Epicki bój o mistrzostwo NBA. Historyczny sukces New York Knicks
Po nieprawdopodobnym powrocie w meczu numer cztery New York Knicks mieli tytuł mistrzowski na wyciągnięcie ręki. Okazja do przypieczętowania serii finałowej nadarzyła się 13 czerwca (w Polsce było już po północy). To właśnie wtedy rywalizacja przeniosła się do Teksasu. San Antonio Spurs zostali postawieni pod ścianą - porażka w kolejnym meczu na własnej hali skutkować miała natychmiastowym zakończeniem sezonu 2025/2026. Tak też się stało. Po ponad pół wieku czekania tytuł mistrzowski powraca do Nowego Jorku. Cieszył się także Jeremy Sochan, który został pełnoprawnym mistrzem NBA.

Przed rozpoczęciem tegorocznych finałów NBA gracze San Antonio Spurs byli przez wielu stawiani w roli faworytów do tytułu mistrzowskiego. To bowiem oni wyeliminowali z wyścigu po trofeum im. Larry'ego O'Briena poprzednich triumfatorów amerykańskiej ligi basketu - Oklahomę City Thunder.
Konferencję wschodnią w tegorocznych finałach reprezentowali natomiast koszykarze New York Knicks. Już w pierwszym pojedynku sprawili oni niespodziankę, pokonując "Ostrogi" na ich własnej hali. Kilka dni później, ku ogromnemu zdziwieniu kibiców Spurs, Nowojorczycy powtórzyli tę sztukę.
Po przenosinach do legendarnej Madison Square Garden sytuacja uległa chwilowej zmianie. Mecz numer trzy padł bowiem łupem podopiecznych Mitcha Johnsona. Wydawało się, że taki sam scenariusz czeka nas również w kolejnym spotkaniu. W pewnym momencie Spurs prowadzili w nim aż 29 punktami. Jeremy Sochan i spółka zdołali jednak powrócić z "dalekiej podróży", pobijając przy tym rekord finałów NBA.
13 czerwca rywalizacja powróciła natomiast do Teksasu. Gospodarze znajdowali się jednak w dramatycznej sytuacji. Przegrywali w finałowej serii wynikiem 1:3. Dotychczas tylko raz w historii finałów NBA doszło do sytuacji, w której zespół zdołał podnieść się z tak niekorzystnej sytuacji.
Powolny start meczu numer pięć. Nowy Jork znów musiał gonić wynik
Pierwsze minuty piątego meczu finałowego zwiastowały kolejną bardzo fizyczną batalię. Żadna ze stron na tym etapie spotkania nie grzeszyła skutecznością. Nieco lepiej w mecz weszli jednak gospodarze.
Godny wyróżnienia był na pewno Dylan Harper. Mimo stosunkowo niewielkiego doświadczenia potrafił wziąć na swoje barki konieczność zdobywania punktów. Ostatecznie pierwsza kwarta tego meczu zakończyła się wynikiem 23:13 dla San Antonio Spurs. Wspomniany Harper był odpowiedzialny za 7 "oczek" swojej ekipy.
Druga kwarta rozpoczęła się od widowiskowego bloku w wykonaniu Victora Wembanyamy. Była to jego czwarta i nie ostatnia "czapa" w tym meczu. Gracze z Nowego Jorku przez długi czas nie potrafili uzyskać optymalnego rytmu meczowego. Przewaga ich rywali oscylowała w okolicy kilkunastu punktów.
W przeciwieństwie do poprzedniego starcia, tym razem Jeremy Sochan nie zameldował się na parkiecie w pierwszej połowie meczu. Kamery wyraźnie uchwyciły jednak moment, w którym polski koszykarz starał się zaczepić swojego byłego kolegę z drużyny.
W poprzednim meczu gracze Knicks udowodnili, że potrafią poradzić sobie w naprawdę ciężkich warunkach. Nie inaczej było i tym razem. Na 5 minut przed końcem pierwszej połowy meczu podopieczni Mike'a Browna wreszcie złapali upragnione momentum, niwelując przewagę rywali do zaledwie 6 "oczek". Wciąż na prowadzeniu byli natomiast gospodarze. Do przerwy na tablicy widniał wynik 42:37 dla graczy z Teksasu.
Kontrowersje w drugiej połowie. Nowojorczycy mieli powody do gniewu
Trzecia kwarta rozpoczęła się od poważnego problemu Nowojorczyków. W raptem kilkanaście sekund po wznowieniu gry Karl Anthony-Towns złapał swój czwarty faul. W takiej sytuacji na parkiecie bardzo szybko musiał zameldować się Mitchell Robinson. Na boisku na około dwie minuty pojawił się również Ariel Hukporti.
Czas mijał, a gracze San Antonio Spurs wciąż utrzymywali kilkupunktową przewagę. W pewnym momencie doszło do spornej sytuacji z udziałem wspomnianego wcześniej Wembanyamy. Obóz Knicks domagał się odgwizdania faulu niesportowego przy próbie zablokowania rzutu Jalena Brunsona. Ewentualne przewinienie niesportowe (z uwagi na nadmiar tego typu fauli) skutkowałoby koniecznością pauzy Francuza w kolejnym spotkaniu. Zespół arbitrów nie zdecydował się jednak na ten ruch, co wywołało oburzenie Nowojorczyków. Sędziowie jeszcze kilkukrotnie podejmowali w tej kwarcie decyzje, które powodowały gniew przyjezdnych.
Trzecia kwarta przez większość czasu należała do gospodarzy. Dopiero w końcowych minutach gracze Knicks ponownie doszli do głosu, redukując powstałą stratę. Ostatecznie w decydującą odsłonę piątego meczu finałowego gospodarze wchodzili z wynikiem 72:65.
W czwartej kwarcie podziwialiśmy natomiast próby narzucenia swojego tempa gry przez koszykarzy obu zespołów. Niestety w tej części spotkania ucierpiał Landry Shamet. Po groźnie wyglądającym upadku zawodnik Knicks opuścił plac gry.
Już kolejny raz kibice byli świadkami niezwykle wyrównanej czwartej kwarty. Losy tego spotkania rozgrywały się w absolutnie ostatnich akcjach. Przy stanie 91:88 (dla Knicks) i 24 sekundach do końca meczu Josh Hart nie trafił rzutu osobistego. Piłkę nieoczekiwanie zebrał jednak Mitchell Robinson, dzięki czemu na linii rzutów wolnych zameldował się chwilę później OG Anunoby. Wykorzystał on jedną próbę rzutową, komplikując sytuację Teksańczyków.
Na 16 sekund przed końcem meczu w efektowny sposób punkty zdobył jednak Stephon Castle, redukując przewagę rywali do 2 "oczek". W kolejnym posiadaniu na linii rzutów wolnych stanął Mikal Bridges. Trafił on jednak tylko jeden z nich doprowadzając do wyniku 93:90 dla swojej drużyny. Dla graczy Spurs była to ostatnia szansa na pozostanie w grze. Do dyspozycji mieli oni jednak wyłącznie 8.8 sekundy. W tym momencie na boisku pojawił się Jeremy Sochan. Goście postanowili sfaulować Dylana Harpera. 20-latek nie wykorzystał jednak żadnej próby z linii rzutów wolnych. Chwilę później po drugiej stronie parkietu sam na sam z koszem stanął OG Anunoby. Trafił on jeden osobisty, lecz to właśnie on okazał się decydujący.
New York Knicks pokonali San Antonio Spurs wynikiem 94:90. Wywalczyli tym samym trzeci tytuł mistrzowski w historii organizacji. Na tę chwilę Nowy Jork czekał od 1973 roku.
Najbardziej wartościowym zawodnikiem tegorocznych finałów NBA okrzyknięty został Jalen Brunson. W tym meczu lider New York Knicks zdobył astronomiczne 45 punktów.
To również bardzo ważny moment dla kibiców z kraju nad Wisłą. Jeremy Sochan stał się bowiem pierwszym Polakiem w historii, który może poszczycić się tytułem mistrza NBA.








![Piłka nie chciała spaść. Najdłuższe wymiany meczu Polska - Brazylia [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C52O3ERO17U-C401.webp)



![Semeniuk błyszczał na parkiecie. Te akcje warto zobaczyć [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C3Q0AGGUVY7-C401.webp)
