Reklama

Reklama

Agnieszka Szott-Hejmej: Nie jestem Gortatem w spódnicy

- Wiele kobiet robi błąd, bo po ciąży chcą z dzieckiem przebywać przez cały czas. A po dwóch latach myślą, że zdziadziały. Ja chciałam wrócić, bo wiedziałam, że przez sport wrócę do wagi, że ciało będzie inaczej reagować. Udało się - przyznaje w rozmowie z Interią Agnieszka Szott-Hejmej, znakomita polska koszykarka.

Interia: Kobieta ma trudniej od mężczyzny, by w sporcie osiągnąć sukces?

Agnieszka Szott- Hejmej: - Kobieta zawsze patrzy na sport przez pryzmat rodziny. Jesteśmy młode, mamy cele i ambicje, ale w pewnym momencie włączają się hormony. Zaczynamy myśleć, kiedy ten czas przyjdzie. Kobiety są bardziej uczuciowe, więcej tęsknią i to wszystko kosztuje je więcej wyrzeczeń. A faceci? Chyba dla nich to mniej bolesne.

Kiedy pani "włączyły się hormony"?

- Każdej kobiecie w innym momencie. Gdy miałam 27-28 lat zaczęłam myśleć o założeniu rodziny. Babcia mnie stresowała i mówiła, że już nikogo nie znajdę, bo jestem starą panną. Kiedyś w bycie żoną była wpisana opieka nad domem i potrzeba ogarnięcia wszystkiego. Teraz trochę się to zmieniło.

Reklama

Da się pogodzić zawodowe uprawianie sportu z obowiązkami rodzinnymi?

- Nie jest łatwo, ale tak. Od samego początku, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, obiecałam sobie, że gdziekolwiek będę grała, to będę starała się brać córkę ze sobą. Żeby nie odczuła tego, że mnie nie ma. Moim warunkiem powrotu do kadry było, bym mogła wziąć ze sobą dziecko na zgrupowanie. Jeździła ze mną. Już jak miała trzy miesiące, to ją pojechał z nami na turniej do Łodzi. Fizjoterapeuta ją w wózku bujał, a ja grałam i kątem oka patrzyłam czy nie płacze.

- Da się to pogodzić, ale to też kwestia priorytetów. Niektórzy stawiają na karierę i wolą się inaczej spełniać. Ja chciałam mieć to i to. Dalej grać, spełniać marzenia, ale też mieć rodzinę, do której mogę wracać i która na mnie czeka.

Wiele zawodniczek obawia się, że ciąża je osłabi i nie wrócą już na boisko tak mocne, jak przed przerwą.

- Niektóre mogą tak myśleć. Ale też wiele zawodniczek decyduje się wcześniej na przerwę macierzyńską. Później wracają i z medycznego punktu widzenia - organizm jest mocniejszy, bo odpocznie i się zregeneruje. Te zawodniczki mają nawet lepsze sezony niż przed ciążą. Dziecko ma świetny wpływ na mamę. Gdy gram, chcę by córka zapamiętała mnie z moich występów. Przed ciążą też gramy dla kogoś, ale teraz inaczej.

Jak długo trwała pani przerwa?

- W październiku dowiedziałam się o ciąży, w grudniu przestałam grać. W czerwcu urodziłam, a w lipcu już byłem z powrotem na boisku.

Bardzo szybko!

- Wiele kobiet robi błąd, bo po ciąży chcą z dzieckiem przebywać przez cały czas. A po dwóch latach myślą, że zdziadziały. Ja chciałam wrócić, bo wiedziałam, że przez sport wrócę do wagi, że ciało będzie inaczej reagować. Udało się zrobić to szybko.

Wymuszał to na pani klub, czy to była samodzielna decyzja?

- Sama chciałam wrócić na parkiet. Zresztą akurat wtedy byłam bez klubu.

Pani koleżanki często czekają z dzieckiem do zakończenia kariery.

- Takich koszykarek jest bardzo dużo. Nie wynika to z tego, że najpierw ważniejszy jest sport, potem rodzina. Cały czas trenujemy, mamy zgrupowania, dużo podróżujemy, mamy też swoje charaktery. Niektórym mężczyznom ciężko to zrozumieć. Miałam szczęście, bo trudno znaleźć partnera, który to wszystko rozumie. Musisz mieć pewność, czuć więź. Inna sprawa, że nie znam dziewczyn, które przed "30" chcą mieć np. czwórkę dzieci. To niemożliwe! Chyba nawet nie byłoby czasu na granie!

To kwestia partnera?

- Jest wiele osób, które nie rozumieją, co robimy. To też dlatego może tak późno dziewczyny zakładają rodziny. Jeśli nie urodzą przed trzydziestką, to później trudniej im wrócić do sportu. Im wcześniej, tym lepiej. Nie ma co odkładać tej decyzji.

Pani mąż, Rafał Hejmej, to wybitny polski wioślarz. Doskonale rozumie, co oznacza życie sportowca. Inni mężczyźni mają z tym problem i trzymają się z daleka od kobiet-sportowców?

- Zależy od człowieka. Mój mąż to sportowiec, więc też często go nie ma. Ale właśnie to rozumiemy. Zależy od dogadania się, charakteru, wsparcia. Dużo od Rafała dostałam.

Co jest najtrudniejsze w zawodowym uprawianiu sportu?

- Wyrzeczenia. 20 lat spędziłam na boisku, to 2/3 mojego życia. Wadą sportu jest, że to nasza pasja, ale w momencie kiedy się kończy, nie ma czegoś dalej. Kończąc coś, sportowiec odczuwa pustkę. Zaczynamy dopiero wtedy szukać, co można robić. Wcześniej nie mamy na to czasu, a to trochę za późno. Najbardziej żałuję, że mama nie pchnęła mnie w kierunku, którym zainteresowałam się dopiero teraz. Uwielbiam koszykówkę, ale też jest życie poza nią.

Z czym koszykarki mają największy problem po zakończeniu kariery?

- Każda ma jakieś zainteresowania, ale przez sport nie możemy ich realizować. Przez to, że wszystko poświęciłyśmy koszykówce, nie jesteśmy w stanie równolegle rozwijać innych pasji, które mogłyby się stać naszymi nowymi zawodami.

Jaki ma pani pomysł na siebie po zakończeniu kariery?

- Mój mąż się ze mnie śmieje, ale moim marzeniem jest, by stworzyć markę, która będzie produkować elegancką odzież dla wysokich kobiet. Skończyłam jedną szkołę, teraz zapisałam się do drugiej i zaczyna mnie to bardzo wkręcać. W sumie to odwrotność boiska, bo mnie to wycisza.

A znalazła już pani swoje miejsce w życiu?

- Jestem przywiązana do Bydgoszczy, bo tam mamy rodzinę. Wszystko będzie zależało od pracy, bo będę się po zakończeniu kariery bardziej dopasowywać do męża. Nie ma znaczenia gdzie będziemy mieszkać, byle być razem.

Rodzice zawsze panią dopingowali, czy raczej mówili: "Aga, daj spokój ze sportem, znajdź kogoś, załóż rodzinę"?

- Tata mnie wspierał, a mama po pierwszej kontuzji odciągała mnie od sportu. Mówiła, bym znalazła sobie normalną pracę, bym wzięła ślub, urodziła dzieci i zajęła się domem. Takie były przekonania mojej rodziny. Później pogodzili się z tym, że jestem sportowcem.

Co najbardziej pomogło pani w osiągnięciu sukcesu?

- Wzrost, wiara i ciężka praca. Ktoś mnie zauważył, ze względu na mój wzrost. Później ci ludzie we mnie uwierzyli, a ja dołożyłam ciężką pracę.

A uroda?

- (śmiech) Nie uważam się za najlepszą lub najpiękniejszą zawodniczką. Nie jestem Marcinem Gortatem w spódnicy. A uroda? To kwestia gustu. Niektórzy mogą się mną zachwycać, a inni powiedzą: "Ale ona jest okropna!". Przez całą karierę starałam się, by patrzyli na mnie przez pryzmat umiejętności, a nie urody. Cieszy mnie, że zawsze tak było.

Mówiła pani, że stereotypowa kobieta gotuje, zajmuje się domem. Jakie są pani obowiązki?

- Nie jestem mistrzem kuchni, ale staram się coś przyrządzić. Wstaję wcześnie, budzę córkę, jemy śniadanie, a później zawożę ją do przedszkola. Czasem idę na łatwiznę i kupuję coś na mieście, ale w domu też staram się coś przyrządzić. Odbieram dziecko z przedszkola, jesteśmy godzinkę razem i jadę na trening. Gdy wracam, ona na mnie czeka, kąpiemy ją, a na koniec kolacja.

Po urodzeniu dziecka ucierpiało pani życie towarzyskie?

- Gdy jest już dziecko, to wybiera się takie towarzystwo, które też ma dzieci. Wtedy one się bawią, a nam jest łatwiej. Mamy też innych znajomych, ale na pewno spotykamy się rzadziej niż przed urodzeniem dziecka. Sylwestra teraz spędzamy razem, tylko raz byliśmy gdzieś bez niej.

Kolejne dzieci planuje pani już po zakończeniu kariery?

- Chcę jeszcze dwójkę. Gdy pytam mojego męża, to on się łapie za głowę! Zobaczymy, ale już po zakończeniu kariery.

Jak długo będzie pani jeszcze grać w koszykówkę?

- Moim marzeniem był awans na igrzyska olimpijskie. Ze względu na kontuzję, nie byłam z kadrą na Eurobaskecie. Dla mnie igrzyska to niespełnione marzenie. Chciałabym ten sezon przeżyć bez kontuzji, a jeśli będę się dobrze czuła, to może nie być moim ostatnim. Trenowanie jest dla mnie bardzo ciężkie, ale to uwielbiam. Gdy czuję ból mięśni, to bardzo się cieszę, dla mnie to satysfakcja.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne