Reklama

Reklama

Energa Basket Liga. Skibniewski: Wiem, jakim trenerem... nie chcę być

Robert Skibniewski, który od półtora miesiąca jest szkoleniowcem Polpharmy Starogard Gdański. i poprowadził zespół do trzech zwycięstw z rzędu, z entuzjazmem opowiada o pierwszej samodzielnej pracy. - Cały czas się uczę, ale już wiem, jakim trenerem... nie chcę być - podkreślił.

Polska Agencja Prasowa: Sezon rozpoczął pan w roli asystenta Alessandro Magro w Dąbrowie Górniczej. Skąd pomysł na rzucenie się na głęboką wodę, czyli przejście do Polpharmy, która do tego po dwóch miesiącach rozgrywek miała jedno zwycięstwo w dorobku?

Robert Skibniewski: - Chcę się rozwijać jako trener. Już dawno, od kilku lat, przygotowywałem się do pracy, więc gdy pojawiła się propozycja, postanowiłem skorzystać. W PLK jest tylko 16 stanowisk pracy dla trenerów... Po rozmowie z prezesem Jarosławem Drewą szybko podjąłem decyzję. Uznałem, że mogę pomóc. To jego należałoby zapytać, skąd mu przyszedł do głowy taki pomysł.

Reklama

Polpharma zamykała wtedy tabelę, a od lat pod względem budżetu nie może się mierzyć z czołowymi klubami. Nie miał pan obaw, że dużo ryzykuje na początku przygody trenerskiej?

- Gdybym nie grał wcześniej w Polpharmie, to pewnie bym się tak szybko nie zdecydował. Znam ludzi i atmosferę tego klubu, miasta, to było dla mnie ważne. Jako zawodnik mam super wspomnienia - wywalczyliśmy Puchar Polski w 2011 roku pokonując w półfinale euroligowe Asseco Gdynia, w finale Anwil, a ja zostałem uznany najlepszym zawodnikiem tego meczu.

Co było w takim razie najtrudniejsze na początku pracy w Starogardzie?

- Najtrudniejsze było... odejście z Dąbrowy Górniczej. Z prezesem Łukaszem Żakiem i trenerem Alessandro Magro miałem bardzo dobre relacje. Jestem im wdzięczny za wspólny czas i to, że zgodzili się, bym odszedł, tym bardziej w takim momencie sezonu. Za dwa tygodnie czekała nas wszystkich bezpośrednia konfrontacja MKS z Polpharmą.

Grudzień był dla pana zespołu niezwykle udany - trzy zwycięstwa, w tym dwa sensacyjne: we Włocławku nad Anwilem 96:89 i na własnym parkiecie z Asseco Arką Gdynia aż 102:67, a następnie z HydroTruckiem Radom 93:85. Którą wygraną ceni pan najbardziej?

- Z Radomiem.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Pan żartuje?

- Nie. Przed meczami z Anwilem i Arką miałem spokojniejszą głowę, bo było dużo czasu na przygotowania. Wiedziałem, że dobrze przepracowaliśmy ten czas. Oczywiście wygrana we Włocławku to zawsze prestiż, a pokonując Asseco potwierdziliśmy, że potrafimy grać na wysokim poziomie. Mecz z Radomiem był dla mnie zagadką, bo czasu na przygotowania było mniej. Poza tym miałem obawy o koncentrację koszykarzy po wcześniejszych dwóch spotkaniach.

To może szkoda, że teraz czeka pana drużynę przerwa, bo kolejny mecz dopiero 27 grudnia w Ostrowie Wlkp. Forma może uciec...

- Wierzę, że nie. Przerwa od meczów o punkty się przyda, bo możemy spokojnie popracować. Chłopakom należy się też odpoczynek, bo ostatnio nie mieli ze mną łatwo... Myślę, że widzą, iż ciężka praca przyniosła dobry skutek. Mieli wolne 23 i 24 grudnia, ale pozostałe dni trenujemy normalnie.

Kto jest dla pana trenerskim wzorem? Od kogo się pan uczył?

- Miałem w karierze zawodniczej ponad 30 trenerów; jedni byli bardzo dobrzy, inni nie. Każdy mnie czegoś nauczył. Wiem na pewno, jakim trenerem... nie chcę być. Pomaga mi to, że byłem koszykarzem. Trener musi być psychologiem, a ja niedawno byłem po drugiej stronie +bariery+ i nie zapomniałem jak tam jest.

A jacy szkoleniowcy mieli największy wpływ na pańskie obecne poczynania na ławce trenerskiej? Grał pan przecież w reprezentacji Polski, zdobył mistrzostwo Polski ze Śląskiem Wrocław, był mistrzem Słowacji i wicemistrzem Czech. Wymieni pan jakieś nazwiska?

- Saso Filipovski, Mike Taylor, Włoch Pierro Bucchi, gdy rozpoczynałem karierę w Śląsku Wrocław, Chorwat Teo Cizmic, który pracował w AZS Koszalin. Miałem też bardzo fajnego szkoleniowca, gdy grałem w czeskim Prostejowie - Słowaka Petera Balinta.

Chce pan wzmocnić zespół jakimś zawodnikiem?

- Rozglądamy się za Polakiem, silnym skrzydłowym, który mógłby grać na pozycji +cztery+, ale raczej nic z tego nie wyjdzie. Zawodnicy, których bym widział, nie przyjmują naszych propozycji, a jeśli już coś uzgodnimy, to niestety nie zgadzają się finanse... Kombinujmy więc z taktyką jak możemy. Chcę wykorzystywać tych koszykarzy, których mam na różnych pozycjach.

A co zawodowego i prywatnego chciałby pan dostać w świątecznym prezencie?

- Kibiców na trybunach, szczególnie w Starogardzie Gdańskim, bo tu zawsze czuć wsparcie fanów. To miasto, podobnie jak Włocławek czy Słupsk, żyje koszykówką, więc koronawirus daje się z tego punktu widzenia mocno we znaki. Drugi prezent to otwarci na rozmowę sędziowie. Wielu arbitrów potrafi rozmawiać merytorycznie, ale są i tacy, którzy odwracają się do ciebie plecami i nie dopuszczają żadnego dialogu. Prywatny prezent to jedna, najważniejsza rzecz - zdrowie dla moich najbliższych i dla mnie.

Rozmawiała: Olga Miriam Przybyłowicz

olga/ pp/

Tego jeszcze nie widziałeś! Sprawdź nowy Serwis Sportowy Interii! Wejdź na sport.interia.pl!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje