Reklama

Reklama

Koszykówka. Marcin Stefański, trener Trefla Sopot: Lubię pomagać ludziom

O takich jak pan mawia się, że mają pieprz w pewnej części ciała. Nie może pan usiedzieć w miejscu.

Reklama

- Może coś w tym jest? Niektóre inicjatywy są dość nietypowe - ważne, żeby przyniosły efekt. W sobotę zaczynamy sezon PLK, a już w niedzielę o 12.00 skaczemy z sopockiego molo, by zebrać pieniądze na operację trzyletniej Nikoli. Kąpielisko Morskie Sopot zobowiązało się wpłacić na zbiórkę pięć tysięcy złotych, jeśli do wody wskoczy 100 osób i wpłaci minimum po 20 złotych. Już teraz zapraszam wszystkich.

Mniej lub bardziej serio mówi się na mieście, że mógłby pan zastąpić w przyszłości prezydenta Jacka Karnowskiego.

- Mamy dobre relacje, szanujemy nawzajem swoją pracę. Nie wiem, czy Jacek by się zgodził, ale można mówić o przyjaźni. Czy go zastąpię? (śmiech). Powtarzam się, ale: "nigdy nie mów nigdy". Uważam, że prezydent dobrze wypełnia swą rolę. W mojej ocenie miasto idzie w dobrym kierunku. Wiadomo, że ktoś może być niezadowolony, ale jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził.

Dół głównej ulicy miasta, Bohaterów Monte Cassino, to tony wylanego betonu. Nie wszystkim się to podoba.

- Kwestia gustu. Mnie osobiście podoba się Plac Przyjaciół Sopotu. Gdy byłem tu kiedyś, faktycznie było więcej zieleni. Z jednej strony może przydałoby się parę drzew, z drugiej na takim placu można przeprowadzić imprezę typu "Literacki Sopot", która właśnie teraz się odbywa. Podobna sytuacja z mariną przy molo. Jedni narzekają, że przez nią jest płytko, inni mogą w przystępnej cenie trzymać tam swoją łódkę.

Chciałem zapytać o miejsce rodzimej koszykówki w kraju i na świecie. Mam wrażenie, że kiedyś jej status był nieco wyższy niż obecnie, większe było zainteresowanie polskim basketem. Pozytywnym sygnałem jest to, że w startującym sezonie mecze PLK będzie transmitował Polsat.

- Co byśmy nie zrobili, nie przebijemy piłki nożnej. Na jakimkolwiek nie byłaby poziomie, będzie w naszym kraju najpopularniejszą dyscypliną. My musimy rywalizować z siatkówką, piłką ręczną, o miano dyscypliny numer dwa. Aby to osiągnąć potrzebny jest sukces. Pamiętamy siódme miejsce na mistrzostwach Europy w 1997 roku w Hiszpanii. Za tym poszło zainteresowanie sponsorów i większe pieniądze.

Pomógł zapewne ówczesny boom na NBA.

- To lata nieco wcześniejsze. Czeka nas dużo pracy u podstaw. Trenerzy grup młodzieżowych są pasjonatami, wynagradzani są symbolicznie. Jeśli to się nie zmieni, nie możemy marzyć o postępie. Dziś sytuacja jest podobna do roku 1997, w zeszłym roku reprezentacja dobrze zagrała i zajęła ósme miejsce na mistrzostwach świata w Chinach. Jeden sukces wiosny nie czyni, musimy iść za ciosem i wciąż popularyzować koszykówkę.

Mówi pan o sukcesie polskiej reprezentacji z roku 1997. Do liderów tamtej kadry należał Adam Wójcik. Kilka dni temu była trzecia rocznica jego śmierci.

- Adam był świetnym zawodnikiem. Najlepszym Polakiem, którego widziałem w akcji. Poza tym Wójcik był wspaniałym człowiekiem. Całe życie było przed nim. Brakuje go bardzo. Gdyby był z nami, pomógłby w rozwoju polskiej koszykówki. Wielka pustka i smutek. Wierzę, że tam, gdzie jest teraz, jest mu dobrze.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Dowiedz się więcej na temat: Trefl Sopot | Tauron Basket Liga | Marcin Stefański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje