Reklama

Reklama

Energa Basket Liga. Filip Dylewicz: Wciąż mam głód zwycięstw

Rekordzista ekstraklasy pod względem liczby meczów (673) Filip Dylewicz (Asseco Arka Gdynia), który 25 stycznia obchodzi 41. urodziny, nie ukrywa, że gra w koszykówkę cały czas sprawia mu radość. "Wciąż mam głód zwycięstw i każda porażka boli" - powiedział PAP.

Dylewicz, który debiutował w ekstraklasie w wieku 17 lat, pod koniec 1997 roku, rekordowy 673. mecz rozegrał dwa dni przed 41. urodzinami, w sobotnim spotkaniu z Legią Warszawa (83:92), poprawiając osiągnięcie Dariusza Parzeńskiego, pięciokrotnego mistrza Polski (cztery razy ze Śląskiem Wrocław, raz z Mazowszanką Pruszków).

"Do meczu z Legią nie docierało do mnie, że poprawię rekord. Otoczka spotkania (po inauguracyjnym rzucie sędziowskim spotkanie przerwano i przedstawiciele PZKosz wręczyli rekordziście pamiątkowy zegarek - PAP) sprawiła, że łezka w oku się zakręciła, +motylki+ w środku przekazywały: Filip zrobiłeś coś fajnego. Trzeba się z tego cieszyć. Choć oczywiście indywidualne nagrody, rekordy nie są najważniejsze. Dla mnie satysfakcja to wygrana zespołu. A jak wygrywasz, to się pojawiają trofea, ale to tylko dodatek do sukcesu drużyny. Nigdy nie pomyślałem, że poprawię rekord Darka. Gdyby to było moją motywacją, mógłbym tego +nie udźwignąć+ i nie dotrwać do tej chwili" - powiedział.

Reklama

Najwięcej sezonów - 16 - spędził w Treflu Sopot, ale grał też w Old Spice Pruszków, PGE Turów Zgorzelec i Stali Ostrów Wlkp. Ma w dorobku 12 medali mistrzostw Polski, w tym siedem złotych (w latach 2004-2009 z Prokomem Treflem Sopot, w 2014 z PGE Turów Zgorzelec). Był uznawany dwa razy MVP finałów (2008, 2014). O obecnym sezonie mówi, że to najprawdopodobniej jego ostatni, ale...

"Koszykówka sprawia mi cały czas przyjemność. Także dlatego, że prezentuję chyba jeszcze całkiem przyzwoity poziom. Po meczach widzę w oczach kolegów, ale i rywali, że nadal +jestem w grze+, słyszę bardzo miłe słowa. To motywacja, by walczyć dalej. Szkoda, że czas leci tak szybko. Nagiąłem już koszykarską średnią +życia+ o jakieś osiem lat. Jestem rozdarty, czy to mój "Last dance" (nawiązanie do filmu o karierze Michaela Jordana - PAP), czy nie. Są dni, że czuję się bardzo dobrze, ale i takie, w których chcę rzucić wszystko od zaraz. Na pewno wiem, że takiej decyzji nie podejmę pod wpływem impulsu. To musi być poważna analiza" - podkreślił.

Pytany o najlepszy mecz w karierze, Dylewicz bez większego namysłu wskazuje spotkanie, a w zasadzie dwa spotkania ćwierćfinału mistrzostw Polski z Anwilem Włocławek w kwietniu 2011 roku. Wymienia też mecze w Eurolidze w 2007 r.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

"Każdy mecz jest ukoronowaniem pracy i wyrzeczeń... w ostatnich blisko 30 latach, dodając do kariery seniorskiej czas juniora, gdy rozpoczynałem przygodę z koszykówką. Najlepsze mecze w karierze? Dwa we Włocławku w ćwierćfinale, gdy jechaliśmy tam mając bilans 1-1 po spotkaniach w Sopocie. Obydwa wygraliśmy po dogrywkach i miałem w tym udział - w jednym rzuciłem 30 pkt, a w drugim nieco mniej (24 - PAP). Pokonaliśmy Anwil 3-1 i awansowaliśmy do półfinału. Pamiętam też spotkania Euroligi z Efesem w Stambule i Panathinaikosem w Atenach, gdy wygraliśmy sensacyjnie" - dodał.

Koszykarz, który miał zostać... cukiernikiem (chodził do szkoły o tym profilu - PAP), cieszy się, że dokonał takiego, a nie innego wyboru. Na zajęcia sportowe posłała go w Bydgoszczy babcia, której jest też dozgonnie wdzięczny.

"Decyzja o wyborze koszykówki była chyba trafiona, skoro zapisałem się na kartach historii. Babcia ma w tym ogromny udział. Nie wiem, czego musiałbym dokonać w cukiernictwie, by osiągnąć podobny rekord - może wymyślić przepis na dwupiętrowy tort? Rekordy są po to, by je poprawiać. Jestem świadomy, że ktoś kiedyś będzie lepszy ode mnie, ale... chyba nie w najbliższym czasie. Mówiąc żartem nawet ostatnio usiadłem z kalkulatorem w ręku i sprawdzałem, czy może mnie dogonić Łukasz Koszarek (kapitan Zastalu Zielona Góra i reprezentacji Polski), ale uspokoiłem się - Łukasz występuje na pozycji rozgrywającego, jest bardziej +wyeksploatowany+, bo więcej się nabiega, więc raczej mnie nie przegoni. Cieszę się, że piszę historię, że jestem na tym +wózku+ i że jadę dalej" - podkreślił.

Radość i satysfakcję z rekordu zburzyła Dylewiczowi przegrana z Legią i obecna sytuacja Asseco Arki w tabeli - klub z Gdyni, dziewięciokrotny (2004-2012) mistrz kraju ma obecnie bilans 7-16 i zajmuje 14. lokatę. Bedzie walczył do końca rozgrywek o utrzymanie się w ekstraklasie.

"Do rekordu powinna się dołożyć wygrana z Legią, niestety nie udało się. Troszkę się nam zespół +posypał+ przez poważne kontuzje kolegów, do tego doszła zmiana trenera. Nie jest łatwo, ale mogę powiedzieć, że właśnie trudna sytuacja to dla mnie dodatkowy impuls. Nie wyobrażam sobie, by w moim mieście - Gdyni zabrakło męskiej koszykówki i klubu z takimi tradycjami. Skupiam się na każdym kolejnym spotkaniu i walce o coś więcej niż tylko ligowe punkty. Mam swoje lata i wiem, że poważna decyzja przed mną, ale odkładam ją na później" - dodał.

Dylewicz podkreślił, że ma szczęście, bo robi w życiu to, co kocha.

"Co lubię najbardziej w koszykówce? Rywalizację na każdym treningu. To, że staram się udowodnić sobie, kolegom, ale i przeciwnikom podczas meczów, że jestem lepszy od nich - oczywiście wszystko w zdrowych kategoriach sportowej walki. Lubię te rytuały: przygotowanie do meczu, taktyka, potem rzut zza ucha na rozgrzewce, walka na parkiecie, bloki, przechwyty, ale i pudła czy straty. To mi się nadal nie znudziło. Wciąż mam głód zwycięstw i każda porażka boli. Oczywiście mam kryzysy, ale jestem wdzięczny losowi, że pozwolił mi robić tak długo to, co kocham. Przynoszę szczęście i łzy, choć jest także czasami ból, sobie i innym osobom" - zakończył.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje