Reklama

Reklama

Cud w Spodku, czyli polskie złoto ME 99

Czternaście lat temu dokonały niemożliwego. Rzuciły na kolana koszykarski świat i niespodziewanie zostały mistrzyniami Europy. W niedzielę, 6 czerwca 1999 roku reprezentacja Polski pokonała w finale imprezy w katowickim Spodku Francję 59:56 odnosząc największy sukces w historii krajowej koszykówki.

Jak po latach nasze mistrzynie wspominają turniej? Co czuły odbierając złote medale? Czym zajęły się po zakończeniu kariery? Dlaczego obecna reprezentacja nie jest w stanie nawiązać do dawnych sukcesów? Oddaliśmy głos bohaterkom rozgrywanego w Polsce turnieju:

4. Joanna Cupryś-Szwichtenberg, skrzydłowa

Reklama

To był cud! Gryzłyśmy ten tort kawałek po kawałku. Z meczu na mecz rosła nasza pewność siebie, wola walki, wiara w to, że stać nas na wiele. Nie byłyśmy psychicznie nastawione na to, że gramy o złoto, ale małymi kroczkami chciałyśmy dojść jak najdalej. Od pierwszego meczu każda chciała coś od siebie dać. Nieważne czy siedziała na ławce rezerwowych czy grała w pierwszej piątce.

Pamiętam, że liczył się dla nas tylko następny mecz. Wychodziłyśmy na parkiet, dawałyśmy z siebie wszystko, a to co miało zdarzyć się później nie miało znaczenia. Po przegranym meczu po dogrywce z Czeszkami w fazie grupowej przyszła chwilowa "załamka", ale walczyłyśmy do końca. Dałyśmy z siebie wszystko i to się opłaciło. Awansowałyśmy, dostałyśmy kolejną szansę i ją wykorzystałyśmy.

To były bardzo dobre roczniki. Wszystkie miałyśmy odpowiednie fundamenty koszykarskie, każda dzięki temu potrafiła dołożyć coś od siebie do tej układanki. Dzisiaj takiego szkolenia już nie ma. Były filary: Gosia i Kasia Dydek, Krysia Szymańska-Lara, Dorota Bukowska. Byłyśmy zgranym zespołem, wspierałyśmy się wzajemnie. Czasem tak jest, że odpowiednia grupa ludzi potrafi stworzyć sprawnie współpracującą całość. Tak było z nami.

Dzisiaj należę do grupy muszkieterów. Otwieram w Słupsku sklep Intermarche. Nie mogę pogodzić się z tym, jak wygląda obecnie szkolenie w Polsce, chciałabym pracować z młodzieżą od podstaw, ale do tego potrzeba nakładów finansowych. Mam nadzieję, że dzięki działalności gospodarczej uda mi się je zgromadzić. Za naszych czasów praca z najmłodszymi funkcjonowała jak należy. Były zespoły szkolne, była praca w klubach. Dzisiaj oddaje się hale biznesmenom, żeby po godzinach mogli pograć w piłkę, a od koszykówki wymaga się wyników, nie patrząc na zaniechania w szkoleniu.

5. Krystyna Szymańska-Lara, rzucająca

Finałowy mecz z Francją nadal mam głowie. Widzę te okazje z końcówki, akcje po których wynik mógł pójść w każdą stronę. Nawet po latach wracają tamte emocje. To wielkie wyróżnienie zagrać o mistrzostwo Europy i zdobyć tytuł. Różne trofea zdobywałam w karierze, ale nie tej rangi. Nie spodziewałyśmy się, że możemy zajść aż tak daleko. Same byłyśmy tym zaskoczone.

Największy stres był po drugiej porażce w fazie grupowej. Naszym celem i marzeniem był awans na igrzyska olimpijskie. Nie chciałyśmy tego stracić. Kiedy weszłyśmy do czwórki presja zniknęła. Swój cel zrealizowałyśmy, dalej mogłyśmy grać spokojniej, bez dodatkowych obciążeń. Nie osiadłyśmy na laurach, myślę, że żaden zawodowy sportowiec, a tym bardziej reprezentant Polski, nie może tego robić.

Siłą kadry było zgranie. Nie wszystkie byłyśmy może przyjaciółkami, bo to niemożliwe przy tak licznej grupie, ale wiedziałyśmy jaki mamy cel. Wszystkie zawodniczki do niego dążyły i bardzo ciężko pracowały na treningach. Trener Nowak (specjalista ds. przygotowania motorycznego - przyp.red) dawał nam niezły wycisk, ale z przyjemnością się pracowało na ten sukces. Ten zespół miał charakter.

Karierę zakończyłam w 2010 roku. W następnym sezonie wróciłam na moment pomóc zespołowi w utrzymaniu w lidze. Koszykówkę oglądam, czasem chodzę na mecze Dexii, ale to już nie jest ten zespół co dawniej. Chyba tylko dwie dziewczyny zostały z mojej ekipy. Moja córka gra amatorsko w koszykówkę, namawia mnie na powrót na parkiet. Fizycznie czuje się dobrze, nie mówię "nie", ale nie wiem czy dam się skusić.

Nie jest łatwo, także tutaj w Belgii, dlatego od roku pracuję w sklepie odzieżowym. Jestem zadowolona, z satysfakcją chodzę do pracy, mamy bardzo fajną, zgraną ekipę. Zakończyłam karierę koszykarską, moje życie w naturalny sposób potoczyło się dalej.

6. Elżbieta Nowak, środkowa

Waga tego turnieju była niezwykła. Wszystko co wydarzyło się potem w moim życiu było wynikiem tej imprezy. Przed mistrzostwami Europy byłyśmy w cieniu całej koszykarskiej Europy, po nich zaistniałyśmy na światowych parkietach, wystąpiłyśmy na igrzyskach olimpijskich w Sydney. To było największe sportowe wydarzenie w moim życiu.

Z dnia finału pamiętam widok pań z Polskiego Związku Koszykówki przygotowujących na wieczór medale. To działo się na naszym piętrze w hotelu. Widziałyśmy te medale przed meczem i postanowiłyśmy, że nikomu ich nie oddamy.

Na początku nic nie zapowiadało, że zdobędziemy mistrzostwo. Na trzy pierwsze mecze przegrałyśmy dwa. Bardzo to przeżywałyśmy i dołowałyśmy się po tych pierwszych niepowodzeniach. Pamiętam, że w sztabie trenerskim nastroje też były minorowe. Jak można było myśleć o mistrzostwie, nawet o awansie do Sydney, jak przegrałyśmy 2 z 3 spotkań? Początek był fatalny, ale potem wygrałyśmy już wszystkie mecze do końca.

Zrealizowałyśmy założenia taktyczne, sztab szkoleniowy maksymalnie wykorzystał umiejętności i możliwości zawodniczek. Każda z nas wspięła się na wyżyny swojej gry i dała z siebie 100 procent. Zaangażowanie było olbrzymie, stres również, ale zadziałał mobilizująco. No i ten zespół miał w sobie coś, taką chemię. Chyba nigdy nie zagrałyśmy już tak dobrych zawodów jak z Rosją i Francją.

Mimo zakończenia kariery cały czas jestem przy sporcie, ku mojej wielkiej radości jestem chyba skazana na koszykówkę. Przez dwa ostatnie sezony pracowałam w Widzewie Łódź przy drużynie ekstraklasy. Od dwóch lat pracuję również w Szkole Mistrzostwa Sportowego Marcina Gortata w Łodzi. Niedawno rozpoczęłam współpracę z reprezentacją Polski juniorek w roli asystenta pierwszego trenera. Wcześniej pracowałam dwa lata w łódzkiej telewizji.

7. Beata Predehl, rozgrywająca

To było tak niewiarygodne osiągnięcie, że nawet jak nam wieszano medale na szyjach nie wierzyłyśmy w to, co zrobiłyśmy. Naszym celem był awans na igrzyska olimpijskie w Sydney, ale jak już udało się go zrealizować to nabrałyśmy takiego rozpędu, że dotarłyśmy na sam szczyt. Jak się jest na takiej fali to jest łatwiej, człowiek wierzy w swoje możliwości.

W ogóle nie myślałyśmy o złocie. Turnieje jakie rozgrywałyśmy przed mistrzostwami różnie nam wychodziły, z Francją i Rosją czasem przegrywałyśmy sromotnie. Z meczu na mecz grałyśmy coraz lepiej. Nie wywierano na nas żadnej presji, nawet po cichu nikt nie liczył na to, że wygramy te mistrzostwa. Nastawienie było takie: Jest mecz, spróbujmy go wygrać. Potem kolejny i tak to wyszło.

Wydobyłyśmy z siebie więcej niż 100 procent. W drużynie nie było oczywiście słodko i kolorowo, ale byłyśmy świetnie dobrane, każda dopasowała się do funkcji wyznaczonej przez trenera. W kadrze były dziewczyny, które grały w swoich klubach w pierwszych piątkach. I każda w tym klubie potrafiła rzucić po 20 punktów. Oczywiście w reprezentacji niektóre pierwszopiątkowe zawodniczki, jak ja, trafiły na ławkę, ale zaakceptowałyśmy to. Jedna schodziła, druga wchodziła i dawała z siebie wszystko. Paka była niesamowita. Na samo wspomnienie dostaję gęsiej skórki.

Trochę się zmieniło. Kiedyś każda z nas chciała grać w reprezentacji, to była nobilitacja. Pamiętam jak Krystyna Szymańska-Lara tuż po kontuzji i nie w pełni zdrowia pojechała potem do Sydney. Tak bardzo jej zależało. Problem obecnej kadry jest taki, że dziewczyny nie grają tak dużo w swoich klubach. Za naszych czasów było niewiele zagranicznych zawodniczek w lidze. Teraz kluby ściągają Amerykanki, często nie lepsze od Polek. Na tym cierpi kadra. Władze związku ustalają potem przepisy co do liczby Polek na parkiecie. Dla mnie to jest skandal.

Zaczynając grać w koszykówkę nie myślałam, że będę grała do 37 roku życia. Po zakończeniu kariery zaczęłam pracę nad...drugim potomkiem. Dziś mam trzyletnią Barbarkę i jestem szczęśliwa. Stwierdziłam, że skoro tak długo na nią czekałam, to teraz się nią będę zajmować. Syn ma 19 lat, pomyślnie zdał maturę. Teraz już tylko studia i pójdzie w świat swoją drogą. Z koszykówką nie mam nic wspólnego, ale marzy mi się społeczna praca dla dzieci, których rodziców nie stać na opłacanie zajęć sportowych. Dla nich koszykówka, czy inny sport, to szansa na zmianę życia. Marzy mi się klub dla takich dzieci. Może kiedyś to marzenie się spełni? Musiałabym znaleźć paru sponsorów. Ja za darmo mogę pracować, ale hali i całego zaplecza bez środków nie zorganizuję. W tych dzieciakach tkwi potencjał, trzeba dać im szansę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje