Jarosław Jankowski, szef Legii Warszawa: Koparki na Skrze ważą więcej niż złoto
- Bardzo trudny rynek Polaków w PLK jest faktem i borykają się z nią wszystkie czołowe kluby, nie tylko Legia. My jednak odrobiliśmy lekcje i zabezpieczyliśmy polski skład znacznie wcześniej. Utrzymanie całej naszej struktury kosztuje mnóstwo pieniędzy, ale od początku chcieliśmy budować stabilny, wielki klub, a nie tylko "skład na jeden sezon" - mówi Jarosław Jankowski, współwłaściciel Legii Warszawa.

Karol Wasiek: Przejrzałem nasz wywiad z 9 kwietnia. Wtedy mocno pan komplementował Michała Fałkowskiego, który wszedł do struktur klubu, poszerzając dział marketingowo-medialny. Po 2-3 miesiącach od tej rozmowy te słowa są już nieaktualne, bo Michał udał się do Anwilu Włocławek. Jak do tego doszło i jak pan to komentuje?
Jarosław Jankowski, współwłaściciel Legii Warszawa: Życie pisze różne scenariusze, nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Michał przyszedł i bardzo poprosił o możliwość powrotu do Włocławka. Dostał propozycję pracy w Anwilu. Pochodzi stamtąd, doszła nowa rola w klubie, ale także ważne były kwestie rodzinne. Jego rodzina została we Włocławku, a takie rozłąki bywają trudne. Te kilka miesięcy współpracy oceniam bardzo dobrze, rozstajemy się w bardzo dobrych relacjach. W żartach mówiłem do Michała, że to był bardzo udany dla obu stron trzymiesięczny Erasmus (śmiech). Nie ma co dorabiać do tego wielkiej ideologii czy teorii spiskowych. Nie ma ludzi niezastąpionych, to dotyczy każdego z nas, ze mną włącznie.
Czy jest u pana rozczarowanie faktem, że ta współpraca trwała tak krótko? Domyślam się, że budował pan tę strukturę z myślą o znacznie dłuższej perspektywie.
- Oczywiście, że nie zatrudniałem Michała na kilka miesięcy. Jakiś tam problem to rodzi, bo znowu musimy odpalić proces rekrutacji i wdrożyć nową osobę. Nawet się trochę śmiałem, bo na jednej z pierwszych rozmów Michał pytał mnie, dlaczego w naszym media-teamie jest tak duża rotacja. Teraz mu to pytanie wypomniałem: "sam pytałeś, dlaczego ludzie odchodzą, a po czym sam robisz to samo". To oczywiście w żartach. Takie jest życie. Miało to wyglądać inaczej, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Jest już ktoś na oku?
- Proces poszukiwań trwa. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, mamy zaplanowanych kilka rozmów z ludźmi, którzy profilowo nam pasują. Temat jest otwarty, a okres na szukanie jest teraz dobre - w klubie jest teraz odrobinę mniej bieżącej pracy operacyjnej, więc możemy spokojniej przeprowadzić ten proces.
Czy mocno braliście pod uwagę start w rozgrywkach Eurocup?
- Tak. To był poważny temat. EuroCup patrzył na nas z dużym zainteresowaniem, a rozmowy zaszły naprawdę daleko. Kiedy zaczynaliśmy negocjacje, nie wiedzieliśmy jeszcze, jak skończymy play-offy, a chcieliśmy grać albo BCL albo w EuroCup. Druga, kluczowa sprawa: długo nie było pewności, czy Polska otrzyma bezpośrednie miejsce w fazie grupowej Basketball Champions League (BCL). Pierwsze oficjalne stanowisko FIBA zakładało, że dostaniemy tylko eliminacje. Gdybyśmy mieli wybierać: eliminacje w BCL albo pewna grupa w Eurocupie, na pewno poszlibyśmy w kierunku Eurocupu.
Czyli dobrze odczytuję, że gdyby Legia powiedziała "tak", to miejsce w Eurocupie by na was czekało?
- Gwarancji na piśmie nikt nam nie dał, ale miałem poczucie, że to mógłby być realny scenariusz.
Gdzie ewentualnie Legia grałaby mecze w tych rozgrywkach? Eurocup ma jednak inne, bardziej rygorystyczne wymogi infrastrukturalne niż rozgrywki FIBA.
- Wymogi infrastrukturalne Eurocupu są akurat bardzo zbliżone do tych w BCL, więc byśmy sobie z tym poradzili.
Dlaczego finalnie znaleźliście się w BCL? Jak wyglądały kulisy całej sytuacji?
- Wiemy, jak wygląda europejska koszykówka. Do samego końca trwają przetasowania w pucharach pod egidą FIBA i Euroligi, ale powiem coś nieoczywistego, o czym trzeba mówić głośno. Moim zdaniem gigantyczny wpływ na to, że Polska dostała ostatecznie bezpośrednie miejsce w grupie BCL miały niedawne Mistrzostwa Świata 3x3 w Warszawie. Organizacja zrobiła na przedstawicielach FIBA piorunujące wrażenie. Infrastruktura, stolica, klimat - to wszystko zagrało. Takie detale budują wizerunek kraju i procentują przy późniejszych decyzjach gabinetowych.
To mnie pan zaskoczył. Nie sądziłem, że koszykówka 3x3 może mieć przełożenie na 5x5. Choć z drugiej strony - tu i tu rządzi FIBA.
- Dokładnie tak. Ludzie, którzy przyjechali do Warszawy na turniej 3x3, później decydują, komu przyznać wolne miejsca w np. w grupie BCL.
Czy jako szef dużego klubu, dwukrotnego mistrza Polski z rzędu, dąży pan do tego, żeby wywalczyć stałe, długoterminowe porozumienie z renomowanymi rozgrywkami europejskimi, zamiast co sezon żyć w niepewności?
- To na pewno by nam mocno pomogło. Przez swój background piłkarski uważam, że system z futbolu, gdzie nie ma dwóch skonfliktowanych federacji jest o niebo lepszy. Przystępujesz do ligi krajowej i dokładnie wiesz, o co bijesz się na boisku. W koszykówce tego komfortu brakuje. Mistrz Polski do końca nie wie, gdzie zagra. Ale to jest też nasza wspólna odpowiedzialność. Musimy w tej Europie regularnie grać i wygrywać, żeby zacząć znaczyć coś więcej.
Przejdźmy do spraw transferowych. Zacznijmy od Andrzeja Pluty. Tuż po zakończeniu sezonu pojawił się komunikat, że odchodzi do Basquet Girony. Czy wiedzieliście o tym wcześniej? Czy Legia złożyła mu ofertę przedłużenia kontraktu?
- Rozmawialiśmy i doskonale wiedzieliśmy, co się święci. Wiedzieliśmy, że Andrzej wybiera kierunek hiszpański. On był po prostu nie do zatrzymania i to nie była kwestia finansów. Pod względem finansowym bylibyśmy w stanie zaoferować mu tyle samo, a nawet przebić Hiszpanów. Ale dla rozwoju Andrzeja transfer do ACB - najlepszej ligi w Europie - to spełnienie marzeń. Z tym nie mogliśmy konkurować. W Polsce osiągnął już absolutnie wszystko: dwa mistrzostwa z rzędu, MVP sezonu zasadniczego, MVP finałów. Żeby pójść do przodu, musiał zmienić ligę na silniejszą.
Andrzej był graczem z ogromnym potencjałem, który wszyscy widzieli, ale nigdzie wcześniej nie potrafił odpalić tak spektakularnie jak u nas. Te dwa lata w Legii to był dla niego idealny czas i idealne miejsce, by jego kariera wskoczyła na poziom adekwatny do jego talentu. Cieszę się, że tak się stało. Bardzo trzymam za niego kciuki.
Czy zdradzi pan, co sobie powiedzieliście na sam koniec?
- Dużo było tam wątków osobistych. Może kiedyś o tym opowiem ale nie teraz. Najważniejsze, że podziękowaliśmy sobie z całego serca. My Andrzejowi za dwa tytuły i świetną grę, on nam za stworzenie warunków do rozwoju jego kariery.
Chciałbym zapytać o słowa z wywiadu dla Polsatu po zdobyciu mistrzostwa Polski. Powiedział wtedy: "Ja mam Heiko i Aarona, i ja się w transfery nie wtrącam". To było mocne stwierdzenie.
- Bo taka jest prawda. Moją rolą jest stworzenie odpowiednich warunków finansowych i organizacyjnych dla ludzi, którzy zjedli zęby na sporcie. Nie zamierzam wchodzić w ich kompetencje i palcem wskazywać zawodników, których mamy zatrudnić. To nie jest moja rola. Oczywiście jestem na bieżąco informowany o ruchach, rozmawiamy o profilach koszykarzy, ale decyzja o tym, kogo ostatecznie podpisujemy - w ramach zatwierdzonego budżetu - leży po ich stronie.
Trzeba przyznać, że zatrudnienie Aarona Cela w roli dyrektora sportowego okazało się strzałem w dziesiątkę.
- Absolutnie tak. I tutaj akurat nieskromnie powiem, że to był mój autorski pomysł, ja od dawna widziałem ogromną potrzebę posiadania takiego człowieka w strukturach klubu i mocno do tego dążyłem. Bardzo się cieszę, że udało się z Aaronem porozumieć. To nie było takie oczywiste, bo on przecież cały czas grał na dobrym poziomie, spokojnie mógł jeszcze pobiegać po parkietach PLK, biorąc pod uwagę rynek aktualny polskich graczy (śmiech). Cieszę się, że zdecydował się zawiesić buty na kołku i tak dobrze odnalazł się w gabinetach menedżerskich.
Jak ocenia pan jego pracę z perspektywy czasu? Dlaczego jest tak skuteczny w swoich wyborach kadrowych?
- Porównałbym drogę Aarona do tej, którą przebył Andrzeja Pluta. Aaron niesamowicie rozwinął się na tym stanowisku. Pierwszy rok to była twarda szkoła i mnóstwo nauki. Dziś już mało kto pamięta, jak burzliwy to był czas - zmiana trenera, potężna rotacja w składzie, trudne sytuacje pozasportowe. A jednak skończyło się mistrzostwem Polski. Drugi sezon pokazał, że Aaron i cały sztab wyciągnęli wnioski. W trakcie rozgrywek dokonaliśmy de facto tylko jednej korekty - wymiana Bena Shungu na DJ Brewtona. Przyjście Carla Ponsara było spowodowane wyłącznie urazem Race'a Thompsona na początku sezonu, a nie tym, że ktoś sportowo zawiódł. Jedna korekta i obrona tytułu - to pokazuje świetną skuteczność duetu Aaron - Heiko Rannula. Wiem, że nie da się seryjnie zdobywać mistrzostwa co roku, ale Aaron jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.
Mocno wam się zmienia konstrukcja polskiej rotacji, a mówi pan o bardzo trudnym polskim rynku transferowym. Jak połączyć te dwa elementy?
- Bardzo trudny rynek Polaków w PLK jest faktem i borykają się z nim wszystkie czołowe kluby, nie tylko Legia. My jednak odrobiliśmy lekcje i zabezpieczyliśmy polski skład znacznie wcześniej. Naszym celem numer jeden był Szymon Tomczak, którego bardzo chcieliśmy i udało się go podpisać z wyprzedzeniem. Dzięki temu dziś śpimy spokojniej. Zostaje Michał Kolenda, jest Wojtek Tomaszewski, teraz przyszedł Jakub Andrzejewski. Do tego dochodzi nasza utalentowana młodzież z Błażejem Czaplą na czele, który ma już przecież ekstraklasowe doświadczenie. Jesteśmy spokojni.
Czy kibice mogą spodziewać się jeszcze jakiegoś głośnego nazwiska z polskim paszportem?
- W 100% nigdy nie powiem "nie", bo na rynku zawsze może pojawić się jakaś ciekawa opcja, ale na ten moment temat Polaków uważam za zamknięty. Całą energię i środki przekierowujemy na rynek zagraniczny. Tam jest teraz najwięcej pracy do wykonania.
Czy Legia jest blisko zatrzymania kogokolwiek z obcokrajowców z mistrzowskiego składu? Czy jest jednak trochę tak, że Legia jest teraz zakładnikiem własnego sukcesu?
- Sukces ma swoją cenę i zawsze trzeba skrupulatnie ważyć budżet. Kilku zawodników z poprzedniego sezonu otrzymało od nas oficjalne oferty przedłużenia umów. Na pewno nie zostanie z nami Carl Ponsar. Carl czuł się w Warszawie znakomicie, ale jego wielkim marzeniem był powrót do Pro A i to się właśnie dzieje. To zresztą kolejny świetny przykład na to, jak Legia promuje graczy - wyciągnęliśmy chłopaka z Pro B, daliśmy szansę, a dzięki dobrej grze u nas dostał teraz kilka świetnych ofert z francuskiej elity. Co do reszty zawodników - propozycje leżą na stole, decyzje powinny zapaść na dniach.
W tym gronie są Brewton i Thompson?
- Pomidor (śmiech). Rozmowy kontraktowe lubią ciszę i spokój. Jak będziemy mieli podpisy, natychmiast o tym poinformujemy. Cały czas pracujemy też nad budżetem, chcemy skonsumować ten sukces sportowy w rozmowach z obecnymi i nowymi sponsorami.
Walka o trzecie mistrzostwo z rzędu będzie piekielnie trudna, ale podejmiemy rękawicę. Druga sprawa to Europa. Tutaj mamy ogromny niedosyt. Brak wyjścia z grupy w Lidze Mistrzów, mimo że byliśmy o włos, uważam za naszą największą porażkę ubiegłego sezonu. Chcemy to naprawić.
Czy jest szansa na to, że budżet Legii na nowy sezon przebije barierę 15 milionów złotych?
- Powiem tak: w przypadku takiego klubu jak Legia przerzucanie się kwotami typu 10, 15 czy 20 milionów nie ma większego sensu. Jesteśmy ogromną organizacją. Kibica nie powinno interesować, ile wynosi cały budżet spółki, tylko ile realnie wydajemy netto na kontrakty zawodników, bo to jest jedyny wskaźnik, który można rzetelnie porównywać między klubami w lidze. Utrzymanie całej naszej struktury dużo waży w naszym budżecie, ale od początku chcieliśmy budować stabilny, wielki klub, a nie tylko "skład na jeden sezon". Dokładną strukturę budżetu poznamy po jego ostatecznym zamknięciu.
Chciałbym powiedzieć, że sezon 2025/2026 był dla nas niesamowicie udany na wielu płaszczyznach, nie tylko tej pierwszej drużyny. Ostatnio robiliśmy wewnętrzny podsumowanie: mamy złoto w PLK i wygraną rundę zasadniczą, mamy mistrzostwo Polski juniorów, a do tego dorzuciliśmy Mistrzostwo Polski w koszykówce 3x3. To pokazuje, że projekt Legia Kosz rozwija się kompleksowo. Warto też dodać, że według raportów byliśmy najbardziej medialnym klubem w całej lidze, co jest bardzo ważnym argumentem w rozmowach ze sponsorami.
Na koniec przewrotne pytanie: co bardziej pana ucieszyło - wjazd koparek na teren Skry czy drugie z rzędu Mistrzostwo Polski?
- Świetne pytanie, z gatunku tych trudnych. Myślę, że emocjonalnie i sportowo nic nie przebije mistrzostwa, bo to jest kwintesencja sportu. Jednak patrząc długofalowo - te koparki na Skrze ważą znacznie więcej dla przyszłości i stabilizacji całego klubu. To fundament pod to, kim Legia ma być za kilka lat.







![Piłka nie chciała spaść. Najdłuższe wymiany meczu Polska - Brazylia [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C52O3ERO17U-C401.webp)



![Semeniuk błyszczał na parkiecie. Te akcje warto zobaczyć [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N2C3Q0AGGUVY7-C401.webp)
