Reklama

Reklama

Paweł Pawłowski: W zespole 3x3 każdy ma swoją rolę

- Każdy ma swoją rolę w zespole - powiedział Paweł Pawłowski, koszykarz reprezentacji Polski 3x3, która w niedawnych mistrzostwach świata w Amsterdamie wywalczyła brązowy medal.

37-letni, ale nie najstarszy w zespole, Pawłowski jest najmniej znany z czwórki zawodników, którzy w Holandii zdobyli historyczny brązowy medal.

Reklama

"Jestem rodowitym gdańszczaninem. Zaczynałem przygodę z koszykówką w GKS Wybrzeże, klubie, którego już nie ma, a jego hala została zrównana z ziemią. Kontynuowałem tę przygodę w pobliskich miejscowościach" - przypomniał.

Na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w klasycznej koszykówce Pawłowski grał w pierwszej lidze, będąc solidnym graczem zespołu Kotwicy Kołobrzeg w latach 2016-18. W zakończonym sezonie występował w drugoligowym klubie Decka Pelplin.

Pozostała trójka brązowych medalistów: 36-letni Michael Hicks, o cztery lata młodszy Przemysław Zamojski i 38-letni Marcin Sroka ma za sobą wiele sezonów gry w ekstraklasie, dwaj ostatni występowali także w reprezentacji Polski w klasycznej koszykówce, a Sroka aż w 11 klubach najwyższej klasy.

"Nie grałem nigdy w ekstraklasie, Eurolidze czy rozgrywkach pucharowych. Ale doświadczenie można też zebrać w klubach niższego szczebla. Moim atutem jest to, że od 2011 roku gram w koszykówkę 3x3. To teraz procentuje" - zauważył jeden z weteranów tej dyscypliny w Polsce.

W koszykówce 3x3 bardzo istotny jest właściwy dobór zawodników do czteroosobowej drużyny, z których trzech stale przebywa na boisku. Pawłowski jest zawodnikiem do zadań specjalnych.

"Każdy w zespole ma swoją rolę. Ja mam się skupiać na dobrej obronie, zbieraniu piłek po niecelnych rzutach. Moim zadaniem jest powalczyć z silnymi zawodnikami drużyny przeciwnej, oczywiście także dorzucić w ataku swoje punkty z dystansu, znaleźć sobie odpowiednie miejsce do takich akcji. Koszykówka 3x3 to gra bardziej fizyczna, sędziowie pozwalają na większą walkę. Trudno w takiej sytuacji minąć przeciwnika. Trzeba mieć naprawdę spore umiejętności, żeby to zrobić" - przyznał.

Sukces w Amsterdamie był dla niego niesamowitym przeżyciem.

"W moich wspomnieniach z tego turnieju pozostanie, że walczyliśmy do końca. Mimo że początki meczów wskazywały, że nie uda się tego "wyciągnąć". Takie też widziało się potem w sieci czynione na bieżąco komentarze kibiców. My jednak za każdym razem podnosiliśmy się i wygrywaliśmy. W przeciwieństwie do poprzednich mistrzostw świata na Filipinach, kiedy zaczynaliśmy naprawdę dobrze, ale nie udawało nam się dowieźć do końca prowadzenia, tutaj było odwrotnie - z silniejszymi drużynami nie zaczynaliśmy dobrze, ale kończyliśmy po naszej myśli. Nie bez znaczenia było dobre przygotowanie kondycyjne" - podkreślił.

Pawłowski jest pod wrażeniem występu w Amsterdamie wybranego do pierwszej trójki turnieju Michaela Hicksa, lidera zespołu i ojca sukcesu Polaków.

"To był wielki turniej Mike'a. Zagrał rewelacyjnie. 71 punktów w jednej imprezie mistrzowskiej - nie przypominam sobie, by ktokolwiek rzucił tyle w zawodach tej rangi, World Tour czy challengerze. To była dobra robota z jego strony, zasłużył na szacunek" - zaznaczył.

W weekend reprezentacja Polski koszykarzy 3x3 wystąpi w Rydze w eliminacjach do mistrzostw Europy. Przed rokiem w finałowym turnieju w Bukareszcie wywalczyła piąte miejsce, najwyższe w historii startów w tej imprezie.

Dowiedz się więcej na temat: Michael Hicks

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje