Artur Gac, Interia: Znając cię naście lat mam wrażenie, że choć kibice twoje słowa wypowiedziane na gorąco w Birmingham odebrali jako mocne i wyraźne uderzenie w siebie, to w gruncie rzeczy i tak gryzłeś się w język, by nie powiedzieć jeszcze mocniej.
Konrad Bukowiecki: - No tak... Zresztą zazwyczaj tak jest, że świeżo po starcie, tym bardziej po nieudanym starcie, jest bardzo dużo myśli w głowie. A też jesteśmy później troszeczkę oceniani przez pryzmat tego, co mówimy. Więc w najbardziej delikatny sposób, w jaki tylko mogłem, starałem się to powiedzieć. Inna sprawa, że często wypowiedzi na gorąco są różne i też nie do końca pewnie przemyślane.
Dzisiaj jakbyś nazwał to, co się stało, gdy gorączka emocji nieco ustąpiła?
- Dalej jest mi z tym ciężko, jak mam być szczery. Po pierwsze czuję po prostu, w jakiej jestem formie i wiem, że to, co pokazywałem, to zdecydowanie nie było to, na co mnie stać. Niestety na nic więcej nie mogłem sobie pozwolić, mimo że kula mogła lecieć dużo dalej, ale cały czas mi wypadała z ręki nie wypychałem jej w dobry sposób. Oglądając może ze dwa pchnięcia z tego finału i technicznie to nie wyglądało jakoś bardzo źle. Tylko po prostu końcówka była bardzo szarpana, siły się rozchodziły i kula nie została dobrze trafiona.
- Pewnie jest wielu takich zawodników, dla których wąski finał mistrzostw Europy to szczyt marzeń. Natomiast ja, prawdę mówiąc, nie jestem w ogóle z tego zadowolony. Ambicja nie pozwala mi się po prostu cieszyć z tego z bycia w top-8 czy top-7 w Europie.
Dla mnie sytuacja jest tym bardziej skomplikowana do zrozumienia, bo pamiętam cały czas tego młodego Konrada z EYOF-u w Utrechcie w 2013 roku. Tam ten młody chłopak, który zdobył złoto w kuli i srebro w rzucie dyskiem, zwrócił moją uwagę tym, że był niezwykle mocny psychicznie, świadomy swojego potencjału, poziomu, siły. Ktoś może by nawet powiedział, że za bezczelnie pewnego siebie. I jak konfrontuję to z tym, co mówisz teraz, że jesteś cienki, bo nie radzisz sobie psychicznie i mentalnie, to nie potrafię sobie wytłumaczyć. Czy ty znajdujesz odpowiedź?
- Wydaje mi się, że kiedyś po prostu... Myślę, że sporo prawdy jest w tym wszystkim, co przed chwilą powiedziałeś. Kiedyś faktycznie to wszystko wydawało mi się takie... Może nie chcę powiedzieć, że proste, bo to nigdy nie było proste, ale to po prostu automatycznie mi wychodziło. Też nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, że małym nakładem pracy to wszystko zrobiłem, bo ja zawsze ciężko trenowałem i to samo mi nie przyszło. Jednak faktycznie zawsze sprawiało mi to frajdę i wychodziło dobrze, a sukces mnie napędzał. Natomiast teraz wydaje mi się, że po prostu za dużo jest myśli w głowie i nie potrafię mieć takiego przełącznika w głowie, który by mi pozwalał po prostu, kolokwialnie mówiąc, zamknąć oczy i iść do przodu.
- Wydaje mi się, że po prostu za dużo tam jest myśli i za dużo jest rozbierania tego wszystkiego na atomy. Może to jest błąd. Wiadomo, że mistrzów treningu jest wielu, natomiast ja faktycznie jestem przygotowany naprawdę dobrze i na treningach potrafię kulą pchać daleko, a na zawodach coś po prostu nie gra.
Potrafisz wskazać w tym całym obszarze taki moment krytyczny, kiedy coś się właśnie takiego przełącza? Czy to jest spowodowane tylko tym myśleniem, które ci cały czas towarzyszy, czy może kazus jak u pięściarzy? Czyli jeszcze na rozgrzewce wszystko jest super, ale coś staje się w momencie wchodzenia do ringu. I w mowie ciała oraz w oczach nagle widać, że on wcale nie chce tam być i na starcie przegrywa sam ze sobą.
- W moim przypadku chyba powiedziałbym, że jest wręcz odwrotnie. To znaczy będąc już na samej płycie stadionu i przystępując do konkursu raczej czuję, że stres ze mnie stopniowo schodzi. U mnie najwięcej myśli pojawia się w ostatnich dniach przed startem i to mnie mocno paraliżuje. Nawet w dzień startu przed eliminacjami po śniadaniu leżałem i odpoczywałem, mając tętno 115-120, czyli po prostu palę się wewnętrznie przed. Na samej płycie stadionu już wiem po co tam jestem i znam swoje możliwości, tylko to wszystko się na siebie nakłada. Oczywiście to nie był dobry start w moim wykonaniu, bo potrafię pchać kulą dalej i w tym roku to też już pokazywałem, ale z drugiej strony nie wszedłem do koła i nie oddałem pchnięć na 18 czy 19 metrów (20.38 m - przyp.). Czego nie mogę sobie zarzucić, to tego, że nie próbowałem. Próbowałem w każdej próbie, w każdej kolejce próbowałem zrobić coś więcej, więc walczyłem. Walczyłem, ale niestety z nienajlepszym skutkiem.
U mnie najwięcej myśli pojawia się w ostatnich dniach przed startem i to mnie mocno paraliżuje. Nawet w dzień startu przed eliminacjami po śniadaniu leżałem i odpoczywałem, mając tętno 115-120, czyli po prostu palę się wewnętrznie przed.
Już naprawdę długo czekasz na seniorski medal najważniejszych, międzynarodowych zawodów. Jesteś w stanie wskazać ten moment, który wywołał to, z czym nie możesz sobie poradzić? To pokłosie pierwszej z twojego punktu widzenia dotkliwej porażki, która odebrała ci luz i to wszystko, co robiłeś z marszu?
- Na pewno trzeba by to było jakoś głębiej przeanalizować. Na szybko wydaje mi się, że po prostu to te lata, w których doznałem poważnych kontuzji. To mnie bardzo mocno gdzieś tam wyhamowało, bo nie mogłem trenować i nie mogłem robić tego, co potrzebuję. Mimo, że zawsze robiłem trening zastępczy i zawsze próbowałem się wykurować, dzięki czemu zawsze wracałem i startowałem. I z tego też jestem dumny, że nigdy nie odpuściłem. Nawet jak było źle, nawet jak było bardzo źle, to jednak zaciskałem zęby i nawet z wielkim bólem trenowałem i próbowałem. Zresztą to też widać po moich wynikach, że faktycznie wszystko szło w górę do momentu poważniejszych kontuzji. Natomiast ostatnie dwa lata już bez większych problemów przetrenowałem. Oczywiście jakieś tam zawsze się zdarzają, jak to bywa w profesjonalnym sporcie. W tamtym roku, jak również w tym już pchałem ponad 21 metrów i powtórzę się po raz kolejny: na treningach naprawdę to wyglądało obiecująco.
Mówiąc, że twój przypadek to już nie dla psychologa, tylko dla psychiatry w przejaskrawiony sposób określiłeś swój problem, czy rzeczywiście rozważasz udanie się do poważniejszego specjalisty, żeby pomógł ci rozwikłać i rozwiązać wszystko w głowie?
- Wiadomo, że trochę prześmiewczo to powiedziałem. Po prostu chciałem podkreślić, że moja głowa jest chyba już poważniejszym przypadkiem. Na razie jest jeszcze za wcześnie, żeby takie decyzje podejmować. Wydaje mi się, że muszę jeszcze ochłonąć, bo mimo że coraz więcej godzin upływa, to dalej jestem smutny i przybity. Jest mi przykro, bo nie na to się nastawiałem. Czuję, że naprawdę mogłem w Birmingham powalczyć, a niestety powalczyłem tylko na siódme miejsce. Tylko albo aż, dla niektórych aż, dla niektórych tylko.
Aspekt pracy z psychologiem to coś, z czego okazjonalnie lub regularnie korzystasz, czy jest to wielki, niezagospodarowany ocean, po którym mogą dryfować spore rezerwy?
- Ja pracowałem z różnymi psychologami przez te wszystkie lata, natomiast faktycznie nigdy tak w stu procentach i na serio, tylko bardziej doraźnie. Więc na pewno jest to pole do rozważenia, żeby tak na serio już w to wejść i po prostu się do tego przyłożyć. Nie chcę na razie podejmować żadnych decyzji, bo jeszcze jest trochę za wcześnie. Też w mojej głowie na razie jest jeszcze dużo emocji, muszę jeszcze trochę ochłonąć.
Z twoich wypowiedzi wnioskuję, że będziesz niestrudzenie próbował. To raczej nie ten moment, gdy bierzesz pod uwagę radykalne kroki, jeśli chodzi o karierę?
- Oczywiście dalej będę trenował, choć odczucie mam takie, że faktycznie mam trochę przesyt tego i iskierka trochę mi zgasła. Jednak, jeśli o to pytasz, na pewno nie będę kończył kariery. Mam 29 lat, najmłodszy już nie jestem, ale jakoś bardzo stary też jeszcze nie. Mam jeszcze swoje cele i marzenia do spełnienia. Na tyle, na ile będzie mi zdrowie pozwalało, to myślę, tak długo będę pchał kulą. Tak że tych wszystkich, którzy raczej liczą na to, że szybko skończę, muszę zmartwić. Moje plany, marzenia i cele wybiegają jeszcze na kilka lat do przodu. Jeszcze kilka lat będą musieli się ze mną pomęczyć. A przynajmniej będą mieli jeszcze co komentować. Hejterzy też będą jeszcze mieli co ze mną robić przez kilka lat (uśmiech).
Czy Natalia Bukowiecka, twoja żona i wyśmienita biegaczka, coś konkretnego ci podpowiada? Ma gotowe i warte rozważenia rady, z których warto byłoby skorzystać?
- Jesteśmy małżeństwem, więc oczywiście dużo rozmawiamy. Nie tylko na tematy prywatne, ale też na sportowe. Natalia, jak świetnie zauważyłeś, jest znakomitym sportowcem i rady od niej na pewno mi pomagają.
Co ci radzi w obecnym położeniu?
- Teraz nie rozmawialiśmy jakoś bardzo poważnie na ten temat, bo mam świadomość, że Natalia ma swój sport i swoje plany w Birmingham do zrealizowania. Więc na razie się usuwam, bo nie chcę zaprzątać jej głowy swoimi problemami w momencie, kiedy ona ma swoją robotę do zrobienia. Generalnie rozmawiamy i wydaje mi się, że bez niej na pewno byłoby mi dużo ciężej.
Będziesz w tym roku jeszcze trochę startował?
- Tak. Jest Diamentowa Liga, a mamy też dwa mityngi w, można powiedzieć, moich rodzinnych miastach. To znaczy w Szczytnie, w którym się wychowałem i w Olsztynie, gdzie się urodziłem. Tam wystąpię dwa dni z rzędu 29 i 30 sierpnia i to prawdopodobnie będą moje dwa ostatnie starty w tym roku.
Dziękuję za rozmowę. I życzę wygrzebania się z problemów w warstwie mentalnej.
- Może jeszcze kiedyś będzie dobrze, miejmy nadzieję.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl














