Trener kadry odkrywa zaskakujące kulisy. "Prosiłem kapitana o zejście ze statku"
- Grecy tak mocno naciskali, że przekonałem kapitana, że wysiadam ze statku na własną odpowiedzialność po wcześniejszym zrzeknięciu się swoich uprawnień. Kapitan zadzwonił do służby celnej w Stambule, mówiąc, że on bierze odpowiedzialność za tę sytuację, która była mocno wyjątkowa - mówi w rozmowie z Interią Igor Milicić, trener kadry Polski, którego celem jest praca w Eurolidze lub w NBA Europe.

Karol Wasiek: Wróćmy jeszcze do ostatniego zgrupowania reprezentacji Polski. Czym pan się kierował podczas selekcji zawodników na mecze z Austrią i z Holandią?
Igor Milicić, trener reprezentacji Polski i Arisu Saloniki: Kierowałem się przede wszystkim dobrem drużyny narodowej, by w ciągu 4-5 dni zrobić taki zespół, który będzie w stanie dać nam zwycięstwa w meczach z Austrią i z Holandią. Czy to coś nowego? Nie. Kieruję się tym samym przed każdym okienkiem.
Zabrakło Michała Michalaka i Aleksandra Dziewy, uczestników EuroBasketu. Dlaczego?
- To była świadoma decyzja. Chciałbym podkreślić, że zawodnicy, których nie było w tym okienku, nie są skreśleni. Uważałem, że Olek Dziewa nie byłby wykorzystany pod względem minutowym na tyle, aby spełnić jego ambicje. Nie chciałem go w żaden sposób urazić, a mogłoby tak być, że grałby śladowe minuty, bo po prostu w starciu z tymi rywalami potrzebowaliśmy graczy o innym profilu. Tak samo było na poprzednich zgrupowaniach. Po prostu zawsze chcemy złożyć skład, który będzie idealnie pasował do danych rywali.
Nie ukrywam, że w trakcie ostatniego zgrupowania bardzo chciałem sprawdzić Kubę Urbaniaka. Myślę, że jest już na odpowiednim poziomie, by dać tej drużynie dużą jakość, zwłaszcza po bronionej stronie w grze typu switch. Niestety uraz wykluczył go ze zgrupowania kadry. Trochę to pokrzyżowało nam plany. To jest jeden z tych zawodników, których bardzo chcę sprawdzić w niedalekiej przyszłości.
Michalak na tamten moment nie pasował stylem gry do tego, co potrzebowaliśmy. Też nie byłby wykorzystany przeze mnie w meczach z Austrią i z Holandią. Nie chciałem, żeby się frustrował z tego powodu. Chciałem uniknąć tego negatywnego aspektu. To świetny zawodnik i wiem, co on może nam dać.
Natomiast wiele razy powtarzam, że nie zawsze rola w klubie jest odpowiednikiem tego, co jest potrzebne w kadrze. Są zawodnicy, którzy w klubach grają rewelacyjnie, ale grają tam w określonym stylu, który jest odrębny od tego, co potrzebujemy w reprezentacji. Hierarchia w klubie jest zupełnie inna niż hierarchia w kadrze. To jest prosta odpowiedź. Ja nawet w Salonikach - podczas meczu Anwilu z PAOK-iem - rozmawiałem z Michałem. Mówiłem mu: daję ci mocny powód do jeszcze większej motywacji. I to było widać w tym spotkaniu z PAOK-iem. Chciałbym, żeby Michał rozegrał świetny sezon i tym samym dałby mi powód do ponownego powołania.
Czy Jordan Loyd był brany pod uwagę?
- Tak. Rozmawialiśmy z nim. Była brana pod uwagę opcja, że Jordan zagrałby w drugim meczu tego okienka z Holandią. Sprawy zdrowotne nie pozwoliły jednak na to, by zawodnik pojawił się na zgrupowaniu. Podobnie było w przypadku Aleksandra Balcerowskiego. Obaj potrzebowali kilka dni wolnego, by wyleczyć drobne kontuzje i nabrać sił na granie w sezonie ligowym. W pełni to zrozumieliśmy.
Dlaczego tak mocno zależało panu na przyjeździe Kamila Łączyńskiego?
- Bo Kamil jest zawodnikiem, który może się dostosować do różnych sytuacji. Jest bardzo doświadczony, zna mój system. Tak naprawdę najlepsze sezony rozegrał pod moją wodzą. To jest postać bardzo szanowana w grupie, która może dać wiele dobrego. Kamil potrafi się dostosować, schować na bok, dać dobre podanie i zagrać rewelacyjnie w obronie. Każdy trener chciałby mieć takiego zawodnika w swojej drużynie.
