A.J. Slaughter: Polacy chcą szybko widzieć efekt
- Na początku pobytu w Polsce byłem zszokowany, gdy słyszałem o kolejnych odejściach i zwolnieniach. Uważam, że w Polsce, jeśli coś nie idzie zgodnie z planem, to od razu zachodzą zmiany. Taka jest mentalność. Polacy chcą od razu widzieć rezultaty. Moim celem jest dołożenie - w barwach Anwilu - kolejnego trofeum do swojego CV - mówi A.J. Slaughter, zawodnik Anwilu Włocławek. Koszykarz pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ale od 2015 roku ma polskie obywatelstwo.

Karol Wasiek: Jakie są twoje wrażenia z gry w ORLEN Basket Lidze i z pobytu w Polsce?
A.J. Slaughter, zawodnik Anwilu Włocławek: Poziom rozgrywek w ORLEN Basket Lidze jest naprawdę dobry. Jest tu sporo utalentowanych zawodników. Ten sezon - pod względem wyników - jest szalony. Każdy może ograć każdego, jest mnóstwo niespodzianek.
Pobyt we Włocławku oceniam na plus. Funkcjonowanie na co dzień w tym mieście nie sprawia mi żadnych problemów. Klub jest dobrze zorganizowany, dba o wszystko. Mogę liczyć na ludzi tam pracujących w każdej sytuacji.
Atmosfera na naszych meczach jest kapitalna. Kibice nas motywują, ale też są bardzo wymagający w kontekście wyników. Są przyzwyczajeni do wygrywania i grania o najwyższe cele. Zdajemy sobie z tego sprawę.
Jak odnajdujesz się w realiach tak wymagającej publiczności?
- To ma swoje dobre i złe strony. Grałem kiedyś w Panathinaikosie i nie ukrywam, że klimat w pewnym sensie był podobny. Oczywiście Anwil to mniejszy klub, ale pasja kibiców jest podobna.
Kiedy wygrywasz, wszystko jest wspaniale. Noszą cię na rękach. Kiedy przegrywasz, jest źle. To część sportu. Jako doświadczony koszykarz akceptuję to.
Chciałbym zaznaczyć, że uwielbiam atmosferę w Hali Mistrzów, choć moje zdanie jest takie, że prawdziwe kibicowanie to bycie z drużyną na dobre i na złe.
Przed rozpoczęciem sezonu dużo mówiłeś o relacji z trenerem Grzegorzem Kożanem, który ściągnął cię do Włocławka. Polski szkoleniowiec został jednak zwolniony po kilku miesiącach. Jak to odebrałeś?
- To był trudny moment. Nie jest tajemnicą, że jednym z głównych powodów, dla których przyjechałem do Włocławka, była możliwość pracy z trenerem Kożanem. Nasza dobra relacja zbudowała się w trakcie wspólnej pracy w reprezentacji Polski.
Trener odezwał się do mnie latem. To on w dużej mierze wpłynął na to, że przyjechałem grać do Polski. To, że stracił pracę i nie jest już trenerem, było dla mnie trudne.
Cieszę się, że został i nadal jest częścią sztabu szkoleniowego. Teraz pełni rolę asystenta. Nadal żyjemy w dobrych relacjach. Często ze sobą rozmawiamy.
Jesteś bardzo doświadczonym zawodnikiem, który wiele widział w życiu. Chciałbym ciebie zapytać o sytuację, która miała miejsce w meczach w Zielonej Górze i we Wrocławiu. Drużynę prowadził Grzegorz Kożan, mimo że został zwolniony. To był stan oczekiwania na przyjazd na Ronena Ginzburga. Jak zareagowałeś na takie "bezkrólewie" na ławce trenerskiej?
- Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Trener został zwolniony, a nadal prowadził drużynę w dwóch kolejnych meczach. Potem został zdegradowany do roli asystenta. Szczerze? To wiele mówi o jego charakterze. Odłożył dumę na bok. Pochodzi z Włocławka i jestem pewien, że to miało duży wpływ na jego decyzję. Jest w Anwilu od dawna i czuje ogromny sentyment. Tę decyzję podjął dla dobra klubu.
Jak oceniasz grę zespołu w tym sezonie?
- To sezon pełen wzlotów i upadków. Mieliśmy momenty, w których wyglądało na to, że wychodzimy na prostą i zaczynamy grać dobrze. Potem jednak zdarzały się bolesne porażki.
