Śmierć legendy wstrząsnęła polskim sportem. Syn Wójcika: Zostawił nam zadanie
- Nigdy się nie poddawać. To jest lekcja numer jeden, bo tata walczył do ostatnich chwil. Ale też to, że nieważne w jak słabej i trudnej sytuacji jesteś, nie ma powodu, by się nie uśmiechać. Nawet w szpitalu się uśmiechał. Gdy go odwiedzaliśmy, zawsze był uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony i szczęśliwy, że przyjeżdżamy. Tym mi pokazał, że w każdej sytuacji można znaleźć powód do szczęścia - wspomina w rozmowie z Interią blisko 26-letni Jan Wójcik (Miasto Szkła Krosno), syn zmarłej w 2017 roku legendy polskiej koszykówki, Adama Wójcika.

Artur Gac, Interia: Jak czujesz się w Krośnie?
Jan Wójcik: - Jestem zdania, że na pewno będzie mi tutaj dobrze. Od początku mojego pobytu tutaj mam pomocnych i życzliwych ludzie dokoła. Znam już trochę miasto i okolicę, byłem w kilku restauracjach, zaczynam zwiedzać atrakcje bieszczadzkie, byłem nad Soliną w muzeum Beksińskiego w Sanoku, generalnie mi się podoba. Jest dobry multiplex, co także bardzo mi odpowiada, bo jestem kinomanem. Wszystko, co potrzebuję, jest na miejscu.
Miasto Szkła to nieprzypadkowa nazwa klubu. Miałeś już okazję zobaczyć na żywo plastyczny proces tworzenia wyrobów z rozgrzanego do czerwoności materiału?
- Oczywiście huta szkła Krosno jest znana nie tylko w Polsce, jej szklanki są w bardzo wielu polskich domach, u nas także. Jeszcze nie zwiedzałem huty, ale z pewnością wybiorę się zobaczyć jak powstaje szkło.
Z punktu widzenia wielu osób, wybór Krosna z pewnością był dość nieoczywisty. Jak wyglądało tło? Oferty ze strony beniaminka w pierwszym odruchu wcale nie chciałeś przyjąć, a twoją optykę zmienił rozwój sytuacji?
- To wyglądało tak, że już wtedy, jak zwolnił mnie Ostrów Wielkopolski, zespół z Krosna, wtedy pierwszoligowy, był mną zainteresowany. Wiedziałem i nie wiedziałem o tym, ale czułem, że gdy już awansowali do ekstraklasy, to pewnie będą mnie chcieli w swojej ekipie. Ryzyko, że to jest beniaminek i może tutaj wszystko nie być zorganizowane czy uporządkowane jak w klubach, w których grałem i od wielu lat stacjonują w elicie, brałem pod uwagę. Na miejscu zorientowałem się, że są tutaj odpowiedni ludzie, którzy znają się na swojej robocie. W międzyczasie zrobiłem research wśród kolegów i dostałem pozytywne opinie. Reasumując, że swojej decyzji jestem zadowolony. Przede wszystkim spodobało mi się, co mówili trener i dyrektor sportowy na temat mojej roli w zespole.
Mówisz, że żaden inny klub nie przestawił tak precyzyjnego planu wykorzystania cię w drużynie. Odnosząc się do kwestii minut, otrzymałeś zapewnienie ze strony klubu, że masz być zawodnikiem pierwszopiątkowym?
- Taka deklaracja nie padła, ale samo to nie było dla mnie tak istotne. Zwykle ważniejsze jest to, kto kończy mecz, a nie tylko kto zaczyna. Decyzja o pierwszej piątce nie była przedmiotem naszych rozmów, czy ustaleń. Mnie najbardziej zależy na zaufaniu ze strony trenera i drużyny, resztę sobie wypracuję. Zwłaszcza, że w zeszłym sezonie miałem niezbyt udany czas, także pod tym względem... Choć ostatecznie utrzymanie zespołu z Dąbrowy Górniczej, który był w bardzo niekomfortowej sytuacji w lidze, postrzegam jako sukces.
Trener drużyny z Ostrowa Andrzej Urban w styczniu bez ogródek wypowiedział się na twój temat. Cytując za zkrainynba.com, powiedział tak: "Na początku sezonu grał sporo, ale z nim na boisku nie wygrywaliśmy. Było kilka kluczowych momentów w niektórych meczach, w których Jan nie wykonał tego, co miał zrobić. To były momenty, w których wynik uciekł nam w niekorzystną stronę. Wierzyłem mocno w tego chłopaka, ale teraz zmieniliśmy koncepcję".
