Reklama

Reklama

Ekstraklasa koszykarzy. Milicić: Nie mam czarodziejskiej różdżki

Porażka z Kingiem Szczecin po serii siedmiu ligowych zwycięstw jest cennym doświadczeniem, bo pokazuje, ile jeszcze pracy przed koszykarzami BM Slam Stali Ostrów Wlkp. - uważa ich trener Igor Milicić. "Czarodziejskiej różdżki jednak nie mam" - zaznaczył.

Po pięciu sezonach pracy z Anwilem Włocławek, dwóch złotych medalach i brązowym, zdecydował się pan na objęcie w trakcie sezonu Stali, drużyny, której pan nie budował latem. To coś nowego w pana karierze...

Igor Milicić: Tak się ułożyło życie. W Ostrowie widzę duży potencjał, są ambicje i to mi się podoba. W momencie, gdy przyjechałem wszystko było na dobrej drodze do realizacji mojej wizji, czyli przyspieszenia gry i ułożenia jej w obronie. Bardzo duża w tym rola Andrzeja Urbana i pracy, jaką wykonał wtedy jako pierwszy trener, a dziś mój asystent. Zawodnicy też wykazali ogromną chęć, by dokonać zmian. Nie mam jednak czarodziejskiej różdżki. To wszystko praca, praca zespołowa. Ja w sumie cały czas jeszcze poznaję drużynę.

Reklama

Do tej pory to "poznawanie" wypadało znakomicie - siedem wygranych z rzędu. Ale przyszła porażka z Kingiem w Szczecinie, którą uznano za niespodziankę...

- Przegrana pozwoli całemu sztabowi, ale i koszykarzom bardziej realnie ocenić zespół. To drogowskaz na przyszłość. Mamy mankamenty, które być może przez wyniki, a nie przez styl gry, były mniej widoczne i niektórym mogło się wydawać, że wszystko jest już ok. Myślę, że ta porażka może mieć pozytywny wpływ na wszystkich. Wiemy, dokąd mamy dojść, a ona pokazała, gdzie jesteśmy. Trzeba twardo stąpać po ziemi, ja nie mam z tym kłopotów.

A co jest obecnie największym problemem Stali?

- Mamy bardzo wąską rotację, co sprawia, że trudno utrzymać intensywność gry, jakiej wymagam jako szkoleniowiec. Mam nadzieję, że treningami i wzmocnieniami poprawimy ten element.

Ale pan już dokonał kilku istotnych zmian w składzie, wymieniając choćby trzech zagranicznych koszykarzy...

- Wymieniłem zawodników po pięciu spotkaniach, gdy oceniłem czego - moim zdaniem - brakowało drużynie. Dokonaliśmy bardzo słusznych wyborów, na razie życie przyznaje nam rację. Myślę o kolejnym wzmocnieniu - jeśli będzie taka konieczność i... możliwości, bo na rynku transferowym jest bardzo niewielki wybór, zarówno jeśli chodzi o Polaków, jak i koszykarzy zagranicznych. Słowem nie ma na razie takich zawodników, których chciałbym w zespole. Pamiętam też o tym, że zmiany w trakcie sezonu to operacja na żywym organizmie i trzeba działać z rozmysłem.

Stal po półtora miesiąca pana pracy przesunęła się na czwarte miejsce w tabeli ekstraklasy i wywalczyła awans do kolejne rundy Pucharu Europy. Za tydzień czeka was finałowy turniej Pucharu Polski. Ze zdobycia trofeum cieszył się pan przed rokiem z Anwilem. A jak będzie teraz? Jakie w ogóle cele postawiono przed panem i zespołem?

- Puchar nie jest celem z kategorii "must have", jaki przed nami postawiły władze klubu, ale nie zamierzam niczego odpuszczać. Chcemy zajść na każdym z frontów jak najdalej, wywalczyć to, co się maksymalnie da na europejskich parkietach, ale i na polskich. Nie myślę z dużym wyprzedzeniem, nie patrzę za bardzo do przodu. Koncentrujemy się na najbliższych meczach.

W Pucharze Europy graliście w turniejowej "bańce" we Włocławku. Towarzyszyły panu szczególne emocje?

- Tak, pierwszy raz byłem w takiej sytuacji, ale na pewno nie ostatni. Każdy z moich przyjazdów do Włocławka będzie specjalny, w końcu spędziłem tu pięć lat, a wcześniej jako zawodnik wywalczyłem mistrzostwo Polski. Łezka w oku zakręciła się już przy wjeździe do miasta. A potem jeszcze bardziej, gdy zobaczyłem ludzi, z którymi pracowałem przez ostatnie sezony.

To były lata sukcesów Anwilu, w przeciwieństwie do obecnych rozgrywek...

- Choć jestem trenerem Stali, to nie ukrywam, że boli mnie to, co dzieje się we Włocławku. To zupełne przeciwieństwo tego, co budowaliśmy przez lata. Życzę Anwilowi jak najlepiej, niech wróci na dobre tory.

Jabłko pana niedaleko od jabłoni. Pański najstarszy syn Igor został właśnie powołany do szerokiej kadry Polski na mecze eliminacji mistrzostw Europy. Jak pan patrzy na tą nominację?

- Cieszę się razem z nim. To największy zaszczyt w jego dotychczasowej karierze. Syn był podekscytowany, przez kilka dni wciąż się uśmiechał. Jestem zadowolony, że koszykarska droga, jaką wspólnie - jako rodzina - wybraliśmy dla Igora juniora, czyli ośrodek szkolenia w niemieckim Ulm - przynosi efekty. Jak widać ciężka praca, wstawanie od szóstej rano, by połączyć trening z nauką opłaca się. Jestem szczęśliwy, że dokonaliśmy właściwego wyboru, choć wymaga on wyrzeczeń.

Przyjechał pan do Polski z rodziną czy bliscy zostali w Niemczech?

- Jest ze mną żona i dwóch młodszych synów. To dla mnie bardzo ważne. Daje mi wewnętrzny spokój. Igor został sam w Niemczech. Ma 18 lat i pora, by samodzielnie podejmował decyzje. Zresztą nasz powrót do Polski nie był dla niego problemem. Jemu to nawet odpowiada. Ja wyjechałem z domu jako 14-latek...

Pana syn mógł grać także dla Chorwacji. Namawiał go pan do tego? Czy od razu zachęcał do wyboru reprezentacji Polski?

- Do niczego go nie namawiałem. To jego naturalna decyzja. Występował już latem w juniorskiej reprezentacji u trenera Jacka Winnickiego, czuł się tam dobrze. Wiem, że prezes polskiej federacji rozmawiał z nim o reprezentacyjnej przyszłości i namawiał na taki wybór.

Kilka miesięcy bez pracy spędził pan właśnie w Niemczech. Jak odbiera pan realia życia w obydwu państwach w dobie pandemii?

- W Polsce - moim zdaniem - nie jest tak źle, jeśli chodzi o życie w pandemii, jak się niektórym wydaje. Przechodziłem zakażenie właśnie w Niemczech i nie chwalę sobie tego, jak potraktowano mnie w tamtejszych szpitalach. Dużo ludzi tu w kraju nie ma świadomości, jak wygląda realna sytuacja za granicą. Faktem jest natomiast, że ludzie w Niemczech bardziej przestrzegają obostrzeń.

Rozmawiała: Olga Miriam Przybyłowicz 




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje