Alarm w Stanach Zjednoczonych. Powodem Sochan, Polak musiał odpowiedzieć
Sporo dzieje się wokół Jeremiego Sochana na start sezonu NBA. Polak rozpoczął zmagania z opóźnieniem z powodu kontuzji nadgarstka. O ile pierwszy występ wyszedł mu znakomicie, o tyle po drugim Amerykanie wylali na jego głowę kubeł zimnej wody. Tuż przed dzisiejszym spotkaniem niespodziewanie wszczęto alarm. A chodziło o potencjalne odnowienie urazu. Nasz rodak mógł nawet nie zagrać, jednak po 2:00 w najlepszy możliwy sposób dał pozytywny sygnał najbardziej zmartwionym kibicom.

Kampania 2025/26 w najlepszej koszykarskiej lidze świata może być przełomowa dla San Antonio Spurs. Po kilku latach rozwijania młodych graczy, ci wreszcie osiągnęli zadowalający poziom, dzięki czemu Teksańczycy plasują się w górnych rejonach Konferencji Zachodniej. Jeremy Sochan także wreszcie ma powody do radości. Polak w nocy z soboty na niedzielę zaliczył trzecie spotkanie z rzędu, co oznacza, że chyba na dobre wrócił do rywalizacji.
Tuż przed dzisiejszą konfrontacją ze skazywanymi na pożarcie New Orleans Pelicans wszczęto jednak alarm. Znów głośno zrobiło się o zdrowiu naszego rodaka. Występ młodego gracza stanął pod znakiem zapytania. "Sochan nadal leczy przewlekłą kontuzję lewego nadgarstka, której doznał tuż przed inauguracją sezonu 22 października" - donosił portal "cbssports.com".
Gwiazdor "Biało-Czerwonych" otrzymał na szczęście zielone światło i odwdzięczył się trenerowi za zaufanie. 22-latek przebywał na boisku przez dwadzieścia minut, w tym czasie zdobywając okrągłe dziesięć punktów. Warto zwrócić uwagę także na dobrą skuteczność, bo pięć z sześciu rzutów Polaka znalazło drogę do kosza.
Jeremy Sochan tylko raz pomylił się w sobotnią noc. Solidny mecz Polaka za oceanem
"Po powrocie po kontuzji Sochan nie mógł sobie pozwolić na spudłowanie. W swoim drugim meczu Sochan nie trafił ani jednego rzutu. Miał 0/5 z gry. Co gorsza, trzykrotnie stracił piłkę, a jego obrona była nieskuteczna. Poza tym Sochan będzie musiał lepiej zbierać, jeśli chce pozostać w rotacji" - pisali wczoraj dziennikarze "spurstalk.com". Dziś na pewno mają o nim zupełnie inne zdanie. Co ciekawe, tym razem po meczu wspomniana redakcja nie pokusiła się o szczegółową analizę poszczególnych zawodników.
Finalnie mecz zakończył się triumfem San Antonio Spurs 126:119. Innego scenariusza teksańscy fani nawet sobie nie wyobrażali. Sympatycy popularnych "Ostróg" świętują zresztą podwójnie. Do gry wrócił jeden z liderów, De'Aaron Fox. Od razu z przytupem, bo zainkasował aż 24 punkty.
San Antonio Spurs - New Orleans Pelicans 126:119













