Artur Gac, Interia: Będąc w emocjach jesteś w stanie zaakceptować to, co wydarzyło się w Birmingham i na szybko dać sobie radę, czy jest to ciężka historia?
Wojciech Nowicki: - Muszę, ale jest mi smutno i szkoda tego startu. Przygotowywaliśmy się cały okres zimowy i wiosenny, żeby wrócić po kontuzji i dojść do dyspozycji. Fizycznie naprawdę czułem się przygotowany bardzo dobrze, czułem świeżość organizmu, ale niestety... Nie wiem, czy ta ilość pracy, którą wykonaliśmy, żeby wrócić do stanu przed kontuzją, po prostu wpłynęła na to, że uciekło czucie w technice. Było chyba za mało czasu, żeby organizm przerobił całą ilość pracy na siłowni i skoczność, by noga wróciła do dyspozycji. Fizycznie czuję się bardzo dobrze, ale niestety nie ma to pokrycia w rzutach w technice. One są po prostu trzymane, nie mam czucia na sprzęcie. Nie jestem w stanie poddać się młotowi, żeby było to luźne, obszerne i płynne, a w konsekwencji sprzęt nie poleci.
Więc czego potrzebujesz?
- Może rzeczywiście spokoju. Nie ukrywam, była gonitwa za wynikiem, bo zależało mi bardzo, żeby wrócić. I to chyba odniosło skutek odwrotny do zamierzonego. To mi nie pomogło, zamiast tego układ nerwowy cały czas był w napięciu, bo bardzo chciało się rzucić wynik. Może to być kwestia popracowania nad techniką, żeby to wszystko poukładać i zachować spokój. Myślę, że jeszcze coś się uda rzucić, może nie w tym sezonie, ale wierzę, że w następnym tak będzie. Przygotowanie trzeba udowodnić na zawodach, by rzuty nie były sztywne. A jeśli są takie, to młot nie poleci. Konkurencja techniczna ma to do siebie, że trzeba zachować płynność i elastyczność.
Konkludując to, co powiedziałeś, dobrze odczytuję, że być może za duży objętościowo był trening fizyczny, co mogło być błędem?
- Możliwe, bo przyznam, że bardzo mocno skupiłem się na tym, żeby wrócić do dyspozycji fizycznej. Tego bardzo się obawiałem, że pomimo zaleczenia noga nie będzie już w stanie dźwigać i wytrzymywać takich obciążeń treningowych. A jednak okazało się odwrotnie. Fizycznie wróciłem, ale technika przy okazji się nie ułożyła. W tym sensie niestety popełniłem duży błąd, ale tak bywa. Jestem utytułowanym i doświadczonym zawodnikiem, niemniej jednak pierwszy raz miałem taką kontuzję. I przyznam, że w pewnym momencie też nie wiedziałem, jak się z tym wszystkim odnaleźć. Była to dla mnie duża lekcja w karierze. Mam nadzieję, że wszystko poukładamy, przeanalizujemy trening, popracujemy już z chłodną głową i wszystko się poukłada w następnym sezonie. Szkoda, że nie wiedziałem tego wcześniej. Wówczas może inaczej byśmy to zrobili.
Cała ta sytuacja - i nie pytam wcale tylko o wynik w Birmingham, czyli brak awansu do finału, lecz o szerszy kontekst spowodowała, że pojawiły się u ciebie poważniejsze myśli? To znaczy rozważania na temat kariery i jak ją dalej poprowadzić?
- Zawsze są jakieś przemyślenia, bo wiadomo, że trzeba je mieć, żeby kierować treningiem, by to wszystko było dobrze. Treningowo nawet na ciężkich młotach wyglądało tak, że sprzęt będzie mi latał daleko, ale niestety tak się nie wydarzyło. Będąc szczerym sam ze sobą, we wszystkich startach w tym sezonie żaden rzut mi tak naprawdę nie wyszedł. Żeby choć jakikolwiek był luźniejszy i płynniejszy, to młot poleciałby zdecydowanie dalej, ale wyszło jak wyszło. Kurczowo wszystko trzymałem i tak naprawdę gonitwa była za tym, aby znaleźć sposób, jak "puścić" ręce.
Wynikowo to dla ciebie jeden z bardziej rozczarowujących momentów?
- Były trudniejsze momenty, nie ma tak, że wszystko idzie pięknie i ładnie. Trzeba to przetrzymać i przez to przebrnąć. Zawsze uważam, że należy znaleźć błędy, które się popełniło. Przemyśleć co poprawić, aby je wyeliminować i pracować dalej. Mam nadzieję, że już teraz zdrowie będzie dopisywało, co pomoże mi wrócić na lepsze tory.
- Wiadomo, nie mogę być zadowolony z sezonu, bo nastawiałem się i myślałem, że powrót po kontuzji będzie lepszy i szybszy. Jednak, jak widzę, nie. To też uczy cierpliwości. Może pewne rzeczy chciałem przeskoczyć za szybko, a jednak w moim wieku jest to już niemożliwe. Próbujemy dalej pomimo tego, że ten start mi kompletnie nie wyszedł, czego żałuję, bo naprawdę czułem się dobrze i w formie, ale niestety nie potrafiłem tego udowodnić. Cieszę się, że Polski Związek Lekkiej Atletyki wysłał mnie na te mistrzostwa Europy i dał mi szansę po takiej przerwie, gdy nie było mnie na mistrzostwach świata. Wróciłem do rutyny startowej, gdzie są eliminacje i więcej przeciwników, żeby poczuć stres i zaciskanie żołądka, które lubię, bo mnie to mobilizuje do startu. Tylko jeśli technika w ogóle się nie skleja, to niestety wygląda to, jak wygląda.
Polka bije rekord, złoto MŚ. Rezygnacja potwierdzona. "Cel ponad miarę"
Prawda nie jest łatwa.
- Ale taka ta prawda jest i ja nie mam co tu oszukiwać. Po prostu sobie z tym nie poradziłem. Walczyliśmy i do samego końca wierzyłem, że może właśnie ten stres sprawi, że coś kliknie, ale niestety nie. I to było chyba najbardziej rozczarowujące, a wynik jest wypadkową tego, że nie wszystko się poukładało. Moja fizyczność kompletnie nie zbiegła się z czuciem techniki, rozminęła się totalnie. I pomimo naszych najszczerszych chęci nie udało nam się tego skorygować.
Wojciech, ja też powiem szczerze. Nie brakuje sportowców, którzy zawsze szukają winnych dookoła i uciekają od odpowiedzialności, a ty mówisz tak, jakbyś klęknął do konfesjonału.
- Ja uważam, że trzeba być uczciwym wobec wszystkich. Nie oszukuję i nie kombinuję, tylko naprawdę uczciwie przepracowałem zimę i mam świadomość, że kibice mogą być rozczarowani. Biorę to na klatę, bo sam jestem smutny z tego powodu i rozczarowany, że pomimo moich wszelkich starań, po prostu nie wyszło. Nie ściemniam, nie lawuję, tylko nazywam rzeczy po imieniu. Kolega powiedział mi ostatnio, że taki jest sport, w nim nie zawsze 2 plus 2 daje 4. Pomimo naszych chęci, czasem jest 3 lub 5, czyli wyjdzie lub nie wyjdzie. To jest wypadkowa wielu czynników, bo gdyby zaprojektowany trening był drogą na szczyt, to jaki miałbym problem, żeby cały czas rzucać po 80 kilka metrów.
- Bardzo mi zależało, by w tym sezonie wrócić na wysoki poziom i może nałożyłem na siebie zbyt dużą presję. Paradoks ostatnich miesięcy jest taki, że w mojej fizyczności wróciło wszystko, o co najbardziej się bałem, a tam, gdzie nie przewidywałem problemów, pojawiły się wręcz ogromne. Przede mną prawdopodobnie dwa starty w tym roku, gdzie niezależnie od wyniku może jeszcze uda się co nieco poprawić.
Memoriały Kamili Skolimowskiej i Janusza Kusocińskiego?
- Tak, to wszystko w zależności od decyzji związku. Po prostu spróbuję spokojniej podejść do tematu, może coś uda się skorygować i zobaczymy, żeby wiedzieć, w którym dalej pójść kierunku i nad czym pracować zimą.
- Generalnie nie szukam wymówek, to ja dałem ciała. I przykro się słucha, że krytyka spada na moją trenerkę, bo ona naprawdę robiła wszystko, aby mnie przygotować. Dwoiła się i troiła, żeby było dobrze, ja podobnie, ale taki jest sport, że trenuje wielu, ale wielu osobom niestety nie wychodzi.
Jeśli mówisz "dałem ciała" to trudno o wyraźniejsze słowa, by ściągnąć odium z trenerki.
- No tak. To ja rzucam, ja staję w kole i mam wykonać robotę. Ona stoi z boku i sama mówi, że pomimo najszczerszych chęci, w takim momencie już nic nie zrobi. A nieraz wręcz mówi, że sama weszłaby do koła i za mnie zakręciła młotem, gdyby tylko mogła. Mnie ciągle bardzo zależy. Chciałbym jeszcze porzucać, bo czuję się na siłach, tylko może powtarzalność sukcesów z roku na rok sprawiła, że dla ludzi jest teraz pewnego rodzaju szokiem, że dwa lata były, jakie były z powodu kontuzji. Robię co mogę, aby wrócić. Gdyby mi nie zależało, już zakończyłbym karierę, bo bez sensu byłoby marnować czas. Chciałbym jeszcze próbować, bo wierzę, że jestem w stanie. Skoro fizyczność wróciła, może potrzebuję nieco więcej czasu, aby poukładać technikę i odnaleźć czucie. Tu nie ma jakiejś dużej filozofii.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl














