Igor Milicić Jr.: Cały czas walczę o NBA
Na Lidze Letniej będą wszyscy: menedżerowie, skauci, trenerzy. Będą patrzeć nie tylko na ludzi wybranych w tegorocznym drafcie, ale też szukać zawodników gotowych do gry. To dla mnie idealna szansa, żeby udowodnić - przede wszystkim samemu sobie - że ten poprzedni sezon nie definiuje tego, jakim jestem koszykarzem - mówi Interii Igor Milicić Jr.

Karol Wasiek, Interia Sport: Znalazłeś się w składzie San Antonio Spurs na Ligę Letnią. To organizacja z ogromnymi tradycjami, aktualny wicemistrz NBA. Jak do tego doszło, że trafiłeś do zespołu z Teksasu?
Igor Milicić Jr.: Po sezonie w Delaware Blue Coats w G-League potrzebowałem trochę czasu dla siebie, żeby złapać oddech. Przedstawiciele Spurs skontaktowali się z moim agentem. Wyrazili duże zainteresowanie, chcieli, żebym dołączył do ich zespołu właśnie na Summer League. Uznałem, że to zupełnie inne środowisko niż to, co widziałem w Philadelphia 76ers. To dla mnie świetna szansa, żeby pokazać się w nowym otoczeniu. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy.
Czego oczekujesz po występach w barwach Spurs podczas Ligi Letniej?
- Chcę dać sobie samemu prawdziwą, stuprocentową szansę. Rok temu byłem kontuzjowany, przez co straciłem możliwość pokazania swoich umiejętności. Traktuję ten moment jak ponowny, pierwszy rok w kontekście walki o NBA. Tamten uraz kolana bardzo mnie wyhamował, dlatego teraz robię krok wstecz, by znowu pójść mocno do przodu.
Miałeś w ostatnim czasie sporo ofert?
- Miałem kilka propozycji z Ligi Letniej, było też sporo zapytań i konkretnych ofert z Europy. W planach miałem również przyjazd na kadrę do Polski. Niestety, jak sam widzisz, kalendarz okazał się bezlitosny. Mecze nakładają się idealnie w tym samym czasie. My za chwilę gramy swój mecz, a reprezentacja Polski w piątek gra z Austrią. Fizycznie nie dało się tego połączyć, choć bardzo chciałem być w kilku miejscach naraz.
Rozmawiałem z twoim tatą kilka tygodni temu. Wspominał o twoim "amerykańskim śnie" - o tym, że NBA to cały czas twój główny cel i absolutnie najwyższy pułap, w który celujesz. Jak ty patrzysz na swoją przyszłość?
- Ten plan został zasiany już bardzo dawno temu i mocno siedzi w mojej głowie. Niestety, kontuzja na pierwszym work-oucie rok temu mocno pokrzyżowała te zamierzenia i sporo zmieniła. To był trudny moment. Teraz mentalnie i fizycznie czuję się dużo lepiej. Dopóki widzę szansę i mogę być tak blisko ligi, to będę o to walczył do samego końca.
Czyli cel pozostaje niezmienny: NBA?
- NBA zawsze będzie celem. Dopiero kiedy te drzwi zatrzasną się w stu procentach, wtedy odpuszczę i zacznę myśleć nad kolejnym marzeniem.
Czy masz konkretny deadline?
- Myślę, że stawianie sobie sztywnych terminów mija się z celem. Codzienna, ciężka robota sama mi pokaże, czy przybliżam się do celu, czy się od niego oddalam. To będzie kwestia czucia, koszykarskiego instynktu. Nie ma żadnego ostatecznego deadline'u.
W poprzednim sezonie rozegrałeś 45 meczów w G-League w barwach Delaware Blue Coats. Czy jesteś zadowolony z tego okresu?
- Nie, absolutnie nie jestem zadowolony. Po świetnym sezonie na uczelni Tennessee byłem przekonany, że zostanę wybrany w drugiej rundzie draftu i dostanę kontrakt typu two-way. Niestety przytrafiła się ta nieszczęsna kontuzja. Do normalnych treningów wróciłem dopiero na tydzień przed startem sezonu w G-League. Rehabilitacja bardzo się dłużyła, lekarze nie chcieli ryzykować. Zielone światło na grę z kontaktem dostałem dosłownie siedem dni przed pierwszym meczem. Fizycznie i mentalnie nie byłem gotowy na to, co zastałem. G-League to jest zupełnie inna koszykówka niż cokolwiek, co grałem wcześniej.
Jak odnalazłeś się w graniu w G-League?
- Potrzebowałem sporo czasu, żeby się dopasować. Kiedy na początku sezonu grałem słabiej, minuty poszły w dół. Trudno było utrzymać motywację, przychodzić codziennie do hali i walczyć o każdą kolejną szansę. Dopiero pod koniec sezonu, kiedy noga w końcu przestała boleć, a sztab dał mi więcej swobody i luzu na boisku, zacząłem rozumieć, jak tam trzeba atakować i jak się odnaleźć. Wyciągnąłem lekcję. Teraz na Summer League przyjeżdżam o wiele lepiej przygotowany i w stu procentach zdrowy. Czuję się o niebo lepiej niż rok temu. Jest ekscytacja.
Miałeś być w drugiej rundzie draftu, a poważna kontuzja w ułamku sekundy zabrała te marzenia. Jak poradziłeś sobie z tym od strony mentalnej? To musiał być ogromny cios.
- To była pierwsza tak poważna kontuzja w życiu, przez którą straciłem więcej niż tydzień. Nie grałem w koszykówkę przez blisko pięć miesięcy. Musiałem na nowo uczyć się poprawnie chodzić, nie mogłem biegać ani skakać. Mentalnie to był koszmar. Doskonale pamiętam noc draftu - siedziałem z kolegami w pokoju, a moje nazwisko nie padło. To bardzo bolało. Potem trafiłem do Delaware z wielkimi nadziejami, nie spodziewając się, że rehabilitacja zajmie tyle czasu. Sixers podeszli do tematu bardzo ostrożnie, chuchali na moje zdrowie.
Najgorsza była perspektywa patrzenia na wszystko z boku. Widziałem chłopaków, którzy byli w podobnej sytuacji do mojej, a trenowali na co dzień z pierwszą drużyną - grali przeciwko Paulowi George'owi, Tyrese'owi Maxeyowi czy Joelowi Embiidowi. Ja mogłem tylko patrzeć. Przychodziłem do hali, robiłem swoją żmudną rehabilitację, potem siłownię, oglądałem ich dwugodzinny trening, a po wszystkim miałem jeszcze swój trening indywidualny. Robiłem absolutnie wszystko, co w mojej mocy, ale na tamten moment to nie wystarczało. Ciężki czas, ale to część sportu. Nie ma sensu się użalać - trzeba walczyć o swoje.
Czy będąc w Delaware miałeś na co dzień styczność z tymi największymi gwiazdami 76ers jak Joel Embiid czy Paul George? Jak wygląda współpraca na linii pierwszy zespół - drużyna w G-League?
- Kiedy byłem z Sixers podczas pre-seasonu, widywaliśmy się codziennie. Mam do tych chłopaków kontakt, złapaliśmy wspólny język. Ale z powodu mojego urazu te relacje były ograniczone. Kiedy oni kończyli swój trening, mój dopiero się zaczynał. Nie dzieliliśmy wspólnej szatni w trakcie sezonu, bo to są logistycznie dwie odrębne organizacje. Mijaliśmy się. Czasami zdarzało się, że gracze z pierwszej drużyny wpadali na nasze mecze - był Andre Drummond, grali z nami Jaden Springer czy Justin Edwards.
Teraz jesteś w Spurs. Czy wchodząc do tego zespołu, od razu dało się odczuć duży profesjonalizm tej organizacji?
- Bardzo chciałbym mieć porównanie z Summer League z zeszłego roku, ale wtedy mnie to ominęło. Jednak to, co widzę tutaj w Spurs, robi wrażenie. Wszystko ma swoje ręce i nogi, każdy detal jest zaplanowany, a trenerzy mają precyzyjny plan na każdego z nas. Mieliśmy tylko trzy dni na wspólne przygotowania, a za chwilę gramy pierwszy mecz. Liczba informacji, taktyki i strategii do przyswojenia na raz była ogromna, ale organizacyjnie i trenersko ogarnęli to perfekcyjnie. To jest właśnie urok Ligi Letniej - to totalna nieprzewidywalność. Jednego dnia możesz wybiegać 35 minut, a drugiego nie wstać z ławki.
Taka randka w ciemno?
- Dokładnie tak. To gra w ciemno, ale to jedyna droga, by być tak blisko NBA. Alternatywą była kadra, na którą - jak mówiłem - bardzo chciałem jechać. Na Summer League będą wszyscy: menedżerowie, skauci, trenerzy. Będą patrzeć nie tylko na ludzi wybranych w tegorocznym drafcie, ale też szukać zawodników gotowych do gry. To dla mnie idealna szansa, żeby udowodnić - przede wszystkim samemu sobie - że ten poprzedni rok nie definiuje tego, jakim jestem koszykarzem.
Wspomniałeś o ofertach z Europy. Czy znasz konkretne zespoły?
- Nie. Kiedy agent zaczynał mi mówić o tematach z Europy, od razu mu przerwałem. Powiedziałem: "Nawet mi nie mów, kto i co oferuje, jaki to zespół". Mój plan A to walka tutaj i na tym się skupiam.
Czy na kolejny sezon zostaniesz w USA?
- Tak. Tak jak mówiłem wcześniej, poprzedni sezon nie był taki, jaki oczekiwałem. Nie pokazałem swojej prawdziwej twarzy. Daję sobie kolejną szansę. W tym momencie jestem o wiele lepszym koszykarzem niż rok temu, kiedy o tej porze poruszałem się o kulach.