- To zdanie trenera i skoro tak uważał, to w porządku. Ja mam swoje spojrzenie na tę sprawę… Był taki moment w zeszłym sezonie, w którym zmieniliśmy styl gry, a związane to było z powrotem po kontuzji Damiana Kuliga i później zakontraktowaniem Jakuba Parzeńskiego, czyli zawodników z pozycji 5. Na "4" byli już w zespole dużo bardziej doświadczeni Siim-Sander Vene i Tim Lambrecht. Dla mnie nie było już żadnego miejsca. W tym momencie tak naprawdę dano mi do zrozumienia, że jestem niepotrzebny. Postanowiono pozbyć się mnie i zerwać jednostronnie kontrakt, ale to część tego biznesu. A czy były kluczowe momenty, których może nie wykorzystałem? Na pewno! Nie jestem robotem. Koszykówka to sport zespołowy, nie chcę komentować obarczania mnie odpowiedzialnością za porażki zespołu.
Na tym etapie kariery, na którym jesteś aktualnie, gdzie widzisz swoje najmocniejsze i najsłabsze strony?
- Uważam, że jestem dobrym obrońcą. Oczywiście bywają sytuacje, z których nie jestem zadowolony i pewne piłki normalnie bym wybronił, ale nie ukrywajmy, że ciągle zgrywamy się także jako drużyna. Bardzo dobrze biegam i skaczę, jestem atletyczny. Ponadto bardzo dobrze wymuszam faule, wnoszę też dużo pozytywnej energii do zespołu. Wiele jest takich rzeczy, które niekoniecznie zapisują się w statystykach, ale trenerzy o tym wiedzą, widzą i to doceniają. Z kolei, mówiąc o słabszych stronach, w ostatnich miesiącach sporo pracowałem nad rzutem i myślę, że go poprawiłem. Wiem też, że trener mi ufa i chce, żebym częściej decydował się na rzuty, w tym za trzy punkty.
Bardzo cenię sobie też pana Michała Barana, dyrektora sportowego, z którym dużo rozmawiałem przed sezonem. On naprawdę we mnie wierzy, co mocno podnosi mnie na duchu. Mówi o moich zaletach, co jestem w stanie zrobić i jaki mam potencjał, a nie wadach, bo wiele osób mówi o tym, czego nie mam i czego nie potrafię. To zbudowało we mnie wiarę, której bardzo potrzebowałem. Jestem przekonany, że już wkrótce zaczniemy wygrywać i nasza sytuacja będzie coraz lepsza. Mocno w to wierzę.
Co jest najważniejsze dla skuteczności w rzutach z obwodu? Moment na ustabilizowanie pozycji rzutowej, czy chodzi tylko o zwykłą powtarzalność, aby złapać automatyzm w wycyrklowaniu długości?
- Myślę, że najważniejsza jest powtarzalność, która zawsze wynika z oddawania odpowiedniej ilości rzutów w warunkach meczowych. To po to, by złapać flow wynikający z wiary w swój rzut.
Jakim człowiekiem jest trener Edmunds Valeiko? Czujesz, że można pójść do niego z różnymi sprawami i pogadać? To komunikatywny szkoleniowiec, czy buduje dystans między sobą i zawodnikami?
- Trener Valeiko absolutnie skraca dystans. Trener sam mówi, że poza boiskiem jest naszym najlepszym przyjacielem. Można z nim porozmawiać o wszystkim i zachęca nas do kontaktu. Chce, aby na naszych twarzach były widoczne uśmiechy, a jak przychodzi trening i mecz, mamy być skupieni na zadaniu i koncentrować się na pracy. Najważniejsza dla niego jest dyscyplina. Uważam, że takie podejście trenera jest idealne w naszym sporcie, bo nie można być cały czas poważnym. Nawet była taka sytuacja, że zmienił mnie w meczu, usiadł obok, trochę mnie uspokoił i wyjaśnił mi parę spraw. Doceniam takie małe rzeczy, bo pracowałem już z wieloma trenerami, także z takimi, którzy wymagają cudów, odsuwają cię do końca meczu i najlepiej, jakbyś do ostatniej syreny nawet nie patrzył w ich stronę. A najgorsze jest stosowanie różnej miary do poszczególnych sytuacji meczowych i poszczególnych zawodników. Jednym graczom wolno seryjnie popełniać błędy, bez konsekwencji, a inni są oceniani znacznie surowiej. Nie dostają taryfy ulowej. Stosowanie różnych miar do oceny identycznych sytuacji meczowych i treningowych, takiej niekonsekwencji, nie lubię najbardziej. Bo to jest tak, że ciągle musisz się pilnować żeby nie popełnić błędu, co jest niemożliwe, a to paraliżuje i nie pozwala na rozwój, a jednocześnie widzisz, że koledze uchodzi to na sucho...
Personalnie to dla ciebie też taki sezon, w którym liczysz na duży przełom? To znaczy po tym, co wydarzyło się w ostatnim roku, potrzebujesz momentu zwrotnego w karierze?
- Tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Nie powiem, poprzedni sezon był dla mnie ciężki i po prostu liczę na to, że to już będzie ta zmiana, której tak potrzebuję. Z trenerem i całym zespołem dobrze mi się współpracuje i liczę, że tak będzie nadal. Nie czuję nadmiernej presji ze strony klubu i kibiców, czuję tu wsparcie i dobrą atmosferę. Tak przynajmniej odczuwam na ten moment. Bardzo cenię sobie też pana Michała Barana, dyrektora sportowego, z którym dużo rozmawiałem przed sezonem. On naprawdę we mnie wierzy, co mocno podnosi mnie na duchu. Mówi o moich zaletach, co jestem w stanie zrobić i jaki mam potencjał, a nie wadach, bo wiele osób mówi o tym, czego nie mam i czego nie potrafię. To zbudowało we mnie wiarę, której bardzo potrzebowałem. Jestem przekonany, że już wkrótce zaczniemy wygrywać i nasza sytuacja będzie coraz lepsza. Mocno w to wierzę.
Przed sezonem po cichu liczyliście, że jako beniaminek staniecie się "czarnym koniem" ekstraklasy. Tymczasem, na razie, z zerem po stronie zwycięstw, plasujecie się w dole tabeli. Jest duży powód do niepokoju?
- Początek sezonu nie układa się po naszej myśli. Mając przewagę parkietu w pierwszych pięciu meczach sezonu powinniśmy byli wygrać kilka z nich, szczególnie z Lublinem i Toruniem. Rozgrywki dopiero się zaczęły i na razie nie ma powodu do obawy, ale musimy robić wszystko co w naszej mocy, żeby zacząć falę zwycięskich meczów.
W tym roku minęło osiem lat, jak polska koszykówka poniosła niepowetowaną stratę z powodu śmierci twojego taty Adama Wójcika. Widziałem, że wiele klubów, w tym twój nowy, a także znane osoby nie zapomniały o dacie 26 sierpnia i oddały mu hołd. Dla ciebie to dzień, gdy serce mocniej zabije i wpadasz w nostalgię, czy wracają głównie najprzyjemniejsze wspomnienia?
- Wiesz, wtedy wraca wszystko, czyli chwile smutku, ale też wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa. Dodatkowo jakoś tak się składa, że w dniu rocznicy śmierci taty lub blisko tej daty zwykle mam mecz. I czuję presję, chcę zagrać dobrze i pragnę wygranej dla taty. Póki co zawsze w tym dniu jesteśmy górą, niemniej pojawia się dodatkowy stres. To nie są łatwe sprawy, bo wiadomo, że ten dzień nie przechodzi bez echa w całej koszykarskiej Polsce. Czuję wsparcie, wychodzą artykuły oraz posty w mediach społecznościowych. Jestem też wdzięczny, że klub z Krosna w tym roku opublikował wspomnienie o tacie. Nie spodziewałem się tego, bo dopiero co zostałem zawodnikiem tego klubu. Ale super, poczułem się świetnie.
Tych wszystkich dowodów, że ludzie pamiętają jednego z najlepszych koszykarzy w historii naszego kraju nie brakuje, wielu wciąż honoruje twojego tatę. Zapadł ci w pamięci jeden, szczególny dowód na uwielbienie Adama Wójcika?
- Wiele tego jest naprawdę… Co roku PZKosz i PLK, a także kluby, w których tata grał udostępniają wspomnienia o nim, jest otwierający sezon ligowy Superpuchar im. Adama Wójcika, w którym walczą najlepsze kluby poprzedniego sezonu, za co z mamą i bratem jesteśmy bardzo wdzięczni. Szczególne emocjonalne są dla nas wiadomości, te wpisy publiczne i prywatne, od kibiców. Tak, to mocno mnie wzrusza. Wiemy, że tata był podziwiany, dawał swoją grą dużo radości, ogrom emocji i ludzie o tym pamiętają. Dziękujemy za tą życzliwą pamięć!
A to piękna sprawa, takie wiadomości od fanów, którzy chodzili na mecze twojego taty.
- Bardzo często otrzymuję takie wiadomości, grając w różnych klubach. Najczęściej dostaję od nich także zdjęcia, na których uśmiechają się razem z naszym tatą. I często piszą: "ja mam zdjęcie z twoim tatą, a teraz moje dziecko będzie miało zdjęcie z tobą". To też jest megasprawa, jest mi wtedy miło i również się wzruszam. W zeszłym sezonie Szymon dostał od Unicaja Malaga przed meczem z Kingiem Szczecin zdjęcie taty z jego występów w tym klubie - dużo jest takich sytuacji i jest to przemiłe, że ludzie o nim pamiętają.
Kiedyś przeczytałem następujące zdanie o twoim tacie: "nieuleczalny optymista z wiecznym uśmiechem na twarzy".
- To piękne. Tak było, wszyscy to potwierdzają. Na każdą możliwą sytuację tata się uśmiechał, nie dało się go wyprowadzić z równowagi. I tak został zapamiętany. Ci, którzy go znali, mówią także, że był skromny, wyjątkowy i na swój sposób niepowtarzalny.
A jakim tatą był Adam Wójcik? Gdy odchodził, razem z bratem-bliźniakiem Szymonem byliście u progu pełnoletności.
- Mam wiele niezapomnianych momentów, związanych z tatą. Choć, muszę przyznać, że przez większość dzieciństwa taty niestety nie było, bo ceną uprawianego zawodu są właśnie nieustanne wyjazdy. Zwykle mieszkaliśmy tam, gdzie on grał, ale w ostatnich latach kariery, czyli naszej podstawówki i gimnazjum we Wrocławiu, taty nie było na co dzień. A jakim był tatą? Uśmiechniętym. Powiedziałbym, że czasami nawet "wkurzająco" uśmiechniętym, bo tu jakiś dramat mi się wydarzył, a on, dla rozładowania napięcia, zawsze miał pod ręką swoje żarciki. Wzrusza mnie, gdy o tym dzisiaj myślę. Zawsze wspierający, zawsze chciał pomóc i bez przerwy był gotowy, by uczestniczyć z nami w jakiejś aktywności. Zainteresował nas wieloma różnymi rzeczami, takimi jak technologia, filmy, gry, muzyka, a do tego aktywnościami fizycznymi. Nie był typem człowieka, który siedziałby na kanapie, tylko jak była okazja, a my z Szymonem mieliśmy jakiś pomysł, zawsze był chętny nam towarzyszyć. Mieliśmy w nim swojego kompana, na którego można było liczyć. Bardzo nam go brakuje.
Pewnego razu były zawodnik NBA Cezary Trybański przypomniał moment, jak Adam Wójcik przyprowadził was obu na zgrupowanie kadry. Pamiętasz swoją premierową obecność na obozie reprezentacji?
- Pierwszej nie. Natomiast pamiętam jeden moment, gdy wziął nas ze sobą, a selekcjonerem był Mike Tylor, który bodaj zaczynał swoją przygodę z kadrą. Sytuacja miała miejsce w Wałbrzychu, jest nawet zdjęcie, na którym jesteśmy w czwórkę. Odnośnie do wcześniejszych epizodów, to mama opowiadała mi, że któregoś razu, gdy zawodnicy już przestali trenować z piłkami, a zajęli się rozciąganiem, my z Szymonem chwyciliśmy za piłki i oni na nas patrzyli. Opowiadała, że to było po prostu śmieszne dla wszystkich, na zasadzie: "co oni wyprawiają?", bo ledwo chodziliśmy, a już piłki chcieliśmy dźwigać. Pamiętam jeszcze także współpracę taty w kadrze z trenerem Dirkiem Bauermannem.
Istotnie tata miał takie pragnienie, abyście z Szymonem waszymi koszykarskimi dokonaniami przebili te jego?
- Tak było, rzeczywiście. Nawet mówił, że pod względem talentu mamy go więcej od niego. Wiadomo, że czasy się zmieniły i do tej pory mieliśmy różne przygody. Wciąż nie stanęliśmy blisko, żeby go pobić z jego osiągnięciami, ale jeszcze kawał kariery przed nami. Szymon jest teraz na Węgrzech, w dobrym zespole Falco-Vulcano Energia KC Szombathley. Myślę, że zdobędzie tam mistrzostwo, czego mu oczywiście życzę. Ja jakieś mniejsze osiągnięcia w Polsce mam, ale na tym absolutnie nie chcę poprzestawać. Oczywiście jest ciężko doścignąć jego osiągnięcia, ale każdy z nas ma swoją drogę i robimy wszystko, co możliwe, by wykorzystać swoje talenty. Przede wszystkim ciężko pracujemy.
Innymi słowy, pozostawił was z zadaniem.
- I tak, i nie. Nie wywierał na nas presji. Oboje z mamą zawsze mówili, że edukacja przede wszystkim. Tata zawsze w nas wierzył, a zadaniem nam wyznaczonym było, żebyśmy się rozwijali. Nawet mówił, że gdy patrzy na to, jak gramy, za każdym razem czuje się tak, jakby sam był na boisku. Sprawiliśmy mu wielką radość tym, że poszliśmy w jego ślady.
Jakim tatą był Adam Wójcik? Uśmiechniętym. Powiedziałbym, że czasami nawet "wkurzająco" uśmiechniętym, bo tu jakiś dramat mi się wydarzył, a on, dla rozładowania napięcia, zawsze miał pod ręką swoje żarciki. Wzrusza mnie, gdy o tym dzisiaj myślę. Zawsze wspierający, zawsze chciał pomóc i bez przerwy był gotowy, by uczestniczyć z nami w jakiejś aktywności.
Czego nauczyłeś się od taty, patrząc na heroiczną walkę, którą toczył z bardzo ciężką chorobą w ostatnim okresie życia?
- (chwila ciszy) Przede wszystkim, aby nigdy się nie poddawać. To jest lekcja numer jeden, bo tata walczył do ostatnich chwil. Ale też tego, że nieważne w jak słabej i trudnej sytuacji jesteś, nie ma powodu, by się nie uśmiechać. Nawet w szpitalu się uśmiechał. Gdy go odwiedzaliśmy, zawsze był uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony i szczęśliwy, że przyjeżdżamy. Nigdy nie narzekał! Tym mi pokazał, że w każdej sytuacji można znaleźć powód do szczęścia. Dodatkowo mam w pamięci pewne słowa od taty, ale są one na tyle osobiste i rodzinne, że pozostawię je dla siebie.
Razem z bratem stworzyliście markę odzieżową "Ugly kiddos". Macie ambicję, by mocno rozwijać drugą nogę waszej aktywności, czy to tylko sposób na wypełnienie wolnego czasu poza koszykówką?
- Marka powstała rok temu i jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak to wyszło. Marka jest wciąż w fazie eksperymentalnej, ale ostatecznie jesteśmy mega zadowoleni z tego, ilu jest klientów i jakie zainteresowanie. Działamy przez Instagrama, sprzedajemy bezpośrednio na eventach i dzięki temu mamy od razu tzw. feedback. We wzornictwie celujemy w lata 90. i kolejną dekadę, nasze designy nie są nowoczesne, tylko - używając nieco branżowej nazwy - skateboardowe. Testujemy zainteresowanie, uczymy się, wszystko robimy sami i mamy ambicje rozwijać asortyment i jakość naszej oferty. Jest to projekt, który z pewnością będziemy rozwijać. Studiowałem media kreatywne, czyli projektowanie 3D, tworzenie gier i efekty wizualne. Wiedzę tam zdobytą wykorzystuję do projektowania wzorów ubrań. Teraz kończę studia magisterskie z Zarządzania Projektami, Szymon już uzyskał tytuł magistra z tej specjalizacji i dużo więcej czasu poświęca na zarządzanie od strony biznesowej. Wierzymy, że w najbliższym czasie uda nam się znaleźć czas na profesjonalizację marki.
Dlaczego taka nazwa? Jej dosłowność w tłumaczeniu "brzydkie dzieciaki" ma tu znaczenie?
- A tak (śmiech). Razem z Szymonem kiedyś mówiliśmy do siebie, że jesteśmy brzydcy, jako dzieciaki przedrzeźnialiśmy się na zasadzie "ty jesteś brzydki", a drugi odpowiadał "nie, to ty jesteś brzydki". A biorąc pod uwagę, że jesteśmy bliźniakami, tak do siebie podobnymi, brzmiało to absurdalnie. W każdym razie śmieszyło bardzo naszych rodziców. Już dawno temu wymyśliliśmy tę nazwę, zresztą jedna z naszych grup w social mediach z kumplem z Francji nazywa się dokładnie tak samo.
Rozmawiał Artur Gac












