Reklama

Reklama

Koszykówka. Marcin Dutkiewicz: Koronawirus to nic w porównaniu z tym, co przeszedłem

Gdy Marcin Dutkiewicz usłyszał, że ma nowotwór złośliwy jądra, czarna kotara zasłoniła mu oczy...

Maciej Słomiński, Interia: Grasz w lidze koszykarskiej już prawie 20 lat. Patrząc na twoje statystyki, a na tym opiera się koszykówka i w ogóle sporty zespołowe, pracodawca wiedział czego się spodziewać - około 10 punktów i 4 zbiórek.

Reklama

Marcin Dutkiewicz, koszykarz: - Gdyby ktoś czytał dziś encyklopedie, moje zdjęcie byłoby pod hasłem: "solidny ligowiec". Każdy klub to osobny rozdział w życiu. Osiem lat temu wyjechaliśmy z żoną z Warszawy do Koszalina. Kawał drogi, tam się urodziła nasza córka Gabrysia, która teraz chodzi, a właściwie nie chodzi, do pierwszej klasy. Spędziłem łącznie cztery lata w Słupsku, do którego mam spory sentyment. W Szczecinie poznałem fantastyczne miasto i świetnych ludzi. Dwa lata w Lublinie były najlepsze pod względem statystyk. Na osiem klubów, w których grałem, o sześciu mogę się wypowiadać się w superlatywach.

Wspomniałeś o encyklopedii. Myślałem, że pod "Zielony" znajdę koszykarską legendę Śląska Wrocław, Maćka Zielińskiego. Okazuje się, że nosisz identyczny pseudonim.

- Gdy zaczynałem trenować w Polonii Warszawa dojeżdżałem na treningi z miejscowości Zielonka. Trener podłapał i zaczął na mnie wołać "Zielony". Na początku bardzo mi się to nie podobało, ale po pół roku wszyscy tak do mnie mówili. Tak zostało do dziś. Doszło to do tego, że gdy żona mówi mi po imieniu, wówczas wiem że muszę lecieć do kwiaciarni, inaczej będą kłopoty.

Ubiegły sezon spędziłeś w Słupsku na drugim poziomie ligowym.

- Na co dzień mieszkam w Sopocie, chciałem być blisko od domu. Gdy grałem w Lublinie 600 kilometrów od bliskich, widywaliśmy się przez pół dnia raz na dwa tygodnie. Tego chciałem uniknąć.

Tyle lat jesteś w lidze, pewnie dojeżdżasz na treningi do Słupska nową Panamerą.

- Aż tak się nie dorobiłem, dojeżdżam pociągiem. Bezpieczniej i punktualniej, dwie godziny i jestem. Raz, w Gościcinie pod Wejherowem na trakcję spadło drzewo i nie dotarłem na mecz sparingowy. Ale ogólnie bardzo chwalę sobie ten środek lokomocji. Jedzenie w pudełko, kawa w termos, książka pod pachę, Netflix na telefonie.

Śledzącym rozgrywki ligowe w Polsce, Słupsk bezwzględnie kojarzy się z koszykówką. Co się musi stać, by Czarni powrócili na najwyższy szczebel rozgrywek?

- Mówi się, że pieniądze nie grają, ale na pewno pomagają osiągnąć sukces w sporcie. W Słupsku klub jest zorganizowany na świetnym poziomie, brakuje tylko finansów. Jest litewski trener Mantas Česnauskis, który wcześniej grał w Czarnych 10 lat, od podszewki zna klub. Jest Michał Jankowski, który jest prezesem, wielkim pasjonatem koszykówki. Były momenty, że nosił nam na trening wodę na plecach, człowiek bardzo zaangażowany w pracę. W tym sezonie byliśmy przekonani, że wywalczymy awans. Nikt się nie spodziewał ataku koronawirusa, który zakończył sezon. Poszedł za tym odpływ sponsorów, ucierpiała wypłacalność. Szkoda, bo zajmowaliśmy drugie miejsce za Górnikiem Wałbrzych, jestem przekonany że podjęlibyśmy walkę jak równy z równym w play-offach. Często w przeszłości pomagała Hala "Gryfia", która teraz w I lidze też bywała pełna. Miasto żyje koszykówką i jej potrzebuje. Teraz się wszystko zatrzymało, wszyscy czujemy się jak w filmie, tylko nie wiemy jakie będzie zakończenie. Mam to szczęście, że jestem w domu z rodziną. Wybuch pandemii kilku amerykańskich koszykarzy zastał w Gliwicach, mieszkają w hotelu, z którego nie mogą się ruszyć.

Jeśli chodzi o zdobycze punktowe, najlepszy okres notowałeś w Starcie Lublin. I nagle grom z jasnego nieba: złośliwy nowotwór jądra. Pamiętasz ten moment? Co wtedy czułeś?

- To był październik. Mieliśmy grać pierwszy mecz sezonu z Legią Warszawa, a ja w czwartek po treningu poczułem zgrubienie na jądrze. Na początek to zbagatelizowałem, ale potem coś mnie tknęło, żeby pójść na prywatną konsultację do urologa. Fizjoterapeuta Startu, Kuba Majewski skierował mnie gdzie trzeba. Dwa dni po meczu z Legią przyszła diagnoza: jak najszybciej do operacji, jeszcze dzisiaj, każda godzina na wagę złota. Dziś w dobie pandemii czujemy się jak na filmie, a co dopiero wtedy. Jakby czarna kotara mi spadła na oczy. Jak najszybciej zadzwoniłem do żony, ona nie chciała wierzyć. Wszystko w sekundę się zmieniło. To trzeba przeżyć, by wiedzieć o czym mówię. Albo mieć bardzo bujną wyobraźnię. We wtorek byłem na oddziale onkologii szpitala w Lublinie. W środę rano operacja. Kilka dni później mogłem jako pasażer pojechać autem do domu. Okazało się, że był to nowotwór złośliwy, ale w bardzo wczesnym stadium. Były dwie opcje leczenia: chemioterapia, ale wtedy wiedziałem że nie wrócę do grania oraz metoda zachowawcza - co dwa miesiące badania krwi, USG, tomokomputer i rentgen całego ciała. Wybraliśmy drugą opcję, do teraz jestem pod opieką lekarzy, sprawdzam się co pół roku czy 9 miesięcy.

Mówiłeś w jednym z wywiadów, że po operacji "przez 7-8 tygodni siedzenia w domu, kłębiły się w głowie różne myśli". O czym wtedy myślałeś?

- O tym czy przeżyję. Doktor Michał Jaśkiewicz, który przeprowadzał operację, wiedział od razu że to jest nowotwór złośliwy. Czekaliśmy, czy będą przerzuty? Koszykówkę kompletnie odłożyłem na bok. Po kilku tygodniach gdy wyniki było w porządku, lekarze powiedzieli, że najgorsze za mną, że mogę powoli wracać do treningów. Ogromny kamień spadł mi z serca. Nigdy nie zapomnę o tych kilku tygodniach niepewności.

Jesteś w tej dobrej sytuacji, że twoja żona jest psychologiem.

- Wtedy przyjechała z Trójmiasta do Lublina w pięć godzin. Nie chcę nawet myśleć co działo się po drodze. Napędzał ją strach o mnie i rodzinę, była przy mnie przed i w czasie operacji. Potem trzymała mnie w ryzach w trakcie dochodzenia do siebie. Możesz mieć fizyczność, ale gdy głowa nie dojeżdża, wszystko na nic.

Teoretycznie psycholog nie powinien pomagać nikomu kogo zna.

- Moja żona zna mnie jak ja sam siebie, trudno żeby pomagał mi kto inny. Stawiała przede mną cele pozytywne, że choroba po coś jest, żeby wziąć coś z niej dla siebie. Gdyby nie ona, nie wiem  czy bym dał radę. Gdy to wszystko się skończyło, zobaczyłem jak bardzo jest wykończona. Dawała z siebie 110%. Poza tym dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, była i tatą i mamą.

Rozmowa nie jest o mnie i odpukać nie byłem poważnie chory - gdy byłem po raz pierwszy świadkiem porodu, wszystko mi się przewartościowało i zrozumiałem, że kobiety są silniejsze od nas.

- Są, bez dwóch zdań. Mimo, że my jesteśmy więksi, silniejsi, to kobiety mają mocniejszą psychikę. Są lepiej zorganizowane. Moja żona ogarniała dom, dzieci, szkołę, zakupy i jeszcze własną pracę, gdy ja grałem w Lublinie dwa lata i rok w Szczecinie. Gdybym miał robić 60% tego co ona, doba byłaby za krótka.

Jak z twoją przygodą koszykarską? Kończysz karierę?

- Nie! Dobrze się czuję, myślę że jeszcze spokojnie 2-3 lata chciałbym pograć. Zobaczymy czy koszykówka przetrwa. Obecna sytuacja pokazuje, że nie ma co planować, przyszłość jest niepewna.

Rozumiem, że obecnie nie patrzysz co pięć minut na telefon czy jest oferta grania na przyszły sezon.

- Nie myślę o koszykówce, cieszę się rodziną. Znaleźliśmy się w sytuacji bez precedensu. Jestem zdania, że wszystko dzieje się po coś. Być może ta pandemia sprawi, że ludzie zaczną się bardziej szanować, mniej jedzenia wyrzucać? Pamiętam paraliżujący mnie strach w oczach najbliższych. Pandemia koronawirusa kiedyś się skończy. Nie chcę wartościować co jest gorsze, ale gdyby nie szybka akcja półtorej roku temu, teraz byśmy nie rozmawiali. To że teraz musimy siedzieć w domu, nie jest dla mnie żadną karą w porównaniu do tego co przeszedłem.

Aż dziwne, że nie zostałeś jeszcze twarzą akcji "Movember", gdy zapuszcza się wąsy "dla jaj". Chodzi o promocję profilaktyki nowotworowej.

- Czekam na oferty (śmiech).

Rozmawiał Maciej Słomiński

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Dutkiewicz | koronawirus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje