W sobotę Ewa Swoboda poczuła wielką ulgę, bo wcale nie była pewna tego, czy niedawny uraz mięśniowy, choć już wyleczony, pozwoli jej dobiec do mety. Dobiegła, czas nie imponował (10.18 s), ale awansowała dość pewnie z drugiego miejsca.
To była jednak stosunkowo łatwa przeprawa, prawdziwa zabawa zaczęła się dzisiaj. Niemal same gwiazdy, a z każdego biegu pewny awans miały tylko dwie najlepsze. I gdy pierwszy z nich się zakończył, już było wiadomo, że kwalifikację do wieczornego finału da wybitnie szybki bieg.
Mistrzostwa świata w Tokio. Ewa Swoboda w cieniu wielkich gwiazd
Zanim Ewa wyszła na bieżnię, rozegrano pierwszą serię, w której aż trzy zawodniczki biegały w tym sezonie poniżej 10.90 s (Kayla White, Marie-Josee Ta Lou-Smith, Shericka Jackson), a jedna niewiele powyżej (Daryll Neita). Pewnie miejsca w finale były tylko dwa, tu już nie mogło być więc żadnego kalkulowania.
Ta Lou-Smith (10.94 s) i Jackson (10.97) mogły na mecie odetchnąć, finiszowały na pierwszych dwóch miejscach. Broniąca złota Sha'Carri Richardson całkowicie zawaliła start, a później goniła faworytki. Wyprzedziła Neitę (11.06 s), wyprzedziła White (11.20 s), ale skończyła trzecia. Z najlepszym czasem w sezonie, 11.00 s, który nic w tym momencie nie gwarantował. Musiała czekać.

A później pojawiła się Polka i naprawdę trudno było znaleźć jakieś logiczne argumenty, że może znaleźć się w dwójce. O klasie mistrzyni olimpijskiej Julien Alfred nie ma nawet co wspominać, do wielkiej formy wraca Shelly-Ann Fraser-Pryce, Amerykanka Twanisha Terry ma medalowe aspiracje, a jeszcze rekordy życiowe w tym sezonie - znacznie poniżej 11 sekund - były Bahamka Anthaya Charlton (10.87 s) i Nowozelandka Zoe Hobbs (10.94 s).
A Swoboda ze swoim 11.08 s z Chorzowa i 11.18 s z wczoraj była tu niemal najsłabsza. Pozostało wierzyć, że stanie się jakiś sportowy cud i Polka powalczy o to jak dwa lata temu w Budapeszcie.
Cud się nie zdarzył, Polka - daleko z tyłu - walczyła o siódmą pozycję ze Szwajcarką Geraldine Frey. Przerwa spowodowana kontuzją na przełomie sierpnia i września dała się we znaki. Skończyła na ostatnim miejscu, z czasem 11.36 s.
Wygrała zaś Alfred (10.93 s), przed Fraser-Pryce (11.00 s). Na gorące krzesło, obok Sha'Carri, wskoczyła Brytyjka Amy Hunt (11.05 s), niespodziewanie odpadła Twanisha Terry.
- Nie rozmawiajmy o tym czasie, jest mi wstyd troszkę. Ale to efekt ostatniej kontuzji. Trudno, zostawiłam tu serducho, Jakoś źle się czuję, nie wiem czy jest duszno, ale nie będę się tłumaczyć. Nie zrobiłam wszystkiego przez tę kontuzję. Do zobaczenia na hali - powiedziała Swoboda w TVP Sport. To jej ostatni indywidualny start w sezonie, w sobotę pobiegnie jeszcze w sztafecie.

Ostatnią serię wygrała liderka światowych tabel Melissa Jefferson-Wooden, w znakomitym stylu, z czasem 10.73 s. Przed Tiną Clayton (10.90 s), a do finału wskoczyła jeszcze Dina Asher-Smith (11.02 s), wypychając z niego rodaczkę Hunt.











