Reklama

Reklama

Legia nad przepaścią. Cezary Trybański dla Interii: Głowa mów nie, serce tak

- Koszykarzom Śląska Wrocław brakuje już tylko jednej wygranej do wywalczenia mistrzostwa Polski, prowadzi w rywalizacji z Legią 3-1. Dwa ostatnie mecze finałów Energa Basket Ligi w Warszawie zakończyły się zwycięstwami podopiecznych Andreja Urlepa. Wrocławianie mogą świętować zdobycie złotego medalu już w piątek po meczu numer pięć, Legia znalazła się nad przepaścią. Nie pomógł jej nawet fantastyczny doping warszawskiej publiczności.

Zbigniew Czyż: Widziałem, że bardzo przeżywał pan czwarty mecz finałowy pomiędzy Legią a Śląskiem, (63-66).

Cezary Trybański: Tak, bo serce bije oczywiście za Legią. W końcu, to tutaj stawiałem swoje pierwsze kroki w koszykówce, tutaj też zakończyłem karierę, więc nie może być inaczej.

Legia zaprzepaściła wielką szansę, żeby ewentualnie decydujący mecz o złotym medalu zagrać we własnej hali. Nie dość, że zaprzepaściła, to przegrała dwa mecze. Dlaczego doszło do tych porażek?

- Bardzo liczyłem, że mecz numer cztery Legia wygra i do Wrocławia mój były klub pojedzie z remisem w rywalizacji 2-2. To by znacznie dodało skrzydeł zawodnikom Legii i ułatwiło trochę sprawę przed kolejnym meczem na wyjeździe. Przez trzy kwarty Legia miała kontrolę nad spotkaniem, Śląsk grał poniżej swoich możliwości, a i tak nie udało się gospodarzom wygrać. W czwartej kwarcie wrocławianie pokazali, że jednak na te najważniejsze momenty w meczu potrafią się zmobilizować. Śląsk dosłownie wyrwał Legii zwycięstwo. 

Reklama

Co zawiodło w Legii, że doznała trzeciej porażki w finale?

- Zdecydowanie popełniła zbyt dużo strat w końcówce meczu. Śląsk skrzętnie potrafił to wykorzystać, wyprowadzał przy okazji szybkie kontry. Wielka szkoda. 

Jak ocenia pan poziom meczów finałowych?

- Jest ciekawie, bo wszystkie mecze są na styku. Nie ma wysokich wygranych żadnej z drużyn, do końca nie wiadomo, kto danego dnia wygra. Tak jak pan zauważył, bardzo mocno przeżywałem to spotkanie, bo trzymało w napięciu do ostatniej sekundy. Wszystko mogło się jeszcze zmienić w samej końcówce, gdy Legia miała piłkę i szansę na doprowadzenie do remisu. Takie właśnie są w tym roku finały. 

Po czterech meczach może pan powiedzieć, że w finale mierzą się dwie faktycznie najlepsze obecnie polskie drużyny?

- Ciekawe jest to, że w finale spotykają się drużyny, które po sezonie zasadniczym zajęły piąte i szóste miejsce. To jest coś niesamowitego i myślę, że przez to, także oglądalność tych meczów oraz zaciekawienie kibiców jest bardzo duże. W ostatnich latach w finałach grały zazwyczaj zespoły z Zielonej Góry i Ostrowa Wielkopolskiego. Teraz jest inaczej i nie wiadomo, kto ostatecznie sięgnie po złoty medal.

Legia postawiła się w bardzo trudnej sytuacji. Wierzy pan, że zdoła się jeszcze podnieść i doprowadzić do siódmego spotkania?

- Szczerze w to wierzę. Głowa mówi, że nie, ale serce podpowiada, że koszykarze Legii są jeszcze w stanie się podnieść i powalczyć o mistrzostwo Polski. 

Rozmawiał w Warszawie Zbigniew Czyż


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL