- Tak to już jest coraz częściej, że w maratonie zwycięzcę wyłania finisz - komentował po zakończeniu swojego występu Mateusz Kaczor, jedyny Polak w stawce uczestników najdłuższego biegu podczas tegorocznych mistrzostw świata.
Nikt się chyba jednak nie spodziewał, że różnica między pierwszym a drugim zawodnikiem będzie mniejsza niż we wcześniejszym finale 100 metrów. Po niemal 130 minutach rywalizacji na bieżni i ulicach stolicy Japonii.
Mistrzostwa świata w Tokio. Pasjonująca końcówka maratonu. Odpadł Włoch, zostali Niemiec z Tanzańczykiem
Ponad 30 stopni Celsjusza rano, potworna wilgotność, fatalne warunki do biegania takiego dystansu - to wiedzieli wszyscy. Kaczor mówił później, że przez pomyłkę nie zauważył punktu odświeżania, z wodą i lodem, po 16 kilometrach trasy. I momentalnie poczuł, jak zaczyna ubywać mu sił i ciało nie chce współpracować. Kolejnego już nie przegapił, pewnie musiałby zejść.
Polak nie liczył się w walce o medale. Planował powalczyć o czołową trzydziestkę, skończyło się na 50. pozycji, z ponad 12 minutami straty do najlepszych. Ale i tak był szczęśliwy, że z orzełkiem na piersi dobiegł do mety na stadionie. Bo nawet ci najlepsi schodzili.

Klęskę ponieśli faworyci, biegacze z Etiopii, Ugandy czy Kenii. Owszem, Abel Chelangat zajął ostatecznie piąte miejsce, ale od czołówki odpadł dwa kilometry przed metą. Broniący złota Victor Kiplangat jeszcze wcześniej. W tym upale przez ponad 35 kilometrów na czele biegło kilkunastu zawodników, na nieco ponad kiloemtr przed metą zostało ich już tylko trzech.
Choć maratony wygrywają już niemal wyłącznie biegacze z Afryki, to tu ich jedynym przedstawicielem był Tanzańczyk Alphonce Simbu. Dla niego to już piąte mistrzostwa świata, osiem lat temu w Londynie wybiegał brąz. A na pewno miał większe doświadczenie w tego typu imprezach od Niemca urodzonego w Erytrei Amanai Petrosa, raczej kiedyś specjalizującego się w półmaratonach i pochodzącego z Maroka Włocha Iliassa Aouaniego.

To oni zostali już w rywalizacji na ostatnim kilometrze, a gdy wbiegali przez bramkę na stadion, zostało im 400 metrów. I tam właśnie Simbu pomylił kierunek, Niemiec z Włochem skręcili w lewo, on chciał biec prosto. To mogło go drogo kosztować.
Stracił pewnie ze dwie sekundy, ruszył za rywalami. Już na bieżni Włoch został z tyłu, Niemiec objął prowadzenie. I prowadził na 100 metrów przed metą, na 50, na 20. Simbu miał dwa, może trzy metry straty. Rozpoczął sprint, zaatakował. I wygrał, mimo że Petros rzucił się na linii. Różnica między wyniosła... trzy setne sekundy. Mniej niż w finale 100 metrów. Drugi raz zaś w maratonie złoto rozstrzygało się na ostatniej prostej, bo u pań Peres Jepchirchir tak samo pokonała o dwie sekundy Tigst Assefę.
Simbu i Petrus uzyskali czas 2:09.48, Aouani - 2:09.53.












