Reklama

Reklama

Andrzej Pluta wspomina Adama Wójcika: Był dla mnie idolem, miał wpływ na moją karierę

- O wielkości Adama świadczyła cała jego piękna i długa kariera. Cieszę się, że było mi dane wiele czasu z nim przebywać, tak w klubie, jak i w reprezentacji. Zawsze będę go nosił w sercu i miał w pamięci - mówi 43-letni były rozgrywający Andrzej Pluta, inny z legendarnego pokolenia polskich koszykarzy, wspominając zmarłą ikonę polskiego basketu Adama Wójcika, który przegrał walkę z ciężką chorobą.

Artur Gac, Interia: Polski sport, a w szczególności środowisko koszykówki, z chwilą odejścia 47-letniego Adama Wójcika poniosło niepowetowaną stratę...

Reklama

Andrzej Pluta, były reprezentant Polski: - Tak, to niezwykle przykra wiadomość, gigantyczna strata dla całego koszykarskiego grona w Polsce. Żegnamy człowieka, który dla naszej koszykówki zrobił bardzo dużo. Jest mi niezwykle smutno, ale z drugiej strony cieszę się, że w trakcie kariery było mi dane wiele czasu przebywać z Adamem Wójcikiem, tak w klubie, jak i w okresie długoletniej gry w reprezentacji. Czuję się wyróżniony, było to dla mnie wielkim zaszczytem.

Mówimy o jednej z legend polskiej koszykówki. Dla mnie, pokolenia dzisiejszych 30-latków, był to jeden z tych sportowców, na którym się wzorowaliśmy. Wójcik napędzał zainteresowanie koszykówką, jak nikt inny...

- O wielkości Adama świadczyła jego cała piękna i długa kariera. Trzeba przypomnieć, że Adam grał w koszykówkę 25 lat, rozgrywając w tym czasie 20 sezonów w polskiej ekstraklasie. Ponadto grał w Belgii, we Włoszech oraz w Hiszpanii. W każdym z klubów był postacią, która dawała jakość. Wszędzie, gdzie się znajdował, był gwarantem wyższego poziomu i oferował zespołowi też inne zalety.

Co ma pan na myśli?

- Był niesamowicie ciepły, darzył szacunkiem wszystkich ludzi dookoła. Przy tym był bardzo pomocny, nie tylko koszykarsko, ale też jako człowiek. Przyciągał do siebie ludzi i na co dzień zarażał ich optymizmem oraz uśmiechem. To bardzo pozytywna postać.

Z lat wspólnego obcowania z Adamem czego pan nigdy nie zapomni?

- Żadnej chwili, zarówno tej na treningu, meczu, w szatni, hotelu, gdziekolwiek przyszło nam razem bywać. Jestem szczęściarzem, bo kiedy wchodziłem do ekstraklasy i w 1995 roku rozgrywałem dopiero drugi sezon, Adam przyszedł do Bytomia, już wtedy będąc ikoną polskiej koszykówki. Był nad wszystkimi. W związku z tym na pewno miał duży wpływ na moją karierę, ponieważ przez te sześć miesięcy, które spędził w Bytomiu przed wyjazdem do Belgii, zobaczyłem koszykarza, sportowca i człowieka, który jest profesjonalistą w każdym calu. Poznałem świetnego kolegę i faceta, na którego zawsze można było liczyć. To nasze pierwsze spotkanie będę pamiętał do końca życia. Przypomniała mi się jeszcze pewna anegdota.

Zamieniam się w słuch.

- Gdy Adam przychodził do Bytomia, oczywiście wszyscy doskonale wiedzieliśmy, że zawsze grał z numerem "10". Tymczasem w zespole Bobrów to ja nosiłem "dychę". Jednak, z chwilą jego przyjścia, od razu wiedziałem, co należy zrobić. W końcu to Adam Wójcik, mój idol, więc postanowiłem oddać mu ten numer.

I tak pan uczynił?

- Oczywiście, mimo że Adam nawet się nie upominał, że chciałby nosić swoją ulubioną cyfrę, wiedząc że jest ona zajęta. Z kolei ja miałem do niego tak ogromny szacunek, że powiedziałem mu: "Adam, to jest numer dla ciebie".

Jak zareagował pan Adam?

- Pamiętam, że bardzo się ucieszył. Później dużo bardziej zbliżyliśmy się do siebie, spędzając dużo czasu na rozmowach w swoim towarzystwie. Jego wsparcie dawało mi bardzo dużo. Wprawdzie był starszy ode mnie tylko o cztery lata, ale jeśli chodzi o doświadczenie gry w Ekstraklasie, istniała między nami przepaść, bo dystansował mnie o dziesięć lat. Nie tylko już miał za sobą dużo sezonów, ale w dodatku grał w klubach, które walczyły w europejskich pucharach.

