byłam przygotowana fizycznie, a ja naprawdę jestem. Wykonałam niesamowitą pracę. Dwa dni temu obstawiałam, że zrobię wynik 6500 pkt. i zakręcę się w okolicach medalu.
Polka szuka trenera. Miała, ale nie dostała zgody na treningi z nim
Jaka będzie twoja przyszłość?
- Teraz chcę jak najlepiej przygotować się do halowych mistrzostw świata w Toruniu. Musi tam być 5000 punktów, bo nie wiem, skąd znajdę motywację. Najpierw jednak spędzę trochę czasu z synem, a potem zabiorę się za szukanie trenera. Sytuacja w Polsce mi tego nie ułatwia. Może trener spadnie mi z nieba. Byłoby mi dużo łatwiej, gdybym wyjechała za granicę, ale nie bardzo chcę.
Możliwy jest w ogóle powrót do trenera Marka Rzepki?
- Nie jest możliwy. Chcę być najlepsza na świecie. Jeżeli mielibyśmy być w nowej grupie z Hubertem Trościanką, to super. Ja bym była dla niego jakąś inspiracją, a on dla mnie charakterem do walki, który ja uwielbiam. Ale Warszawa? Nie. Czy pan Rzepka przeprowadzi się dla mnie do Bydgoszczy? Nie wiem, może za dużą kwotę, której ja nie mam. Czy się nad tym zastanawiałam? Nie za bardzo. Nie mówię tego, żeby kogoś zabolało, ale ja aspiruję do medalu olimpijskiego. Mnie nic innego nie satysfakcjonuje, a innym wystarczy kwalifikacja. Mam nadzieję, że rozumiecie mnie między wierszami.
Jakiś czas temu ogłosiłaś, że twoim trenerem będzie Toni Minichello, który jednak został swego czasu dożywotnio zdyskwalifikowany?
- Nie ułatwia mi sytuacji brak zgody na współpracę z tym szkoleniowcem. Nie ukrywam, jeżeli patrzymy tylko na aspekt sportowy, to on miał medal olimpijski złoty. Bardzo nie lubię, jak mnie ktoś przymusza do rezygnacji z decyzji, która wiem, że byłaby słuszna. Moja intuicja sportowa mnie nie myli i ja wiem, że ta współpraca byłaby dobra. Chłop jednak nabałaganił. Oczywiście, prawda nie jest taka, jak w mediach krąży, ja znam prawdę. Będzie nam bardzo ciężko nawiązać współpracę, a współpraca online na moim poziomie sportowym jest niemożliwa.
"Prosiłam ludzi z PZLA, żeby mnie nie wysyłali do Tokio. Teraz jestem wdzięczna"
PZLA jakoś cię wesprze, bo przecież bez środków trudno będzie o wyniki?
- Będę musiała użyć chyba karty przetargowej, czyli medialności. Mój start to jedna wielka kicha, ale mam nadzieję, że w związku jeszcze dadzą mi szansę. Przynajmniej do halowych mistrzostw świata. Jakie mi zatem przedstawią warunki, takie będę musiała zaakceptować. W takiej jestem sytuacji. Mam kilku sponsorów i może oni mnie wspomogą jeszcze. Prosiłam ludzi w PZLA, żeby mnie nie wysyłali do Tokio. Naprawdę. Trzy tygodnie po mistrzostwach Polski, które przegrałam chyba po raz pierwszy w życiu, poszłam na spotkanie z członkami zarządu PZLA i mówiłam im, że mam plan przygotowań do halowych mistrzostw świata, który nie uwzględniał startu w Tokio. Kiedy zrobiłam prawie 6300 punktów, to jednak zachęcili mnie do startu, mówiąc, że na mistrzostwach świata zrobię pewnie 6500 pkt. Podjęłam zatem walkę. Po porodzie nie dbałam o zdrowie psychiczne, bo nie było na to przestrzeni. Nie dbałam też o brzuch i wiecznie borykałam się z chorymi jelitami, a jednak jest dużo lepiej. Teraz, tak naprawdę, jestem wdzięczna, że jednak ktoś mnie zmusił i zmotywował do startu w MŚ.
Jak wspomnisz Tokio?
- To jedna z najgorzej zorganizowanych imprez, na jakich byłam. Nie wiem, kto układał plan minutowy siedmioboju. Jedzenie było straszne. Idealne na moją dietę, która ma nie wywoływać stanów zapalnych w organizmie. Dojazdy były koszmarem. Jeździłam taksówką za sto złotych. Nie wierzę. Jeszcze zainwestowałam w lepsze miejsce w samolocie, licząc na medal. Kupiłam wyższą klasę. Same straty.
W Tokio - notował Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:














