Cud w Nowym Jorku. Historyczny zwrot akcji
W pierwszych dwóch meczach tegorocznych finałów NBA byliśmy świadkami niecodziennej sytuacji. New York Knicks dwukrotnie pokonali San Antonio Spurs na ich terenie. Podopieczni Mitcha Johnsona nie poddali się i po przenosinach na legendarną Madison Square Garden udało im się zanotować pierwsze zwycięstwo w serii. Mecz numer cztery zapowiadał się natomiast na istny koszmar ekipy z Nowego Jorku. Sytuacja zmusiła trenera do sięgnięcia po Jeremy'ego Sochana już w pierwszej kwarcie. Nowojorczycy zaczęli jednak gonić wynik i w absolutnie ostatnich akcjach meczu doprowadzili do historycznego zwrotu.

Przed rozpoczęciem tegorocznych finałów NBA San Antonio Spurs stawiani byli w roli faworytów do końcowego triumfu. To bowiem oni wyeliminowali chwilę wcześniej ubiegłorocznych mistrzów - Oklahomę City Thunder.
Ciężko opisać szok jaki przeżyli kibice "Ostróg" kiedy w pierwszym meczu serii finałowej ich ulubieńcy ulegli ekipie New York Knicks. Warto dodać, że podopieczni Mitcha Johnsona zaliczyli tę porażkę przed własną publicznością. W drugim starciu sytuacja powtórzyła się, co postawiło koszykarzy z Teksasu w piekielnie trudnym położeniu. Udali się oni na legendarną Madison Square Garden z wynikiem 0:2.
Cieszył się natomiast Jeremy Sochan, który po zwolnieniu ze Spurs otrzymał angaż właśnie w New York Knicks. W trzecim starciu finałowej serii Polak wreszcie zameldował się na parkiecie. Tego dnia role się odwróciły i to Nowojorczycy przegrali spotkanie przed własną publicznością. Wygrana w trzecim meczu serii przywróciła zawodników San Antonio Spurs z dalekiej podróży.
Kłopoty Knicks już w pierwszej minucie meczu. Trener postawił na Sochana
Już w pierwszej minucie spotkania Karl-Anthony Towns złapał dwa faule. To zmusiło Mike'a Browna do natychmiastowego posadzenia swojego gwiazdora na ławce. W jego miejscu na boisku zameldował się Mitchell Robinson. Goście idealnie wykorzystali zaistniałą sytuację, odskakując na dziesięciopunktowe prowadzenie.
Robinson nie spisywał się zbyt dobrze, dlatego szkoleniowiec Knicks zdecydował się wymienić go na 24-letniego Ariela Hukportiego. Niemiec spędził jednak na parkiecie niecałe dwie minuty. W tym czasie gracze San Antonio Spurs wciąż budowali swoją przewagę. Kilkadziesiąt sekund przed końcem pierwszej kwarty powracający na parkiet Robinson dopuścił się niesportowego przewinienia (flagrant foul I) na Victorze Wembanyamie.
Nadmiar fauli po stronie środkowych Knicks stawał się coraz poważniejszym problemem. Mike Brown zdecydował się wpuścić w tej sytuacji Jeremy'ego Sochana. To jemu powierzono zadanie pilnowania francuskiego giganta. Polak spędził na parkiecie ostatnie 40 sekund tej części spotkania.
Na koniec pierwszej kwarty zawodnicy z Teksasu prowadzili wynikiem 41:22. Głównymi architektami tego sukcesu stali się Victor Wembanyama (13 punktów) oraz Devin Vassell (12 punktów).
Druga kwarta rozpoczęła się natomiast od dwóch celnych rzutów dystansowych autorstwa De'Aaron Foxa. Gospodarze wciąż nie potrafili złapać rytmu, który nie tak dawno temu pozwolił im wygrać dwa pierwsze mecze finałowej serii. W tej odsłonie spotkania gracze San Antonio Spurs bezlitośnie karali rywali rzutami za trzy punkty. W pewnym momencie mogli pochwalić się kosmiczną skutecznością 11/16 zza łuku. Jednym z bohaterów tej odsłony spotkania stał się 20-letni Dylan Harper.
W końcu lider New York Knicks - Jalen Brunson - przełamał fatalną passę swojej ekipy, zdobywając cztery punkty z rzędu. Przewaga Teksańczyków w dalszym ciągu była jednak przygniatająca. W tej kwarcie ponownie mogliśmy obserwować kilkadziesiąt sekund w wykonaniu Sochana. Polak nie mógł jednak w żaden sposób odwrócić losów pierwszej połowy meczu. Ta zakończyła się wynikiem 76:49.
Historyczny zwrot akcji. Tego w finałach NBA nie zrobił jeszcze nikt
Początek trzeciej kwarty również nie wskazywał na nagłe załamanie po stronie graczy San Antonio Spurs. W miarę upływu czasu oddawali oni jednak coraz więcej niecelnych rzutów, tracąc jednocześnie kolejne oczka. W pewnym momencie gracze Knicks zeszli do 16-punktowej straty, co przy przebiegu poprzednich kwart (ich najwyższa przewaga w tym meczu wynosiła 29 punktów) stanowiło powód do niepokoju dla Mitcha Johnsona.
Momentum nieco wyhamował jednak faul Josha Harta, po którym Stephon Castle przełamał serię akcji bez zdobyczy punktowej. Pałeczkę po stronie gospodarzy ponownie przejął Brunson. Lider Nowojorczyków wciąż starał się utrzymywać swoją ekipę w grze. To głównie dzięki jego popisom trzecia kwarta zakończyła się wynikiem 90:75.
W pierwszych minutach decydującej kwarty gracze San Antonio Spurs ponownie zwarli szyki. Wymiana "punkty za punkty" pozwalała im przez pewien czas utrzymywać bezpieczną kilkunastopunktową przewagę. Nowojorczycy weszli jednak w czwartą odsłonę tego spotkania z zupełnie nową energią. Kilka udanych akcji w ataku oraz obronie sprawiło, że po raz pierwszy od dawna przewaga graczy z Teksasu zmalała do zaledwie 4 "oczek".
Nowojorska publiczność zaczęła wierzyć w możliwość odrobienia najwyższej straty w historii finałów NBA. Nikt wcześniej nie zdołał bowiem wygrać finałowego spotkania przy 29-punktowej stracie.
Na minutę i 22 sekundy do końca meczu gracze Knicks wyszli na jednopunktowe prowadzenie (105:104). Chwilę później dwa rzuty osobiste trafił Stephon Castle, dając swojej ekipie jednopunktowe prowadzenie. W następnym posiadaniu doszło do czegoś nieprawdopodobnego - po nietrafionym rzucie Brunsona piłkę w efektowny sposób dobił OG Anunoby. W ostatnim posiadaniu Spurs nie dali rady zdobyć kolejnych punktów. Tym samym Knicks wygrali mecz wynikiem 107:106. Zapewnili sobie również prowadzenie 3:1 w całej serii.