Ciekawe, jak by się zachował, gdyby pan, sam z siebie, nie przekazał mu tej ulubionej "10"... Na tyle, na ile pan później go poznał, mógł się upomnieć?

- Myślę, że nie, ale dla mnie sprawa była oczywista. Adam był liderem każdego zespołu, a w tej roli dodatkowo różnił się od innych. On nie załatwiał spraw krzykiem, rozkazującym głosem, ani podniesionym tonem, tylko jak przystało na dżentelmena. Czyli spokojnie, przychodził porozmawiać przed treningiem i po treningu, z jednym umówił się na herbatę, a z innym poszedł na kawę. Chciał dotrzeć do każdego z nas, lecz w inny sposób, a przy tym był jak najbardziej delikatny i wyważony. Pamiętam, że Adam był dodatkowo lubiany właśnie za to opanowanie i sposób, w jaki potrafił rozmawiać z każdym ze swoich kolegów.

Czy była jedna, wasza wspólna przygoda lub eskapada, która szczególnie utkwiła panu w pamięci?

- Mieliśmy tyle wspólnych momentów, że ciężko mi wybrać ten jeden, szczególny... Niemniej, przede wszystkim będę wspominał 1997 rok i Barcelonę, gdzie zdobyliśmy siódme miejsce, co do dzisiaj jest jednym z najlepszych wyników reprezentacji w mistrzostwach Europy ("Biało-czerwoni" w historii ME wywalczyli jeden srebrny i trzy brązowe medale - przyp.). Pamiętam, że wówczas jeszcze przed turniejem głównym, przez prawie miesiąc, byliśmy razem w Saragossie, tworząc zgrany duet i cały zespół. Jest jeszcze jedna, szczególna impreza.

Również mistrzowska?

- Owszem, drugie dla mnie, po dziesięciu latach, ME w Alicante w 2007 roku. Długich dziesięć lat czekaliśmy na ponowny awans do grona najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Pamiętam, że wtedy z Adamem byliśmy dwójką najstarszych zawodników, otoczeni młodym towarzystwem. Trenerem był Andrej Urlep. Wciąż mieliśmy bardzo dobry kontakt, tworzyliśmy trzon zespołu i udało się! Doskonale pamiętam też same mistrzostwa, kiedy również spędzaliśmy dużo czasu i byliśmy liderami drużyny. Tego nigdy nie zapomnę.

Czy w ostatnich dniach, tygodniach lub miesiącach mieliście kontakt? Wiedział pan, że życie wyzwało nieodżałowanego kolegę na nierówny pojedynek?

- Gdy dowiedziałem się, że Adam jest poważne chory, od razu do niego zadzwoniłem. Szczerze mu powiedziałem, że dowiedziałem się o jego problemach ze zdrowiem. Byłem bardzo zaskoczony optymistycznym nastawieniem Adama do walki i życia. Mówił, że leczenie idzie w dobrym kierunku i emanował od niego spokój. Ta rozmowa potwierdzała tylko to, co już panu powiedziałem, że Adam był bardzo pozytywnym człowiekiem. Takiego zapamiętam go na zawsze i będę go miał w sercu.

Kiedy odbyliście tę trudną rozmowę?

- Na początku tego roku. Ustaliliśmy, że z takim nastawieniem na pewno ma szansę, żeby wygrać z chorobą. Niestety, nie udało się, widocznie tak miało być... (chwila ciszy). Naprawdę trudno się o tym rozmawia.

Nasz znakomity koszykarz osierocił dwóch synów, 18-letnich bliźniaków Szymona i Jana. Rodzeństwo ma "papiery", by pójść w ślady śp. taty?

- Obaj chłopcy, starsi o rok od mojego starszego syna, w tamtym roku wyjechali do Francji. Są reprezentantami Polski i kontynuują dzieło, które zapoczątkował ich tata. To bardzo utalentowani zawodnicy, którzy po ojcu odziedziczyli wzrost. W ogóle warto powiedzieć, że cała rodzina Wójcików jest bardzo "koszykarska". Żona Adama - Krysia całe życie jest przy koszykówce. Życzę chłopakom powodzenia, aby poszli śladem taty, bo mają talent do tego sportu.

Rozmawiał Artur Gac

Dowiedz się więcej na temat: Adam Wójcik | Andrzej Pluta | koszykówka | ME koszykarzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje