Reklama

Reklama

Ekstraklasa koszykarzy - kapitan Anwilu Łączyński: O drugie złoto było trudniej

- Koszykarze Anwilu Włocławek drugi raz z rzędu sięgnęli po mistrzostwo Polski. Udział w obu sukcesach ma Kamil Łączyński. "Oba smakują tak samo, ale drugie złoto było trudniejsze do zdobycia" - powiedział rozgrywający.

Przed rokiem włocławianie zwyciężyli w finale play off BM Slam Stal Ostrów Wlkp. 4-2 i święcili triumf na parkiecie przeciwników, a Łączyński został wtedy wybrany najlepszym graczem (MVP) finałowej serii. Tym razem okazali się w decydującym rozgrywce lepsi od Polskiego Cukru Toruń 4-3, a złote medale ponownie odbierali w hali rywali.

Reklama

"Oba te sukcesy smakują tak samo, ale łatwiej jest zdobyć tytuł niż go obronić, zatem trudniejsze do zdobycia było drugie, czyli tegoroczne złoto. Wszystkie reflektory są skierowane na mistrza, każdy chce pokazać, że może z nim wygrać, każdy pretendent do tytułu jest szalenie groźny. To dodatkowe wyzwanie" - podkreślił kapitan zespołu z Włocławka.

W tegorocznej edycji Energa Basket Ligi Anwil, czwarty po fazie zasadniczej, potrzebował w play off 15 spotkań do zdobycia mistrzostwa, w poprzednim sezonie - 14. W zakończonych w piątek rozgrywkach już w pierwszej rundzie pucharowej zmierzył się z rywalem z finałów 2017/18 i wygrał 3-0. Potem potrafił odwrócić rywalizację z najlepszą po fazie zasadniczej Arką Gdynia z 0-2 do 3-2 w półfinale, a wreszcie z numerem dwa - Polskim Cukrem - od 0-1, przez 2-3 do 4-3 w finale.

Przed rozpoczęciem fazy play off zespół trenera Igora Milicica nie był faworytem, ale rósł wraz z kolejnymi występami. Najlepszą formę uzyskał na mecze finałowe.

"Od początku było jasne, że liczyć się będą cztery najlepsze zespoły po fazie zasadniczej plus piąta Stal. Każdy miał szanse. Wiadomo, że przewaga parkietu w play off jest ogromnym atutem, ale pokazaliśmy, że potrafimy zwyciężać także na wyjeździe. Tak samo było w zeszłym roku, gdy wygraliśmy w Zgorzelcu, Zielonej Górze i Ostrowie" - zauważył.

W realizacji planów nie przeszkodziły włocławskim "Rotweilerom" kontuzje chorwackiego środkowego Josipa Sobina i Michała Ignerskiego, czołowych graczy formacji podkoszowej, które wykluczyły ich z gry w decydujących spotkaniach.

"Na pewno nam to nie pomogło. Trzeba było szybko zmieniać taktykę. Igor Milicic, przy pomocy całego sztabu, po raz kolejny pokazał, że w tych kwestiach jest mistrzem. My zawodnicy robiliśmy wszystko, żeby to, co nam przekazuje, co zaplanuje, przenieść na parkiet. I tak się stało. Nie mieliśmy większych problemów. Natomiast widać było, jaką Toruń ma nad nami przewagę, chociażby na atakowanej obręczy" - skomentował Łączyński.

Kapitan zespołu, także nękany kontuzjami w trakcie sezonu, miał w jego trakcie nieco słabsze występy niż przed rokiem (średnio 5,7 pkt, ale 6,2 as. - wobec 8,0 i 5,8), jednak w dwóch decydujących spotkaniach spisał się świetnie i rozegrał najlepsze mecze. W szóstym we Włocławku uzyskał 12 punktów, w tym 11 w ważnej dla zbudowania przewagi trzeciej kwarcie, miał cztery zbiórki i osiem asyst. Siódme spotkanie zakończył z dorobkiem 13 pkt i sześciu asyst - były to jego najwyższe zdobycze punktowe w całym sezonie.

"Jaka była tajemnica naszego sukcesu? Kolektyw, wiara w swoje umiejętności i ogromne wsparcie ze strony kibiców" - podsumował krótko Łączyński.

Teraz 30-letniego rozgrywającego czeka zasłużony odpoczynek. Niezbyt długi, bo w końcu lipca rozpoczynają się przygotowania reprezentacji Polski do mistrzostw świata w Chinach (31 sierpnia - 1 września).

"Jeszcze nie wiem, gdzie spędzę urlop. Na pewno będę odpoczywał z rodziną. Siostrze urodził się niedawno wspaniały chłopczyk, więc na pewno ją odwiedzę. Pojadę do Gdańska, gdzie mieszkam. Z wszystkimi postaram się spotkać. Czasu jest niewiele. Trochę odpoczynku i wracamy do pracy" - zakończył.

cegl/ pp/

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Łączyński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje