Reklama

Reklama

Grzegorz Kulka dla Interii: Było plus 20, mogło być 0-20

- Najważniejsze, że spotkanie z Szolnoki udało się rozegrać do końca. Najgorszy scenariusz był taki, że schodziliśmy na przerwę z przewagą dwudziestu punktów a mogliśmy przegrać walkowerem 0-20 - mówi w rozmowie z Interią Grzegorz Kulka, skrzydłowy Legii Warszawa.

Zbigniew Czyż: Wygraliście drugi mecz w fazie grupowej Pucharu Europy FIBA, tym razem na własnym parkiecie z wicemistrzem Węgier Szolnoki Olaj 83-66 i zostaliście liderem grupy H. Praktycznie przez całe spotkanie kontrolowaliście przebieg wydarzeń, rywal poza pierwszymi fragmentami meczu nie miał pomysłu, jak dobrać się wam do skóry?

- Wyszliśmy na to spotkanie, tak jak na wszystkie w stu procentach zaangażowani i skoncentrowani bez względu na to, czy są to puchary, czy liga. To było chyba kluczem do wygranej, ale ważne było też, żeby nic nie wymyślać tylko grać swoją najlepszą koszykówkę. Póki co to nam dobrze wychodzi. Wierzymy w swoje umiejętności, jesteśmy dobrą drużyną, wszystko jest poukładane tak jak należy przez trenera Wojciecha Kamińskiego. 

Reklama

Zespół z Węgier chyba jednak nie postawił wam poprzeczki zbyt wysoko?

- Tak się mogło wydawać, obserwując mecz z boku. Wynik do przerwy faktycznie był wysoki, ale my w pierwszych dwudziestu minutach trafiliśmy dziewięć "trójek". Rywal dobrze rzucał w pierwszej kwarcie i wtedy mecz był wyrównany, dopiero w drugiej udało się nam trochę odskoczyć. Na pewno to jest jednak dobra drużyna, grająca mocno fizyczną koszykówkę, co pokazali w swoim poprzednim spotkaniu z FC Porto, wygrywając 15 punktami, a zespół z Portugalii nie jest słaby. To pokazuje, że Węgrzy mają potencjał i są groźni. W Szolnoki nie ma może gwiazd, ale ta drużyna jest groźna jako kolektyw i skupiliśmy się na tym, żeby grę zespołową jak najbardziej im ograniczyć.

Jak oceniłbyś swój występ w tym spotkaniu? Zdobyłeś 14 punktów.

- Z tego meczu jestem zadowolony, ale nie można osiadać na laurach, bo zawsze można grać lepiej. Generalnie skupiam się na tym, żeby pomagać drużynie. Kiedy mam otwartą pozycję do rzutów staram się je oddawać, staram się również mocno pracować w defensywie i przy zbiórkach pod tablicami.

W trakcie meczu, a właściwie w przerwie, doszło do niecodziennej sytuacji. Z powodu awarii elektrycznej na Bemowie w hali zgasły praktycznie wszystkie światła, przestały działać tablice świetlne. Regulaminowa przerwa z 15 minut wydłużyła się do 60, grę w końcu wznowiono, ale z małymi tablicami zastępczymi trzymanymi przez chłopców do podawania piłek w narożniku boiska. Oświetlenie też nie było już całkiem takie same. Odniosłem wrażenie, że trochę wybiło was z rytmu.

- Taka przerwa nie działa dobrze ani na jedną, ani na drugą drużynę. Wszyscy po przerwie graliśmy w takich samych warunkach. Dużo w tym momencie zależało od koncentracji. Węgrzy wyszli po przerwie na parkiet bardzo zmobilizowani, bardzo zdeterminowani, żeby wrócić do tego meczu i ostatecznie zmniejszyli naszą przewagę do 17 punktów, choć w pewnym momencie doszli nas już nawet na dziewięć oczek i mecz robił się coraz bardziej otwarty. Kilka naszych udanych akcji w końcówce trzeciej kwarty uspokoiło jednak sytuację.

Jak się wam grało w takich niecodziennych warunkach?

- To było coś zupełnie nowego. Najważniejsze, że to spotkanie udało się rozegrać do końca, bo najgorszy scenariusz był taki, że schodziliśmy na przerwę z przewagą dwudziestu punktów, a mogliśmy przegrać walkowerem 0-20. W mojej karierze taka sytuacja jeszcze się mi nie przydarzyła.

Co możesz powiedzieć o poziomie rywalizacji w europejskich pucharach po dwóch rozegranych już meczach w FIBA Europe Cup?

- Uważam, że rozgrywki pucharowe są dla nas fajnym i nowym doświadczeniem. Poziom na pewno różni się od tego w naszej lidze na takiej zasadzie, że każda liga ma swój własny styl. W pierwszym spotkaniu z zespołem z Rumunii przekonaliśmy się, że w tamtejszej lidze panuje raczej taki styl, że dużo się rzuca, preferuje się grę jeden na jeden. Węgrzy z kolei zaprezentowali koszykówkę bardziej zespołową. Każda drużyna ma inny styl i musimy się do tego przygotowywać. Na pewno cieszą nas dwie wygrane. Staramy się nie osiadać na laurach, tylko patrzeć na każdy kolejny mecz. Przed nami spotkanie z FC Porto w przyszłą środę w Warszawie, grafik mamy napięty, bo wcześniej zagramy z zespołem z Ligi Mistrzów w polskiej ekstraklasie, czyli na wyjeździe ze Stalą Ostrów Wielkopolski.

Jaki Legia ma cel na grę w pucharach w tym sezonie?

- Chcemy wygrywać każde kolejne spotkanie i na tym się skupiamy.

W przerwie letniej wasza drużyna została dosyć mocno przemeblowana. Proces zgrywania się zespołu został już zakończony, czy jeszcze trwa?

- Na pewno z każdym meczem wyglądamy lepiej. Myślę, że ten etap jeszcze całkiem się nie zakończył. Mamy w drużynie dobrych zawodników, mamy Łukasza Koszarka, który jest bardzo doświadczonym zawodnikiem i wie, jak wydobyć z nas w trakcie meczu te najlepsze atuty. Przy takim zawodniku gra się też łatwiej. Myślę, że idziemy w dobrym kierunku, na pewno nasze zgrywanie się jest już coraz lepsze.

W Energa Basket Lidze Legia ma bilans czterech zwycięstw i dwóch porażek. Najpierw były dwie wygrane, potem dwie porażki i znów przyszły dwa zwycięstwa. Wasza gra, a właściwie wyniki, trochę falują.

- Mam nadzieję, że nie będziemy tak grać w kratkę. Teraz jedziemy do Ostrowa wygrać. Nie mamy za dużo czasu na analizę spotkania z Szolnoki, postaramy się trochę odpocząć, poruszać na treningach, przeanalizować grę zespołu z Ostrowa i ruszamy w drogę.

Gracie teraz co trzy dni, sił nie będzie brakować?

- Czas pokaże. Trener stara się tak rotować naszym składem, żeby każdy grał w miarę możliwości po równo, choć nie zawsze się to udaje. Jesteśmy profesjonalistami, mieliśmy dobry okres przygotowawczy i od początku wiedzieliśmy, że będzie taki okres w sezonie, iż będziemy grać często. 

Z Grzegorzem Kulką rozmawiał w Warszawie Zbigniew Czyż



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL