Reklama

Reklama

Bohdan Bartosiewicz: Mam 96 lat i najbardziej polubiłem koszykówkę

96-letni Bohdan Bartosiewicz jest jedynym żyjącym koszykarzem reprezentacji Polski, która w 1939 r. zdobyła brąz mistrzostw Europy. Stawał także na podium krajowych rozgrywek w siatkówce i piłce ręcznej. "Najbardziej jednak polubiłem koszykówkę" - powiedział.

Wiosenne miesiące poprzedzające wybuch II wojny światowej i historyczne trzecie miejsce ME, wywalczone w Kownie w dniach 22-28 maja, pozostają w pamięci sędziwego sportowca i trenera.

Reklama

Urodzony 21 października 1918 roku koszykarz, wicemistrz kraju z Polonią Warszawa, miał wówczas 20 lat, rok wcześniej zdał maturę. Był najmłodszym zawodnikiem reprezentacji, do której dostał się m.in. dzięki dobrej postawie w rozegranych w stolicy meczach Polska - Niemcy i Warszawa - Berlin.

Przed mistrzostwami drużyna prowadzona przez trenera Walentego Kłyszejkę nie była pewna swoich możliwości.

"Na Litwę pojechaliśmy praktycznie bez żadnych przygotowań. Na zgrupowanie w Warszawie stawiło się początkowo tylko trzech zawodników z Polonii. Gdy dołączył czwarty - Zbigniew Resich z Cracovii (późniejszy prezes Sądu Najwyższego - PAP), prasa napisała +teraz mogą już grać w brydża+. Potem przyjechało dwóch ze Lwowa, po kilku dniach szóstka poznaniaków z kapitanem drużyny Florianem Grzechowiakiem, a już na peronie, gdy odjeżdżaliśmy do Wilna, dołączył z Krakowa Paweł Stok" - wspomina Bartosiewicz.

W turnieju uczestniczyło osiem zespołów, grano systemem każdy z każdym. Polska zaczęła od zwycięstw 35:31 z Estonią i 38:36 z Francją, następnie przegrała z Litwą 18:46, pokonała Węgry 42:20, Finlandię 46:13 i Włochy 43:27, a na koniec w meczu, który decydował o drugim miejscu, ulegli Łotwie 20:43.

Bartosiewicz, nazywany przez kolegów Bartkiem, w Kownie grał w koszulce z numerem 5. Zdobył w turnieju 24 punkty.

"Trzecie miejsce też było dla nas olbrzymim sukcesem. Ja cieszyłem się, że jako debiutant wcale nie grzałem ławki. Grałem nawet z Litwą, która zdobyła mistrzostwo. Nie mieliśmy szans z gospodarzami, którzy dołączyli do swojego składu byłego Amerykanina, dwumetrowego dryblasa Pranasa Lubinasa, którzy jeszcze trzy lata wcześniej, jako Frank Lubin, zdobył złoty medal z reprezentacją USA na igrzyskach w Berlinie. Przyjęto go do drużyny jako Litwina" - wspomina mierzący 176 cm koszykarz Polonii.

Po wojnie to Bartosiewicz został z czasem kapitanem reprezentacji koszykarzy. Pełnił tę funkcję na mistrzostwach Europy w Czechosłowacji, w których drużyna zajęła szóste miejsce.

"W drużynie było wówczas wielu repatriantów z Wilna, którzy po wojnie trafili do Warszawy czy Łodzi, m.in. Władysław Maleszewski i Józef Żyliński. Powstały w związku z tym rozdźwięki w zespole. Wilniucy tworzyli w nim swoją grupę, byli przeciwni temu, co ja dyktowałem jako kapitan. Dlatego po mistrzostwach zakończyłem karierę w reprezentacji" - tłumaczy.

Rok później, 18 lutego 1948, Bartosiewicz wystąpił w pierwszym oficjalnym meczu międzypaństwowym drużyny narodowej ...siatkarzy. Na parkiet w hali warszawskiej YMCA przy ul. Konopnickiej, gdzie biało-czerwoni grali z Czechami, wyszedł w podstawowym składzie obok Czesława Plejewskiego, Henryka Antczaka, Romualda Markowskiego, Leonarda Michniewskiego i Juliusza Kijewskiego. Goście wygrali 3:2.

W tamtych latach uprawianie równolegle kilku różnych dyscyplin nie było niczym wyjątkowym. Przemawiała za tym także administracyjna struktura sportu - od 1928 roku istniał jeden Polski Związek Gier Sportowych. Dopiero później poszczególne dyscypliny utworzyły samodzielne federacje.

Bartosiewicz przed i po wojnie był wyróżniającym się graczem nie tylko koszykówki i siatkówki, ale i piłki ręcznej, wówczas 11-osobowej. W każdej z tych gier, z różnymi klubami (Polonia, Społem, AZS Warszawa), wielokrotnie stawał na podium mistrzostw Polski.

"Najbardziej polubiłem koszykówkę, a cała ta moja wszechstronność i pasja do sportu wzięła się jeszcze z czasów szkolnych, gdy uczęszczałem do gimnazjum Władysława IV na warszawskiej Pradze" - przypomina.

W jego pokoju w domu spokojnej starości na Saskiej Kępie jedno z poczesnych miejsc zajmuje specjalny dyplom, który otrzymał ze szkoły: "Bogdan Bartosiewicz. Rocznik maturalny 1938. Jeden z najwybitniejszych sportowców w historii szkoły. Grał w reprezentacji szkoły w siatkówce, która wywalczyła mistrzostwo szkół średnich Warszawy".

Drużyna Władysława IV zdobyła też mistrzostwo stolicy w koszykówce i wicemistrzostwo w szczypiorniaku.

Wyróżniający się uczniowie-sportowcy siłą rzeczy trafiali do klubowych sekcji, ale na przeszkodzie stawał obowiązujący wówczas przepis zabraniający młodzieży szkolnej przynależności do klubów. Będąc w IV klasie gimnazjum Bartosiewicz znalazł się w Polonii.

"Tylko się podpisałem, bo chciałem grać. Ktoś jednak doniósł na mnie do dyrekcji szkoły, a ta powiadomiła rodziców. Zrobił się problem. Nie lubiłem kłamać, ale jednak... Do naszego mieszkania wchodziło się z korytarza, w którego innej części mieszkał mój młodszy kolega z gimnazjum, który też grał w Polonii. +Mamusiu, idę na spacer+ - mówiłem i wychodziłem. W korytarzu już czekał kolega z moimi trampkami, koszulką, spodenkami w torbie. I biegłem na trening. Gdy wracałem, on znowu zabierał tę torbę. I tak musiałem oszukiwać rodziców. W związku z tą sytuacją praktycznie nie mam zdjęć sportowych sprzed wojny, bo gdy fotografowano drużynę Polonii, uciekałem bądź chowałem twarz, by nie zostać ujawnionym" - opowiada.

Po zakończeniu zawodniczej kariery przez wiele lat Bartosiewicz pracował jako trener. Największe sukcesy odnosił z koszykarkami Polonii Warszawa, z którymi wielokrotnie stawał na podium rozgrywek ligowych i zdobył Puchar Polski.

Hanna Loth-Nowakowa, była zawodniczka "Czarnych Koszul" i reprezentantka kraju, tak wspomina tamte czasy: "Przyszedł do Polonii w 1962 i zaczęło się coś dziać, bo Bartek chodził po szkołach, namawiał nauczycieli. Po dwóch latach w tzw. zawodach pierwszego kroku zespołów koszykarskich startowało 15 drużyn Polonii. W klubie pojawił się tłum dziewczynek. Tą drogą trafiła tu Ula Pulkowska-Engel i wiele innych zdolnych koszykarek".

Sam trener ma takie wspomnienie: "Podczas treningu na Polonii otwierają się drzwi, wchodzi pani z córką. +Proszę pana, chciałam ją zapisać na siatkówkę+. Akurat wtedy nie mieliśmy w klubie tej sekcji, więc odpowiadam, że nie mogę jej pomóc. Ona do mnie na boku: +Niech pan ją chociaż dziś przytrzyma, bo nie wiem, co z nią robić+. +Niech zostanie, porozmawiam potem ze znajomymi trenerami siatkówki+ - obiecałem.

"Trening się skończył, a dziewczyna mówi: +Ja już nie chcę na siatkówkę, mnie się koszykówka podoba+. To była Izabela Młynarczyk, późniejsza reprezentantka Polski. Wyszła za Niemca, dziś mieszka za granicą. Ale na moje 90-lecie przyjechała. I dwa razy tu mnie odwiedziła" - kończy Bogdan Bartosiewicz.

Marek Cegliński 

Dowiedz się więcej na temat: Bohdan Bartosiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje