Reklama

Reklama

Marcin Gortat: Zaakceptowałem to, że muszę zejść ze sceny

- Łza się w oku zakręci, gdy myśli się o tym, co robiło się na parkietach, a dziś wstaje człowiek rano i wszystko boli, strzyka. Takie życie – mówi Marcin Gortat.

Najwybitniejszy polski koszykarz podsumowuje swoją karierę, mówi o konflikcie z prezesem PZKosz., planach na przyszłość, organizowanym przez siebie Polskim Balu w NBA, dlaczego nie zagra w piłkarskim ŁKS-ie, udziela też rad polskim piłkarzom, którzy przechodzą do MLS.

Reklama

Od prawie roku nie gra pan już w NBA. Czy przyzwyczaił się pan już do nowego życia?

Marcin Gortat, były zawodnik NBA: - Mimo to 2019 rok był dla mnie najlepszym w moim życiu. Z wielu powodów - biznesowych i osobistych. O osobistych sukcesach poinformuję później. Chciałbym, żeby się ten rok nie skończył. Wiele rzeczy się wydarzyło. Tak to jest, że jeden etap się kończy, nadchodzi następny. Trzeba było sobie znaleźć miejsce w życiu, zająć się nowymi rzeczami. Odnajduję się. Podpisałem umowę z firmą eWinner. Będę pracował dla niej jako ekspert, będę też sędzią, komentatorem. Pojawią się nowe segmenty mojej działalności.

Mimo rozbratu z NBA, nie oczekuje pan na telefon od któregoś z klubów?

- Nie czekam. Trzeba zakończyć tę sagę. To już jest koniec. Muszę to ogłosić po swojemu, ale zrobię to w połowie lutego, bo wtedy będzie zamknięte okienko transferowe. Jeśli nie wydarzy się nic strasznego: kontuzja jakiegoś zawodnika i nagła potrzeba zatrudnienia centra - oficjalnie zakończę karierę. Przyznaję, że miałem telefony z kilku drużyn. To nie były jednak oferty. Rozmowy zaczynały się od pytań: "czy jestem w stanie grać?", "czy chcę grać", "czy jestem w stanie zaakceptować taką rolę". Ale nie byłem w stanie zaakceptować roli, którą mi chciano zaproponować, mimo że zapewniłaby mi obecność w NBA.

Nawet za cenę perspektywy występu w finałach NBA?

- Jeśli, to oglądałbym ten finał, a nie walczył w finale. Obojętnie do jakiego zespołu bym nie dołączył, nie grałbym w pierwszej piątce i prawdopodobnie nie załapałbym się w rotacji. Trzeba by było też mieć oferty z drużyn mistrzowskich. A jakie są teraz drużyny mistrzowskie? Ja wiem które. Wiem, które zespoły na koniec sezonu się rozpadną, wiem, które będą miały problemy z kontuzjami. To jest w genach niektórych zespołów. Są takie, które grają przez cały sezon regularny bardzo dobrze, a potem ich nie ma. Wytypowałem dla mojego nowego partnera cztery kluby - kandydatów do mistrzostwa. Od tych drużyn telefonu akurat nie było.

Jakby pan podsumował własną karierę w NBA? Które wydarzenia były najważniejsze?

- Możecie zaglądać na kanał w mediach społecznościowych, który wkrótce powstanie. Będę opowiadał o top 5 najważniejszych wydarzeń, które zdarzyły mi się w życiu. Będzie trochę śmiechu, trochę zdziwienia, trochę kontrowersji. Z takich rzeczy, które najbardziej zapamiętam, to mecz finałowy z Orlando, blok na LeBronie Jamesie, na Shaquille'u O’Nealu, parę wsadów. Oczywiście mecz z Indianą z 31 punktami i 17 zbiórkami, którym przypieczętowałem duży kontrakt. Piękne wspomnienia. Czasami łza się w oku zakręci, gdy myśli się o tym co robiło się na parkietach, a dziś wstaje człowiek rano i wszystko boli, strzyka. Takie życie.

Co pan będzie robił związanego z koszykówką?

- Mam dużo planów. Mocno chciałbym się zaangażować w działalność Związku Zawodowego Koszykarzy. Chciałbym stworzyć trochę możliwości dla młodych zawodników.

A gra w Anwilu Włocławek? Tą drużynę wymienił pan na Balu Mistrzów Sportu.

- Przekonałem się natychmiast jak profesjonalną drużyną jest Anwil Włocławek. Zadzwonili do mnie trener, zaproponował grę. To była miła rozmowa. Jestem pod wrażeniem trenera i nie zdawałem sobie sprawy, że mamy tylu znajomych w świecie koszykówki. Chcieli dopytać się, czy dobrze słyszeli, że w czasie balu pojawiła się nazwa Anwil Włocławek. Ja tak powiedziałem, że jak miałbym zagrać, to zagrałbym w Anwilu, bo to jest klub najbliższy mojemu sercu, a Włocławek miastem najbliższym mojemu miejscu zamieszkania. Nie ma jednak takiej szansy, że będę grał.

Nie kusi pana, nie chciałby pan wypromować PLK?

- Rozumiem, że to byłaby promocja polskiej ligi, polskiej koszykówki. Chciałbym pomóc PLK. Ale nikt nie wypromuje moich kolan, stawów, kręgosłupa. To drobna rzecz, która jest pachołkiem na tej drodze. Stawy są w dobrym stanie, na tyle, żeby żyć jeszcze 60-70 lat. Dlatego, chciałbym mieć dalej zdrowe stawy. A mówiąc konkretnie, treningi nie sprawiają mi tyle przyjemności co kiedyś. Nie potrafiłbym przyjść na trening i tłumaczyć młodym chłopakom schematów zagrywek, ścięć, podań, zasłon. Ja te schematy przerabiałem przez 17 lat. Mecz - to co innego. Z chęcią bym zagrał. Do dziś jak gram z kolegami w bałuckim All Star Games w Łodzi, to proszę mi wierzyć, że nikt nie chce być ze mną w zespole, bo tak poważnie odbieram każdy mecz, jakbym grał o mistrzostwo świata. Przez całe życie to była moja praca. Nie potrafię wyjść na mecz i zagrać na pół gwizdka, dla śmiechu. Nie potrafię tak. Zaakceptowałem więc to, że lepiej zejść ze sceny.

Zapowiedział pan na spotkaniu z pana nowym biznesowym partnerem, że zagra w lidze amatorskiej.

- Dla ruchu, dla przyjemności zagrałbym raz na miesiąc, ale to nie jest pewne. Występ w takiej lidze byłby możliwy, gdybym nie potrafił zebrać 10 chłopaków do gry w kosza, ale dziś, jakbym zadzwonił do kolegów z Łodzi, to 20 osób od razu się zjedzie. Cieszę się, że taki partner jak eWinner wchodzi do amatorskich sportów i będzie wspierał amatorskie ligi.


Dowiedz się więcej na temat: Marcin Gortat | NBA | łks łódź | PZKosz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje