Reklama

Reklama

Koszykówka. Filip Dylewicz: Nie będę udawał świętego

W sobotę, przy okazji meczu Asseco Arki Gdynia z Legią Warszawa, Filip Dylewicz rozegra mecz nr 673 w lidze koszykówki i zostanie jej rekordzistą.

Maciej Słomiński, Interia: Niech zgadnę - koszykówka dlatego, bo "Dream Team" z IO w Barcelonie i "Hej, tu NBA" Włodzimierza Szaranowicza?

Reklama

Filip Dylewicz, koszykarz Asseco Arki Gdynia: - Nie, nie, kompletnie nie! Kiedyś prawie w ogóle nie oglądałem koszykówki. Teraz trochę częściej ze względu na syna, który bardzo lubi NBA i utożsamia się z zawodnikami, dla mnie to nowy punkt spojrzenia na tę dyscyplinę. Nie jestem osobą,  która nie może doczekać się jakiegoś meczu, która zarywa nocki, zrywa się o 4 nad ranem, by zobaczyć finał NBA. To nie ja. Bardziej interesują mnie cztery kółka, motoryzacja. Koszykówkę traktuję jak pracę, oczywiście nie jest tak, że gram na siłę i wbrew sobie. Gdyby tak było szybko bym się wypalił, nie osiągnąłbym tyle i na pewno nie grałbym do 41. roku życia. Wciąż mam w sobie pierwiastek miłości do koszykówki, nie jest to jednak pasja. Może dlatego wciąż gram? Nie narzucałem sobie nigdy presji i ciężaru, że muszę być koszykarzem na jakimś superpoziomie.

Takie podejście kojarzy mi się z bramkarzem Arturem Borucem, który miał okres, w którym wręcz szczycił się, że nie wie, z kim gra następny mecz. Jest niecały miesiąc młodszy od ciebie i też wciąż gra.

- Takie miałem podejście, gdy graliśmy w Eurolidze. Ważne było, co ja przedstawię, a nie, co zaproponuje rywal. Gdybym miał głowę przeładowaną informacjami na temat graczy ze ścisłego europejskiego topu, mógłbym ze strachu nie wyjść z szatni. Niewiedza czasem pomaga, nie czujesz wtedy respektu.

Początki Prokomu Trefla Sopot w Eurolidze to nabita do granic Hala Olivia. Spore wydarzenia w skali regionu, a nawet kraju. Rywale to ścisły europejski top, może warto było się nimi zainteresować?

- Bez sprawdzania wiedziałem, że naprzeciw mnie stanie kozak. Graliśmy przeciw największym drużynom kontynentu: Panathinaikos Ateny, Olympiakos Pireus, Żalgiris Kowno, Armani Mediolan, Partizan Belgrad. Dziś opowiadam kolegom z Arki o tych meczach, dla nich to niewyobrażalne, że mogłem stanąć przeciw taki asom. Oni są zamknięci na ligowym, polskim rynku, bez wielkich szans na rywalizację na kontynentalnym topie. Ja miałem okazję skosztować tego najwyższego poziomu i mam nadzieję, że wstydu nie przyniosłem.


Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Nie zarywasz nocy dla koszykówki, więc pewnie nie pamiętasz debiutu. Ligowego meczu numer 1 z dotychczasowych 672.

- Oczywiście, że pamiętam! Pierwsze punkty rzuciłem w Pruszkowie.

Brawo! W składzie Trefla był m.in. niedawny trener Arki Przemysław Frasunkiewicz. Po drugiej stronie m.in. dotychczasowy rekordzista ligowy, Dariusz Parzeński.

- Nie jest aż tak źle z moim twardym dyskiem. Pierwszy raz się zapamiętuje! (śmiech). Dlatego też pamiętam pierwszego kosza w oficjalnym meczu Trefla Sopot. Graliśmy w Gdyni sparing ze Śląskiem Wrocław. Zdobyłem punkty po "trójtakcie", miałem 17 lat, duże uszy, byłem chudy jak szczapa i śmiesznie wyglądałem. Na osiedlu w rodzinnej Bydgoszczy jeden starszy chłopak nazywał mnie "Wieszak" (śmiech). "Zielony", gwiazda polskiej koszykówki, odwrócił się do mnie po tym celnym rzucie: "Ty młody, ile tam sędziemu dałeś, żeby nie gwizdnął kroków?". Byłem w szoku, że Maciej Zieliński, którego znałem tylko z TV, do mnie się odezwał.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje