Reklama

Reklama

MŚ koszykarzy. Mateusz Ponitka: W każdym spotkaniu należy dać z siebie wszystko

Czołowy strzelec i lider reprezentacji koszykarzy przygotowującej się do mistrzostw świata w Chinach, 25-letni Mateusz Ponitka opowiada o swojej roli w drużynie, podejściu do gry i całej kariery. - W każdym spotkaniu należy dać z siebie wszystko - podkreślił.

Czuje się pan liderem reprezentacji?

Reklama

Mateusz Ponitka: Czy liderem? Moim zdaniem w naszym zespole powinien grać kolektyw. Jeśli każdy będzie się dokładał w poszczególnych spotkaniach, to wszystkim będzie się łatwiej grało i każdy będzie liderem. Natomiast czuję, że spoczywa na mnie odpowiedzialność, jeśli chodzi o wynik. Na pewno będę gotowy, żeby pomóc zespołowi w taki sposób, jak jest to potrzebne - czy to będą punkty, zbiórki, obrona, asysty czy bloki. Dla mnie nie ma to znaczenia, bylebyśmy wygrali tyle meczów, ile potrzebujemy, aby wejść do następnej rundy w mistrzostwach świata.

Pytam też o to, bo jest pan na okładce książki o reprezentacji "Mundial pod koszem", która ostatnio się ukazała. Wybór autora jakby na to wskazywał...

- Zdążyłem już trochę tej książki przeczytać. Naprawdę wydaje mi się, że jest to bardzo ciekawa lektura, zwłaszcza dla młodszych fanów koszykówki. Chociażby mogą po jej przeczytaniu zobaczyć, jaka była różnica między rokiem 1967 a 2019. Koszykówka poszła dużo do przodu, bardzo się zmieniła. Zupełnie inaczej się na to wszystko patrzy. Czy liderem? Cieszę się, że mogę być częścią, powiedziałbym, czegoś spektakularnego. Wydaje mi się, że ta książka też jest odzwierciedleniem naszego sukcesu.

W Pradze, na pierwszym turnieju w cyklu przygotowawczym do mistrzostw świata, należał pan to zawodników "ciągnących" grę reprezentacji, był jednym z jej czołowych strzelców. To stała cecha Mateusza Ponitki: nie odpuszcza w żadnym momencie, nie ma dla niego ważnych i mniej ważnych spotkań.

- Całą moją karierę buduję na tym, żeby podejść do wszystkiego na sto procent. Czy to jest trening, czy mecz staram się dawać z siebie wszystko. Próbuję też zarażać tym chociażby młodszych zawodników. Oni też muszą wiedzieć, że przyjeżdżamy na kadrę i nie jest tak, że gramy ze słabszym zespołem, więc można to luźniej potraktować. Oni muszą wiedzieć, że w każdym spotkaniu należy dać z siebie wszystko. Jeżeli nie przychodzisz na mecz całkowicie gotowy, to potem szereg różnych rzeczy może się wydarzyć - zaczynając od kontuzji poprzez słabe występy czy wręcz blamaże.

Jak nieoczekiwana porażka z Tunezją w ostatnim spotkaniu turnieju w Pradze.

- Fakt, że to były trochę specyficzne zawody. Pojechaliśmy tam prosto z obozu w Wałbrzychu, gdzie trenowaliśmy bardzo ciężko przez ponad dziesięć dni. Wszyscy zaczynamy dopiero wchodzić w rytm meczowy. Myślę, że w Hamburgu powinniśmy już zobaczyć o wiele lepszą reprezentację Polski.

W Pradze otworzył pan drugą setkę występów w reprezentacji seniorów. Teraz stanie przed szansą już w pierwszym spotkaniu z Czechami przekroczyć 1000 punktów zdobytych w reprezentacji. W tej chwili jest ich 997 w 103 meczach.

- Szczerze powiedziawszy, nie zwracałem na to specjalnej uwagi, ale fajnie. Cieszę się, że mimo młodego jeszcze wieku jestem już dosyć długo w tej kadrze i mam nadzieję, że jeszcze długo będę. To miłe uczucie, że ludzie to liczą i można się zapisać w tych historycznych statystykach. Aczkolwiek wszystkie 1000 punktów oddałbym za to, żebyśmy na przykład wygrali dwa grupowe mecze w Chinach.

Z Hamburgiem wiąże się inny pamiętny moment w pana karierze - wicemistrzostwo świata do lat 17 i wybór do pierwszej piątki turnieju. Pamiętam, na konferencji prasowej po meczu finałowym z USA na tym samym krześle co pan siadał Bradley Beal, wówczas złoty medalista i MVP turnieju, dziś gwiazdor NBA.

- Hamburg jest dla nas szczęśliwy. Wtedy, przed dziewięciu laty, osiągnąłem swój największy sukces w młodzieżowej koszykówce i jeden z większych w życiu. To był pierwszy przypadek, gdy polska reprezentacja zagrała przeciwko Amerykanom w finale mistrzostw świata. Poza tym nasz trener Mike Taylor awansował w tym roku z drużyną z Hamburga do ekstraklasy. Dobrze się tam czujemy.

W mistrzostwach świata w Chinach stanie pan przed jeszcze jedną szansą. W 1967 roku w Urugwaju w jedynym występie Polaków na mundialu żaden z biało-czerwonych nie wykonał wsadu do kosza. Nie były one wówczas tak powszechne w koszykówce jak teraz. Tak, że ten z drużyny, który w Pekinie pierwszy zdobędzie punkty dunkiem, też zapisze się w historii polskiej koszykówki...

- Więc trzeba przez pierwsze trzy minuty przycisnąć i znaleźć się w annałach.

Może będzie to znany z dynamicznej i efektownej gry Mateusz Ponitka?

- Nie wiadomo. Teraz przybyło mi trochę konkurentów, bo są i Olek Balcerowski, i Dominik Olejniczak, i Mathieu Wojciechowski. Za plecami jest też Karol Gruszecki.

Jak pan ocenia młodych zawodników w kadrze?

- Naprawdę chcą pracować, mają zacięcie do treningu. W ich przypadku ważna jest kwestia dojrzewania. To są młodzi gracze, którzy muszą jeszcze rozegrać dużo meczów, dużo się nauczyć, ale przede wszystkim widać u nich potencjał. To jest optymistyczne. Mam nadzieję, że za cztery, pięć lat, gdy ja będę w koszykarskim kwiecie wieku, będziemy tworzyli z tymi chłopakami silną drużynę na europejskim poziomie.

Odejdźmy na chwilę od reprezentacji. Jak pan oceni swoją karierę klubową, podpisany ostatnio kontrakt z klubem Euroligi Zenitem Sankt Petersburg. Czy jest pan zadowolony z dotychczasowej drogi?

- Niczego nie żałuję. Wydaje mi się, że wszystkie kroki, które zrobiłem w dotychczasowej karierze, wszystkie decyzje, które podjąłem, były bardzo przemyślane. Nigdy nie kierowałem się dziwnymi pobudkami typu bycie w fajnej drużynie czy też pójście gdzieś za potężne pieniądze i nie granie. Nigdy mi na tym nie zależało. Zawsze chciałem krok po kroku budować swoją markę. W tym roku zawitałem do najwyższej ligi europejskiej. Mam nadzieję, że uda mi się tam zostać już na dłużej.

W meczu z reprezentacją Wenezueli na rozpoczęcie mistrzostw świata będziecie grać przeciwko dwóm braciom - Gregory’emu i Jose Vargasom. W polskiej drużynie też była taka sytuacja, że zagraliście w meczu o punkty z młodszym bratem Marcelem. Nie żałuje pan, że w Chinach nie dojdzie do meczu bracia przeciwko braciom?

- Skład wykrystalizował się taki, a nie inny. Nikt nie jest powoływany tylko dlatego, że jest bratem, kuzynem, kolegą czy kimkolwiek. Przyjeżdżają zawodnicy, którzy zasługują na to, żeby tu być. Ale zobaczymy, może kiedyś znów zagram z bratem w reprezentacji.

Rozmawiał: Marek Cegliński


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje