Reklama

Reklama

Marcin Gortat: Zaakceptowałem to, że muszę zejść ze sceny


Reprezentacja Polski, w której pan nie gra, odniosła wielki sukces awansując do ćwierćfinału mistrzostw świata. Na Balu Mistrzów Sportu, na którym był pan obecny, została wyróżniona tytułem "drużyna roku". Jak pan przyjął to wyróżnienie?

Reklama

- Z wielką radością. Od samego początku wspieram tych chłopaków, zawsze im dopingowałem, z większością z nich grałem przez 10 lat. Dumny jestem, zostawili wiele serca na parkiecie i zrobili wielki wynik. Niestety, ten cały entuzjazm i zapał opadł po komentarzu pana prezesa (Radosława Piesiewicza, który powiedział, że trzeba być liderem na parkiecie, a nie w mediach społecznościowych - przyp. ok). Nie oczekiwałem takiej szpileczki. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, że budujemy mocną polską koszykówkę. Dziś wiem, że tak nie jest.

Skąd ten konflikt?

- Trudno powiedzieć. Mieliśmy przedtem spotkanie, rozmawialiśmy. Wydawało się, że po tym spotkaniu nasza koszykówka zyska. Na Balu Mistrzów Sportu została wbita mi szpilka i wszystkie te rozmowy poszły do piachu. Mam wrażenie, że mam do czynienia z karierowiczem, a nie człowiekiem, który chce coś zrobić dla koszykówki. Jeśli pan prezes uważa, że jestem tylko liderem w mediach społecznościowych, to ja powiem, że koszykówka potrzebuje takiego lidera, a niech reszta chłopaków będzie liderami na parkiecie. Potrzebujemy również lidera na stanowisku prezesa, ale takiej osoby dziś nie mamy.

Może spór wynika z tego, że nie zagrał pan dla reprezentacji?

- Powiedziałem, jak sytuacja wygląda. Po pierwsze, nie byłem zdolny do tego, by grać w koszykówkę. Po drugie, trzy lata temu zakończyłem grę w reprezentacji. Po trzecie, nie zrobiłbym takiego świństwa, że zabrałbym miejsce w reprezentacji chłopakowi, który powinien jechać na mistrzostwa, bo w niej grał i wywalczył awans. Po czwarte, nie grałem od lutego. Mieliśmy wszystko uzgodnione, spotykaliśmy się i nagle robi się taka sytuacja. Prezes mocno podzielił świat koszykarski. Z perspektywy tego, co robił poprzedni prezes i obecny to wiem, że pan Grzegorz Bachański nie dzielił koszykówki. On tworzył zespół.

Myślał pan o tym, żeby zaangażować się w pomoc Polskiemu Związkowi Koszykówki?

- Jestem gotowy nawet dziś, żeby pomóc w jakikolwiek sposób. Nie potrzebuje finansowego wsparcia, nie potrzebuje ich obecności, to ja chcę pomóc i daję swoje wsparcie. Tylko, żeby pomóc to PZKosz. - z prezesem na czele - musi wyjść z inicjatywą, eventem, pomysłem. Takiego pomysłu nie było, nie ma i pewnie nie będzie, bo jak powiedziałem potrzeba na stanowisku prezesa lidera. Wszyscy są zniesmaczeni tą sytuacją. W dniu kiedy wychodzi do dekoracji najlepsza drużyna 2019, wychodzi sportowiec-koszykarz nagrodzony za działalność charytatywną, prezes nas dzieli. Pokazuje, że w naszym ogródku jest bałagan. To nie jest dobre.

Jakie szanse daje pan reprezentacji w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Tokio?

- Będzie ciężko. Trzymam kciuki za chłopaków. Mam nadzieję, że Mike Taylor przygotuje zespół do najlepszego wyniku. To by było coś - awansować na igrzyska.

A zespół koszykówki 3x3, który również ma szanse na igrzyska...

- Śledzę ich występy i rozwój. Miałem okazję być na Politechnice Gdańskiej przy podpisaniu umowy. Cieszę się, że Politechnika Gdańska we współpracy z moją szkołą będzie organizowała turnieje, zgrupowania kadry. Ta dyscyplina szybko się rozwija. Była propozycja, żebym zagrał w 3x3, ale ja - mimo wiary we własne umiejętności - do tej dyscypliny się nie nadaję. Tam potrzebni są zawodnicy, którzy strzelają, rzucają z dystansu, są szybcy, zwinni. Skłamałbym gdybym powiedział, że jestem szybki i zwinny.

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Gortat | NBA | łks łódź | PZKosz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje