Trener Legii Warszawa mówi o pracy w Polsce. "Specyficzna liga"
Jestem bardzo realistyczną osobą i twardo stąpającą po ziemi. Nie chodzę na skróty. Myślę, że w życiu trzeba przejść przez pewne etapy. Myślę, że praca w ORLEN Basket Lidze jest świetnym testem. To liga trudna i wymagająca. Uważam, że jeśli potrafisz utrzymać poziom gry i wyników w Polsce, to najlepszy dowód na jakość twojej pracy. PLK to dobre miejsce na weryfikację zawodników i trenerów - mówi Heiko Rannula, trener Legii Warszawa.

Karol Wasiek (Interia): Jak pan ocenia pracę w Polsce? Jak pan postrzega ORLEN Basket Ligę?
Heiko Rannula, trener Legii Warszawa: Myślę, że liga ma duży potencjał. Wiedziałem o tym wcześniej, ale teraz widzę to jeszcze wyraźniej. To naprawdę trudna i zarazem specyficzna liga.
Co ma pan na myśli?
- Myślę, że to jedyna liga w Europie, a na pewno jedna z niewielu, w której jest w zasadzie 7-8 drużyn, które mogą wygrać mistrzostwo. To sprawia, że jest naprawdę ciekawie. Ale z drugiej strony uważam, że liga nie wykorzystała jeszcze całego swojego potencjału.
Drużyny w PLK stają się coraz bardziej profesjonalne. Widać duży postęp pod tym względem. Myślę, że z roku na rok jest coraz lepiej. Legia, klub, w którym pracuję, ma bardzo dobrą organizację, która wciąż się rozwija. Jesteśmy na dobrej drodze.
Jesteśmy bardzo ambitnym klubem, który wysoko stawia sobie poprzeczkę. Ten sezon pokazał, że trzeba mieć bardzo szeroki skład, by mieć możliwość osiągnięcia swoich celów. Jedna czy dwie kontuzje mogą zniszczyć "momentum".
Myślę, że wszyscy to rozumieją, iż do tej pory nie zrealizowaliśmy naszych celów, więc mistrzostwo Polski jest dla nas priorytetową kwestią.
Jednym z tych celów był awans do kolejnej fazy w Basketball Champions League. Mieliście wszystko w swoich rękach, ale nie dowieźliście zwycięstwa w meczu z Heidelbergiem. Jak pan z perspektywy czasu patrzy na to, co wydarzyło się na Torwarze?
- To był trudny moment dla nas wszystkich. Począwszy od zespołu, a kończąc na mnie. Czuliśmy rozczarowanie, bo zasłużyliśmy na awans. Uważam, że w fazie grupowej graliśmy na dobrym poziomie. Szkoda, że w meczach u siebie nic nie wygraliśmy. To oczywiście jest bolesne, ale to też jest część gry. Prawda jest taka, że w końcówce fazy grupowej BCL mieliśmy ogromne problemy z rotacją. Kontuzje były naszą zmorą. Nawet zawodnicy, którzy grali, nie byli w 100% gotowi. To był trudny okres.
Jak pan skomentuje tę ogromną liczbę kontuzji w drużynie?
- Zwykle - w przypadku dużej liczby urazów - można powiedzieć, że pewne rzeczy się ze sobą łączą. W naszym przypadku takiego sformułowania nie można użyć. Po prostu mieliśmy pecha w większości sytuacji. Nie da się przewidzieć kontuzji stawu skokowego.
Jeden wątek mi się narzuca. Myślę, że EuroBasket wpłynął na stan zdrowia naszych zawodników. Mam na myśli Plutę i Tassa. Oni byli trochę zmęczeni w okresie listopad-grudzień. Myślę, że te kontuzje poniekąd wynikały właśnie z tego powodu, choć oczywiście nikogo nie oskarżam. Gra w kadrze to największy honor i wiem to doskonale, jako trener reprezentacji swojego kraju.
Całe lato przygotowań, potem ciężkie mecze, następnie powrót do klubu, Liga Mistrzów i napięty terminarz. To nie jest łatwe do zarządzania pod kątem zdrowotnym.
Uważam, że należy traktować tych zawodników trochę inaczej. To jest również ten moment, w którym ja - jako trener - muszę wprowadzić ewentualne zmiany, jeśli następnym razem znajdę się w podobnej sytuacji.
W których elementach może pan - jako trener - jeszcze się rozwinąć?
- To trudne pytanie, bo nie jest łatwo oceniać siebie samego.
Wszyscy najlepsi trenerzy są dobrzy dlatego, że potrafią zaadaptować się do pracy w trudnych warunkach. Mam na myśli sytuacje w trakcie meczów, a także to, co dzieje się poza boiskiem. Prawda jest taka, że tego nie da się przeczytać w książce i zapamiętać. Pewnych kwestii nie da się po prostu przewidzieć.
Uważam, że w byciu trenerem najważniejsze jest doświadczenie. Trzeba przejść przez pewne sytuacje, by je nabyć i zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Musisz przejść przez trudne chwile. Ważne jest to, by uczyć się na własnych błędach i wyciągać dobre wnioski.
Warto pamiętać o tym, że nawet ci najlepsi trenerzy też doświadczają momentu, gdy zostają zwolnieni. Nie zawsze są rzeczy, które można kontrolować. Uważam, że ci najlepsi szkoleniowcy wiedzą, jak kontrolować rzeczy, na które mają wpływ. Nie reagują zbyt przesadnie. Wiedzą, jak zachować dyscyplinę.
W mojej pracy - jako trenera - bardzo istotną kwestią jest bycie konsekwentnym. W procesie budowania zespołu i prowadzeniu go na co dzień. Nawet jeśli zdarzają się jakieś złe rzeczy, ważne jest to, by nie wpadać od razu w panikę. Na dłuższą metę musisz wierzyć w to, co robisz. I to jest najtrudniejsza część, ponieważ w trakcie sezonu pojawią się przeszkody, przez które możesz zacząć wątpić w siebie i w swój zespół.
Tego już się nauczyłem. Musisz iść dzień po dniu, ale na dłuższą metę musisz wierzyć w siebie, w swój system i w swoje przekonania. To przyniesie ci tytuły. Nie wierzę w chodzenie na skróty i szybkie sukcesy, bo to później i tak wyjdzie.
Czy zbudowanie drużyny to najtrudniejszy element w pracy trenera?
- Tak. Budowanie zespołu jest najtrudniejszą i zarazem najważniejszą częścią. Wszystko zaczyna się od rekrutacji. Później musisz żyć z konsekwencjami swoich wyborów. Uważam, że podczas wyboru graczy ważna jest osobowość. Nie chodzi tylko o umiejętności czysto koszykarskie na boisku.
Jeśli utrzymasz chemię w zespole na właściwym poziomie, to jakość treningów i ogólne nastawienie będą odpowiednie. Najtrudniejszą częścią jest utrzymanie zawodników w dobrym, pozytywnym nastawieniu. Nigdy nie ma takiej sytuacji, że wszyscy będą zadowoleni.
Czasami zawodnicy mają trudne momenty w sezonie i wciąż trzeba w nich wierzyć i ich motywować, mimo że drużyna może z tego powodu trochę cierpieć.
Zarządzanie ego jest bardzo trudne, ale to część gry. Myślę, że koszykówka jest na drugim miejscu. Myślę, że atmosfera w szatni, na treningach i mentalność zwycięzcy są kluczowe. Musisz wiedzieć, jak to umiejętnie stworzyć.
Wróćmy do play-off poprzedniego sezonu. Wtedy podpisał pan nową, długoletnią umowę z Legią Warszawa. Dlaczego już wtedy zdecydował się na taki krok? Nie chciał pan poczekać i sprawdzić swoją wartość na rynku?
- W pierwszym sezonie pracy poza granicami Estonii moim celem było znalezienie się w organizacji, która jest ambitna, ale i stabilna. Nie chcę używać sformułowania, że ja jako główny szkoleniowiec, mam możliwość popełniania dużych błędów, ale mam na myśli to, że atmosfera w klubie nie jest zbyt napięta. Czuję zaufanie ze strony ludzi zarządzających. Myślę, że zbudowałem dobrą relację z prezesem Jarosławem Jankowskim i z dyrektorem Aaronem Celem. Czułem i czuję, że jestem w dobrym miejscu.
Pytałeś o sprawdzenie wartości na rynku. Jestem bardzo realistyczną osobą i twardo stąpającą po ziemi. Nie jestem facetem, który lubi chodzić na skróty. Myślę, że w życiu trzeba przejść przez pewne etapy. Myślę, że ORLEN Basket Liga - jak mówiłem wcześniej - jest świetnym testem. To liga trudna i wymagająca.
Jestem takiego zdania, że jeśli potrafisz utrzymać poziom gry i wyników w Polsce, to najlepszy dowód na jakość twojej pracy. PLK to dobre miejsce na weryfikację zawodników i trenerów.
Nie uważam jednak, że po zdobyciu mistrzostwa, osiągnąłem już końcowy swój poziom. Wciąż mam wiele do udowodnienia. Co więcej, teraz muszę się bardziej postarać. Myślę, że obrona mistrzostwa jest dużo trudniejsza.
Czy to prawda, że na początku grudnia 2024 odebrał pan telefon z Czarnych Słupsk?
- Tak, to prawda. Miałem kilka opcji, a Czarni byli jedną z nich. Były także telefony z Niemiec. Prowadziłem negocjacje, ale nie ukrywam, że szukałem klubu, który jest ambitny i chce się rozwijać. Nie chodzi o sukces w jednym sezonie, a następnie stagnację. Takie coś mnie nie interesowało.
Zależało mi na profesjonalizmie, robieniu właściwych rzeczy i braku paniki, gdy nagle coś nie działa. Czułem, że Legia to ma. Myślę, że właściciele i zarząd starają się być profesjonalni i budować bardzo profesjonalny klubu na wiele lat. Myślę, że sytuacja była naprawdę dobra dla mnie, dlatego też zdecydowałem się na transfer do Legii.
Jak był pan umówiony z BC Kalev? Przypomnijmy, że odszedł pan z tego klubu w trakcie trwania rozgrywek.
- Mieliśmy dżentelmeńską umowę, że jeśli pojawi się ciekawa oferta z klubu zagranicznego, to będę mógł odejść. Władze BC Kalev znały moje plany i wiedziały, że chcę iść do przodu i się rozwijać. Rozmawialiśmy o tym w trakcie letniego okna transferowego. Też trzeba powiedzieć o tym, że sezon w BC Kalev był trudny. Mieliśmy wzloty i upadki, a także kontuzje. Miałem w głowie jasne i konkretne założenie: "jeśli wygramy Puchar Estonii, to odejdę". Nie chciałem zostawiać drużyny w trudnym położeniu.
Udało nam się wygrać i myślę, że to był właściwy moment, żeby odejść. Ostatecznie BC Kalev był w dobrych rękach. Myślę, że moja decyzja o odejściu była słuszna. Niczego nie żałuję w związku z tą sytuacją, zwłaszcza że wszyscy o tym wiedzieli.
Jak pan opisze swoją relację z Aaronem Celem, dyrektorem sportowym?
- Myślę, że mamy bardzo podobne osobowości. Widzę wiele podobieństw. Obaj jesteśmy zakręceni na punkcie koszykówki. Choć chyba u Aarona to jest jeszcze na wyższym poziomie (śmiech). On cały czas coś ogląda, prowadzi rozmowy. Ma ogromną wiedzę na temat drużyn i poszczególnych zawodników.
Myślę, że to od razu stworzyło między nami naprawdę dobrą chemię.
Obaj nie pokazujemy emocji na zewnątrz, ale jesteśmy fanatykami koszykówki. To bardzo szybko sprawiło, że nasza relacja stała się naprawdę solidna. Ufamy sobie nawzajem. Czuję, że dobrze do siebie pasujemy.
Dla mnie to była najważniejsza rzecz, która pomogła mi szybko zaadaptować się do warunków panujących w ORLEN Basket Lidze.
Aaron mnie wspiera na każdym kroku, mimo że mieliśmy trudne chwile w obu sezonach. Wiem, że zawsze mogę z nim porozmawiać i przedstawić swój punkt widzenia. Chciałbym mu z tego miejsca bardzo podziękować.
Jak wygląda współpraca trenera z dyrektorem podczas procesu budowania zespołu?
- To wychodzi naturalnie. Aaron wykonuje niesamowitą pracę. Liczba profili zawodników, które ma, jest imponująca.
Naprawdę mu ufam, zwłaszcza jeśli chodzi o polskich zawodników. Podobnie jak moim asystentom. Myślę, że w tej kwestii nadal nie jestem osobą, która powinna dokonywać 100% wyborów. Dlatego bazuję na ich opinii.
O zawodnikach - także zagranicznych - rozmawiamy praktycznie cały czas, nawet gdy nie planujemy transferów w trakcie trwania rozgrywek. Myślę, że Aaron zna już mój styl, mój typ zawodników. Coraz bardziej czuję, że ten "feeling" jest już na takim poziomie, że obaj wiemy, którego gracza potrzebujemy na danej pozycji, by system funkcjonował. Nie musimy o tym aż tak długo dyskutować, tak jak to miało miejsce na początku.
Warto dodać, że praca Aaron w klubie jest nieco bardziej rozbudowana. Jest takim pomostem między zarządem a drużyną, a jednocześnie ma uspokajający wpływ na wszystkich. To naprawdę konkretny facet, który ma ogromne doświadczenie jako zawodnik. To w wielu sytuacjach jest bardzo pomocne. Jednocześnie, wraz z każdym dniem nabywa doświadczenia w swojej roli. Rozmawialiśmy już o wielu aspektach, które - jego zdaniem - powinniśmy zmienić w przyszłym sezonie. Ja uważam podobnie i znów wracamy do tego, że jesteśmy do siebie podobni.
Obaj jesteśmy jeszcze młodzi w naszych zawodach i chcemy się uczyć. Nie mówimy, że wiemy wszystko.
Jakim człowiekiem na co dzień jest Heiko Rannula?
- Nie jestem facetem przesadnie emocjonalnym. Jestem realistą. Nawet w dobrych meczach, w których łatwo byłoby cieszyć się grą i odprężyć, wciąż staram się analizować swoje własne decyzje. Myślę, że to moja siła. Jednocześnie, kiedy sytuacja jest naprawdę zła, nie panikuję i staram się analizować. Zawsze są sytuacje, które można zmienić. Jeśli stracisz głowę, może to zmienić twoją następną decyzję.
Chciałbym zapytać o Andrzeja Plutę, który wskoczył na bardzo wysoki poziom. Jest jednym z najlepszych graczy w PLK. Oglądanie go w akcji to czysta przyjemność. Jak pan patrzy na jego koszykarską drogę w przyszłości?
- Może nie wszyscy to wiedzą, ale w przeszłości byłem rozgrywającym i przez to czuję, że z Andrzejem mam specjalną więź. Nie ukrywam, że bardzo ciężko pracowałem z Andrzejem, by on stał się lepszym nie tylko zawodnikiem, a także liderem.
On zdaje sobie sprawę, że jakość oznacza u niego regularność. To oznacza, że możesz być w trudnych momentach, grać z kontuzjami, nawet rywalizować ze słabszymi przeciwnikami, ale zawsze robić swoje. Zwłaszcza jako rozgrywający, czasami chodzi o zdobywanie punktów, czasami o podania, a czasami o obronę. Musisz pamiętać o tym, że na tej pozycji nie możesz być samolubem i patrzeć tylko na swoje statystyki. Chodzi o większe zrozumienie, czasami musisz po prostu zadowolić kolegów z drużyny. On wciąż się uczy, ale progres w jego zachowaniu na boisku i krzywa rozwoju są znakomite.
Dodatkowo, warto podkreślić, że on ma również potencjał, by być naprawdę dobrym obrońcą. Teraz widać, że kiedy jest w dobrej formie fizycznej i mentalnej, to naprawdę robi różnicę w naszym zespole.
Z pewnością Andrzej to osobowość, jakiej nigdy wcześniej nie miałem w swojej drużynie. To inny typ faceta ode mnie, ale szybko złapaliśmy wspólny język. Bardzo zależało mi na tym, aby dotrzeć do Andrzeja, zbudować z nim relację. Często się więc spotykaliśmy, często rozmawialiśmy i mam nadzieję, że Andrzej będzie je dobrze wspominał w trakcie swojej kariery.