Gdyby Michał Sokołowski nie znalazł klubu, to pojawiłby się w składzie kadry?
- Prawdopodobnie tak, natomiast powołałbym też inny profil zawodnika jako zabezpieczenie na obecną formę Michała. Nie ukrywam, że gdy dowiedziałem się, iż "Sokół" podpisał umowę w Turcji, to duży uśmiech pojawił się na mojej twarzy. On potrzebował rytmu treningowego, co było widać w meczach z Austrią i z Holandią.
Czy brał go pan uwagę w kontekście zatrudnienia do Arisu Saloniki? Pytam, bo w mediach pojawiły się takie spekulacje.
- Lubię, jak wszyscy wiedzą lepiej ode mnie. Nawet greckie media o tym pisały, że Sokołowski zaraz dołączy do Arisu. Natomiast nie braliśmy go w ogóle pod uwagę jako ewentualne wzmocnienie. Potrzebowaliśmy przede wszystkim na pozycji cztery zawodnika z mocną zbiórką, z fizycznością, który może też zagrać trochę tyłem do kosza. Drugim graczem, którego potrzebowaliśmy, był typowy strzelec, łowca punktów, który może też zagrać w pewnych sytuacjach akcje typu pick&roll.
Trener niejednokrotnie mówił o tym ORLEN Basket Liga musi się rozwijać. Jak pan patrzy na nią teraz z perspektywy trenera Arisu Saloniki?
- Wydaje mi się, że ORLEN Basket Liga idzie pod względem występów w europejskich pucharach w lepszym kierunku niż to miało miejsce w poprzednich latach. To mnie bardzo cieszy.
Wiele klubów chce grać, nawet w FIBA Europe Cup. Śląsk gra w EuroCupie, a Legia rywalizowała w Basketball Champions League. To jest coś, co da dodatkowe doświadczenie polskim zawodnikom. Uważam, że do tej pory trochę tego brakowało. Idzie to teraz w świetnym kierunku. Oby ten trend był utrzymany w kolejnych latach.
Dlaczego zdecydował się pan na pracę w Arisie Saloniki? Jakie były okoliczności podpisania umowy? Słyszałem, że były… szalone!
- Dokładnie. Miałem zaplanowany rejs po Morzu Śródziemnym na statku jako nagroda za osiągnięty wynik na EuroBaskecie. Wziąłem małżonkę i swoich przyjaciół. To był rejs planowany na dziesięć dni. Pamiętam, że w trzecim dniu tej wycieczki rozpoczęły się wstępne rozmowy z Arisem. Powiedziałem od razu Grekom, że nie opuszczę statku. "Nie ma to na szans" - przekazałem.
W czwartym dniu sprawa ucichła, ale kolejnego sprawa wróciła z podwójnym uderzeniem. Te rozmowy tak znacząco przyspieszyły, że wieczorem byłem… już na lądzie, mimo że nie miałem do tego prawa.
Jak to?
- Jest to rejs dziesięciodniowy i nie ma możliwości, żeby opuścić statek wcześniej. Prawda jest taka, że przekonałem kapitana, że wysiadam ze statku na własną odpowiedzialność po wcześniejszym zrzeknięciu się swoich uprawnień. Kapitan zadzwonił do służby celnej w Stambule, mówiąc, że on bierze odpowiedzialność za tę sytuację, która była mocno wyjątkowa.
W godzinach mocno wieczornych opuściłem statek, a na drugi dzień byłem już w Salonikach, gdzie rozpocząłem pracę.
Grecy tak mocno naciskali?
- Tak. Zależało im na tym, żebym jak najszybciej dołączył do drużyny i poprowadził ją w starciu z Hapoelem Jerozolimą. Wrócę jeszcze do pytania o powody przyjęcia tej oferty. Została mi przedstawiona sytuacja rozwoju klubu na bardzo wysokim poziomie finansowym i sportowym. Ta propozycja była zbieżna z moimi planami i ambicjami jako trenera.
Jakie są ambicje Igora Milicicia?
- Chcę pracować na najwyższym poziomie w Europie. Mam na myśli Euroligę lub NBA Europe. Do tego dążę jako trener.
Co pan robił w poprzednich miesiącach, gdy nie miał pracy jako trener klubowy?
- Przygotowywałem się do EuroBasketu. Byłem w USA kilka razy, gdzie miałem możliwość zobaczenia, jak wygląda pracy na różnych uczelniach, a także w klubach NBA. Byłem na kilku stażach.
Może pan zdradzić nazwy klubów?
- Nie. To niech pozostanie tajemnicą. To są kluby, które wyraziły zainteresowanie Igorem Miliciciem Jr. Miałem możliwość zobaczenia, jak wyglądały treningi w tych zespołach. To było zupełnie inne doświadczenie od tego, do którego jesteśmy - jako trenerzy - przyzwyczajeni w Europie.
Panu się mocno dostało za to, że nie oglądał z bliska meczów finałowych PLK w sezonie 2024/2025.
- Wiem o tym. Czytałem nawet różne wywiady. Uśmiechnąłem się. Rozumiem, że ci, którzy twierdzą, że powinienem tam być, mają w głowie dwa aspekty: by oglądać zawodników z bliska i nadać temu wydarzeniu większą rangę.
Cóż, zawodników, którzy poprzez swoją grę pokazują mi, że marzą o grze w KoszKadrze, mam… rozpracowanych do każdego detalu. Systemy InStat czy Synergy umożliwiają ocenę w każdym szczególe. Mecz na żywo nie dostarczy mi tylu informacji ile dają profesjonalne programy scoutingowe plus… jeśli uznam, że zawodnik naprawdę może nam pomóc, zapraszam na trening pod moim okiem. Dopiero proces wpasowywania się gracza na treningach naszej drużyny daje ostateczną odpowiedź.
Wracając do mojej obecności na meczach. Bywałem na Pucharze Polski czy innych spotkaniach. Często te wydarzenia to przyczynek dla wielu osób do porozmawiania ze mną. Ja oczywiście od tego nie uciekam, jestem do dyspozycji prezesów, trenerów, dziennikarzy, ale bywało tak, że rozmowy przed, w trakcie i po meczu zabierały tyle czasu, że sam mecz widziałem szczątkowo. Wtedy nauczyłem się, że wolę gracza oceniać przez system scoutingowy i następnie zaprosić go na zgrupowanie, niż jeździć po kraju. Mnie - jak każdego trenera - rozlicza się za wyniki, ale te nie były najgorsze w ostatnim czasie, prawda? Zostawmy to więc. Dla mnie to temat zastępczy, jest wiele innych dużo ważniejszych.
Czy latem był pana temat w Anwilu Włocławek?
- Nie było żadnego telefonu w tej sprawie, choć ja oczywiście mam bardzo dobry kontakt z władzami klubu i z miasta. Cieszyłem się na wybór trenera Kożana, który jest człowiekiem z Włocławka, moim byłym asystentem i szkoleniowcem, które cenię za wiedzę. Wspierałem go mocno, trzymałem kciuki. Byliśmy w stałym kontakcie. Bardzo żałuję, że ten projekt tak szybko dobiegł końca. Uważam, że Grzegorz zasługiwał na większe zaufanie. Bo on sobie - wieloletnią pracą na rzecz klubu - na to zasłużył. Ja sam wiem to najlepiej, że czasami trzeba dać drugą szansę, albo przeczekać trudny moment.
Czy widzi pan taki scenariusz, że za kilka lat wraca do Anwilu jako pierwszy trener?
- Nigdy nie mów nigdy, ale na pewno nie stanie się to w najbliższej przyszłości. Ja wiem, co osiągnąłem w Polsce i jestem z tego dumny. Jestem dumny ze wszystkich ludzi, z którymi pracowałem, bo końcowy sukces to nie tylko Igor Milicić. To pasja i zaangażowanie dziesiątek ludzi i wszyscy muszą iść w tym samym kierunku. Polska liga zbudowała mnie jako trenera, ale tak to jest już w życiu. Chcąc realizować swoje marzenia, trzeba opuścić strefę komfortu.
Zatem gdzie pan widzi siebie za 2-3 lata?
- Walczę mocno każdego dnia, żeby osiągnąć sukces na europejskiej scenie. Nie tylko dla siebie, ale także dla polskiej koszykówki i polskich trenerów. Mam bardzo dużą nadzieję, że innym polskim trenerom będzie przez to łatwiej dostać szansę i będą mieć większy margines na popełnienie błędów. To tak jak z koszykarzami, im więcej nas będzie za granicą na wysokim poziomie, tym poziom polskiej koszykówki będzie na dużo wyższym poziomie.













