Fatalne wieści zza oceanu. Chodzi o Sochana. Polak znów "na marginesie"
Fani koszykówki z kraju nad Wisłą ze zniecierpliwieniem wyczekują nadejścia pozytywnych informacji ws. obecnie jedynego Polaka w NBA - Jeremy'ego Sochana. Niestety póki co zza oceanu możemy usłyszeć jednak doniesienia o kolejnym, mocno deprymującym spotkaniu w wykonaniu 22-latka. Tym razem jego San Antonio Spurs poległo w starciu z ubiegłorocznymi finalistami konferencji zachodniej - Minnesotą Timberwolves. Sam Sochan z pewnością nie może zaliczyć swojego 12-minutowego występu do udanych.

Wokół Jeremy'ego Sochana jest w ostatnim czasie naprawdę głośno. Wraz z zakończeniem obecnego sezonu debiutancki kontrakt jedynego Polaka w NBA wygasa. Nie oznacza to, że Sochan na dobre pożegna się z grą za oceanem, lecz jego obecna pozycja negocjacyjna z pewnością nie należy do najmocniejszych.
Sytuacji nie poprawia fakt, iż po przejęciu sterów San Antonio Spurs przez Mitcha Johnsona, rola polskiego koszykarza została dość mocno ograniczona. Za czasów legendarnego Gregga Popovicha, Sochan mógł pochwalić się bowiem częstymi występami w pierwszej piątce "Ostróg".
Obecnie o tego typu luksusie może on co najwyżej pomarzyć. Skutkuje to mniejszą ilością rozegranych minut, a co za tym idzie, również znacznie ograniczonym wkładem w wyniki zespołu. Podobnie było w meczu z Minnesotą Timberwolves, który teksańscy zawodnicy rozgrywali w nocy z niedzieli na poniedziałek.
Występ Sochana znów "bez historii". San Antonio ulegli finalistom konferencji
Pierwsza kwarta meczu z Minnesotą Timberwolves mogła się podobać fanom San Antonio Spurs, mimo iż najbardziej wyróżniał się w niej lider rywali - Anthony Edwards. Jednak to podopieczni Johnsona zakończyli tę część meczu z korzystnym rezultatem (37:32).
W drugiej kwarcie Jeremy Sochan wreszcie wpisał się w protokół meczowy. To bowiem w tej części meczu udało mu się zdobyć efektowny punkty po podaniu De'Aarona Foxa. Polski skrzydłowy zdołał również zebrać jedną piłkę w defensywie. Niestety 2 punkty oraz 1 zbiórka były jedynymi statystykami Sochana, który w tym spotkaniu zagrał raptem 12 minut.
W drugą połowę meczu San Antonio wchodziło już tylko z marginalną, jednopunktową przewagą. Mimo to zespół, pozbawiony swojego największego gwiazdora - Victora Wembanyamy - wciąż stawiał rywalom niezwykle czynny opór. Duża w tym zasługa wspomnianego wcześniej Foxa, który łącznie zanotował na swoim koncie 25 punktów na bardzo dobrej 67-procentowej skuteczności rzutów (10/15 z gry). Sporą cegiełkę dołożyli także: Devin Vassell (22 punkty), Keldon Johnson (22 punkty, 8 zbiórek) oraz pierwszoroczniak Dylan Harper (17 punktów).
Po drugiej stronie parkietu wciąż szalał natomiast wspomniany wcześniej Anthony Edwards. Gwiazdor "Leśnych Wilków" stanowił idealną przeciwwagę dla Foxa, zdobywając aż 32 punkty na rewelacyjnej 72 procentowej skuteczności (13/18 z gry). Swojego lidera wsparli także: Julius Randle (22 punkty, 12 asyst, 6 zbiórek), Donte DiVincenzo (18 punktów), Naz Reid (15 punktów) oraz Jaden McDaniels (13 punktów). Dość przeciętny mecz, zwarzywszy na nieobecność groźnego podkoszowego rywali, zagrał natomiast inny gwiazdor Minnesoty Rudy Gobert (8 punktów, 8 zbiórek).
Ostatecznie San Antonio Spurs kompletnie posypali się w ostatniej kwarce, przegrywając ją aż 19:36. To przełożyło się na końcowy wynik meczu, który Sochan i spółka przegrali wynikiem 112:125. Tym samym z bilansem 13 wygranych oraz 6 porażek znajdują się oni na 5. miejscu konferencji zachodniej.
W nocy z niedzieli na poniedziałek na parkietach NBA odbyło się także kilka innych interesujących meczów. Sporym echem odbiła się kolejna już wygrana Oklahomy City Thunder, która pokonała Portland Trail Blazers wynikiem 123:115. Dla Thunder było to 20 zwycięstwo, a także rewanż na Blazers za jedyną tegoroczną porażkę obecnych mistrzów NBA. Do ostatnich chwil ważył się natomiast losy meczu Boston Celtics - Cleveland Cavaliers. Ostatecznie to "Celci" mogli cieszyć się triumfem, pokonując "Kawalerzystów" 117:115.
Spore napięcie panował także w starciu Atlanty Hawks z Philadelphią 76-ers. Do wyłonienia zwycięzców tego meczu potrzebne były bowiem aż dwie dogrywki. Po nich to Hawks mogli eksplodować z radości, ponieważ pokonali 76-ers wynikiem 142-134. Fani kultowych Los Angeles Lakers również mieli sporo powodów do zadowolenia. "Jeziorowcy" spokojnie uporali się bowiem z New Orleans Pelicans, pokonując ich wynikiem 133:121.











