Reklama

Reklama

Gortat skrytykował organizację EuroBasketu

Najlepszy zawodnik reprezentacji Polski - Marcin Gortat cieszy się z faktu, że nie jest prezesem Polskiego Związku Koszykówki i nie musi oceniać pracy trenera Muliego Katzurina.

Polacy zakończyli swoją przygodę z EuroBasketem 2009 na drugiej fazie grupowej.

"Nie wiem, czy trener Muli Katzurin przygotował nas na odpowiedni moment, nie wiem czy sami byliśmy gotowi. Cieszę się, że jestem zawodnikiem, a nie prezesem w Polskim Związku Koszykówki, ponieważ nie muszę oceniać jego pracy - powiedział Gortat podczas piątkowego spotkania z dziennikarzami w Warszawie. - Trener Katzurin ma różne metody szkoleniowe i z częścią z nich spotkałem się po raz pierwszy. Cieszy się szacunkiem zawodników, a ja wierzę, że od każdego szkoleniowca mogę się czegoś nauczyć. Selekcjoner dał mi szansę pokazania się w turnieju - czasami nawet zbyt dużą, gdy musiałem grać praktycznie przez 40 minut. Wierzył we mnie i dużo dla mnie zrobił" - wyjaśnił Gortat, który zdobywał średnio w meczu 14,3 punktu, zaliczał 10,8 zbiórki i 2 bloki.

Reklama

"Parę rzeczy zawiodło. Być może zabrakło nam jeszcze jednego zgrupowania, które pomogłoby w doszlifowaniu formy i wyeliminowaniu błędów. Z punktu widzenia taktyki byliśmy zupełnie nieprzygotowani do gry przeciwko pick'n'rollom (dwójkowe zagranie ofensywne - przyp. PAP). To było szczególnie widać w starciu z Hiszpanią, gdzie pokonało nas właściwie dwóch zawodników, a ja niestety byłem między nimi i nie dałem rady ich powstrzymać. Ogólnie byliśmy słabszym zespołem - zabrakło doświadczenia, ogrania" - ocenił środkowy Orlando Magic.

"Nasz występ to nie była jednak porażka - zebraliśmy bezcenne doświadczenie, a wejście do drugiej rundy to jednak sukces. Zespół ma duży potencjał, jest świetna atmosfera i to będzie procentować. Wiem, że sam krytykowałem graczy, ale robiłem to tylko po to, by im pomóc. Inteligentny zawodnik potrafi przyjąć krytykę, by się rozwijać" - dodał.

Gortat bił się w pierś, ale skrytykował jednocześnie pracę dziennikarzy, którzy nie potrafili się powstrzymać od negatywnych ocen drużyny w czasie trwania turnieju.

"Dziennikarze mają ogromną moc wprowadzania ludzi na górę i zrzucania z niej. Media powinny lepiej rozumieć sytuację - w USA w czasie trwania sezonu nie pisze się źle o zespole, a dopiero po zakończeniu rozgrywek. W Polsce przed najważniejszym meczem turnieju - z Hiszpanią, w gazetach ukazały się teksty obsmarowujące naszych graczy. Taki zawodnik ma to później w głowie i pali się psychicznie. Nie jest gotowy do gry o najwyższe cele. Proszę więc o więcej neutralności - jesteśmy przecież wszyscy Polakami i chcemy jak najlepiej dla naszego kraju" - powiedział Gortat.

Gazety informowały o rzekomych balangach w jakich brali udział koszykarze. Gortat zapewnił, że spotykali się jedynie kilka razy z rodziną i nie miało to żadnego wpływu na mecze drużyny narodowej - nikt nie spóźniał się na treningi, wszyscy przychodzili w odpowiedniej dyspozycji.

Zdaniem jedynego reprezentanta Polski w lidze NBA organizacja turnieju w Polsce nie była najlepsza, a najbardziej zawiodła promocja. "EuroBasket nie był wystarczająco dobrze rozreklamowany i nie był też idealnie zorganizowany. Jeśli miałbym porównywać na przykład do finałów NBA, to jest ogromna przepaść. Na szczęście prawdziwi kibice znaleźli drogę na halę - na naszych meczach było mnóstwo fanów" - podkreślił.

Gortat wierzy, że reprezentacja Polski zagra za rok w mistrzostwach świata, choć nie wywalczyła kwalifikacji na ten turniej. Liczy bowiem na to, że Turcja przyzna biało-czerwonym dziką kartę na sierpniowe zawody. "Myślę, że jest duża szansa na przyznanie Polsce dzikiej karty. Imprezy dobierane są często pod marketing. Dla Turcji byłoby to korzystne. Dla nas również byłoby to bezcenne doświadczenie" - zapewnił Gortat.

Polski środkowy pojawił się w Warszawie na jeden dzień - by podpisać umowę sponsorską ze szwajcarskim producentem zegarków - Tissotem.

"Wracam od razu do Orlando. Być może otrzymam dwa-trzy dni odpoczynku, a później treningi. W USA niewiele się dzieje, więc media na Florydzie sporo o mnie pisały. Dostałem wiadomość od sztabu szkoleniowego, że są zadowoleni z moich występów" - zapewnił Gortat.

"Zegarek z moim autografem i moim numerem to zwieńczenie ciężkiej pracy na treningach, poświęcania życia osobistego. Nie zdajecie sobie sprawy jaką będę miał przyjemność, gdy wejdę do szatni Orlando z takim zegarkiem na ręku - z tego co wiem nikt w drużynie nie ma podobnej umowy. A przecież mamy takie gwiazdy jak Dwight Howard, czy Rashard Lewis, a tylko ja będę miał imienną wersję. Jak się ładnie uśmiechną, to może dostaną ode mnie po zegarku" - dodał koszykarz.

W związku z kontraktem Gortat liczy na szybkie spotkanie z dwójką sportowców, którzy są również twarzami tej samej marki - Daniką Patrick (wyścigi indycar) oraz Nickiem Heydenem (Moto GP). "Bardzo interesuję się motoryzacją i chciałbym się z nimi zmierzyć. Jestem pewien, że w moim samochodzie byłbym zwycięzcą. Kontrakt z Orlando wyklucza jednak wszelkie wyścigi, wsiadanie na motor. Trochę boję się zobaczyć mój samochód po powrocie do USA - znowu został przebudowany z myślą o wygrywaniu" - zakończył Gortat.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL