Francuz wychwala polskiego trenera. "Magik"
Powrót Milana Barbitcha okazał się kluczowy dla losów serii AMW Arki Gdynia ze Śląskiem Wrocław. Francuz, który przed play-off nabawił się kontuzji stawu skokowego, wychwala pod niebiosa trenera Huberta Śledzińskiego. Ten pomógł mu stanąć na nogi, używając do tego niekonwencjonalnych metod.

W serii ćwierćfinałowej pomiędzy AMW Arką Gdynia a Śląskiem Wrocław remis 2:2. Gdynianie, podopieczni Mantasa Cesnauskisa, doprowadzili do wyrównania, wygrywając dwa ostatnie spotkanie. Duża w tym zasługa Milana Barbitcha, który wrócił do gry... po kontuzji stawu skokowego. To właśnie Francuz wykonał najważniejszą akcję w środowym spotkaniu. Nam relacjonuje, jak z jego perspektywy wyglądały ostatnie sekundy w tym meczu. Opisuje też powrót do zdrowia i pracę, jaką wykonał Hubert Śledziński, trener od przygotowania motorycznego.
Karol Wasiek: Jak z twojej perspektywy wyglądała końcówka tego meczu?
Milan Barbitch, zawodnik AMW Arki Gdynia: Oczywiście po tym jak wyszliśmy na dwupunktowe prowadzenie byłem szczęśliwy, ale wiedziałem, że na zegarze zostały dwie sekundy. W koszykówce to szmat czasu. Miałem świadomość tego, że mecz jeszcze się nie zakończył.
Czy to były najdłuższe dwie sekundy w twoim życiu?
- Tak, zdecydowanie. Kiedy sędziowie sprawdzili rzut Nuneza i okazało się, że nie był w czasie, wtedy poczułem ogromną radość. Jestem dumny z zespołu. Mamy wielkie serca. Cały mecz był szalenie ciężki, goniliśmy wynik. Jestem bardzo wzruszony, ale praca nie jest jeszcze wykonana. Mamy przed sobą mecz nr 5, ale myślę, że będziemy gotowi. Wywrzemy na nich dużą presję.
Jaki był plan na akcję, w której zdobyłeś ostatnie punkty w meczu? Czy tak to zaplanował trener, czy to była twoja inicjatywa?
- To był mój plan. Po prostu celowaliśmy w - w tym momencie - najsłabszego obrońcę w ich ustawieniu. Nim był akurat Jakub Nizioł. Czekałem na odpowiedni moment i potem zagrałem jeden na jeden. Wyszło dobrze. Prosta akcja: izolacja na Nizioła i tyle. W play-off liczy się celowanie i dopasowanie.
Zabawne jest to, że wy rywalizowaliście we Francji w poprzednim sezonie.
- Tak, graliśmy przeciwko sobie we Francji, ale nie załapałem tego od razu. Ludzie z Francji pisali do mnie: "Hej, to ten gość, który grał w La Rochelle!". I wtedy wszystko sobie przypomniałem. To zabawne zrządzenie losu.
Jak go oceniasz? Macie z nim sporo problemów w tej serii.
- Jest naprawdę świetny. Bardzo twardy zawodnik, doskonały strzelec. Jest wszechstronny, wysoki, potrafi na boisku mnóstwo rzeczy.
W trakcie wywiadu przechodził trener Mantas Cesnauskis, który w żartach rzucił, że jesteś gwiazdą. Tak się czujesz?
- W żadnym wypadku! Absolutnie nie. Nie jestem żadną gwiazdą. Po prostu wziąłem na siebie odpowiedzialność i tyle. Trener mi ufa, a ja staram się to zaufanie spłacać. Te wszystkie gadki o gwiazdach to jakieś bzdury.
Jak z twoim zdrowiem?
- Było naprawdę ciężko. W pierwszym meczu nie mogłem nawet zmienić kierunku biegu, nie mogłem wyskoczyć. W środę na początku też było ciężko, ale w pewnym momencie powiedziałem sobie: "chrzanić to". Mam świadomość, że to najprawdopodobniej ostatnie mecze tego sezonu i muszę dać z siebie wszystko. Nie powiem, że moja kostka jest w świetnym stanie, ale dałem z siebie 100%. Jeśli przez to nie będę mógł normalnie trenować latem, trudno, przeżyję to.
Na ile w powrocie do zdrowia pomógł ci Hubert Śledziński, trener od przygotowania motorycznego?
- To prawdziwy magik. Przez pięć dni po kontuzji pracowałem tylko z nim, bo nie mogłem trenować z zespołem. Wykonał niesamowitą, wręcz nieprawdopodobną robotę. Dlatego teraz nazywam go magikiem. Szczerze? Gdyby go tu nie było, prawdopodobnie w ogóle nie zagrałbym w ostatnich dwóch meczach. Jest niesamowity.
Czuję, że on chce mi pomóc. Doceniam jego pracę i zaangażowanie. Bardzo mi pomógł, ale do niczego mnie nie zmuszał. Dużo pracowaliśmy razem. Jest niezwykle kompetentny, wie co robi. Jestem szczęśliwy, że z nim współpracuję.
Jak oceniasz rywalizację ze Śląskiem, zespołem z poziomu EuroCup?
- Szczerze? Nie myślę o tym. Mogą być zespołem z EuroCupu, ale w ogóle nie czujemy z tego powodu strachu. Dominują nas fizycznie, mają dłuższą ławkę, to prawda. Dlatego my staramy się być mądrzejsi. Mamy w zespole sporo doświadczonych graczy - Kamil, Adam, Zyzio czy Kuba. Staramy się uderzać w ich słabości. Gramy mądrzej. Próbujemy wymusić grę pięciu na pięciu w ataku pozycyjnym, bo jeśli wciągną nas w otwartą grę i tranzycję, będzie bardzo ciężko. Ale czy robi na mnie wrażenie, że to drużyna z EuroCupu? Nie ma to dla mnie znaczenia. Myślę, że wszyscy w zespole tak do tego podchodzimy.