Były wpadki, błędy, a także brak szczęścia. Uważam, że trener Kożan miał sporo pecha. Pierwsze co mi się nasuwa w pamięci to kontuzja Mate Vucicia. Jego strata była bardzo bolesna. Jako zespół mocno ją odczuliśmy.
Było sporo meczów, które powinniśmy wygrać. Np. starcie w Brunszwiku. Przegraliśmy po dogrywce. Spotkanie z PAOK-iem Saloniki, w którym przestrzeliłem kluczowe rzuty wolne. One mi się później śniły po nocach. Koledzy w szatni często mi dogryzali z tego powodu, ale mieli rację. Nie powinno mi się to przydarzyć.
W Salonikach odrobiliśmy 21-punktową stratę, wyszliśmy nawet na prowadzenie, ale nie dowieźliśmy jej do końca. I to wszystko składa się na to, że jeśli wygralibyśmy 2-3 mecze więcej, to być może do zwolnienia trenera by nie doszło, ale wszyscy wiemy, że praca na tym stanowisku nie jest łatwa.
W ORLEN Basket Lidze jest wiele zmian w trakcie trwania rozgrywek. Trenerów i zawodników. Czy jesteś zaskoczony taką liczbą zmian?
- Tak. Po części też dlatego, że przez cztery sezony grałem w tym samym klubie (Gran Canaria - 2020/2024 - przy. red.). Nie mieliśmy wtedy dużej rotacji w zespole.
Nie ukrywam, że na początku pobytu w Polsce byłem zszokowany, gdy słyszałem o kolejnych odejściach i zwolnieniach. Liczba zmian była naprawdę bardzo duża. Później zdałem sobie jednak sprawę z tego, że tak wygląda ten biznes.
Wydaje mi się, że w Polsce, jeśli coś nie idzie zgodnie z planem, to od razu zachodzą zmiany. Nie mówię, że to źle. Po prostu taka jest mentalność.
Jako Polacy nie jesteśmy cierpliwi?
- Nie wiem, czy cierpliwi to dobre słowo. Powiedziałbym, że Polacy cieszą się na szybki sukces. Chcą od razu widzieć rezultaty. Taka jest mentalność. I nie mówię, że to zła cecha. W Europie poznałem wiele różnych stylów zarządzania.
Czy czteroletni pobyt w Gran Canarii to najlepszy okres w karierze?
- Zdecydowanie. Wygraliśmy rozgrywki EuroCup, a mi udało się odbudować karierę po poważnym problemie zdrowotnym. Ten klub będzie zawsze w moim sercu. Mam mnóstwo dobrych wspomnień z Gran Canarii. Poznałem tam wielu dobrych ludzi. Moje dzieci się tam urodziły. Życie na wyspie jest wyjątkowe.
Czy jesteś zadowolony z tego, jak potoczyła się twoja kariera?
- Tak. Jestem zadowolony z tego, jak potoczyła się moja kariera do tego momentu. Przyjazd do Włocławka też uważam za dobrą decyzję. Przyjechałem do kraju, któremu dużo zawdzięczam. Pamiątkowa koszulka, którą dostałem podczas meczu z Austrią, zawiśnie w mojej gablocie. Mam nadzieję, że mocno zakończymy ten sezon. Wszystko jest nadal otwarte. Fajnie byłoby dołożyć do swojego CV kolejne trofeum.
Czy jest coś, czego żałujesz w karierze?
- To znaczy, nie jestem typem osoby, która żałuje, ale jedna rzecz utkwiła mi w pamięci. To było kilka lat temu, gdy byłem na zgrupowaniu kadry Polski. Trenerem był Mike Taylor. Wydaje mi się, że było to po zakończeniu sezonu w Banvicie (2016 rok - przy. red.)
Miałem wtedy konkretną ofertę z Oklahomy City Thunder. Klub chciał ze mną podpisać umowę na wzięcie udziału w przedsezonowym campie. Byłem wtedy w Polsce i trochę zwlekałem z podjęciem decyzji. W końcu powiedziałem im: "ok, róbmy to." Niestety okazało się, że deklarację złożyłem za późno. Następnego dnia zobaczyłem, że klub podpisał umowę z Ronniem Price'em. Pomyślałem sobie wtedy, że moja szansa w NBA przepadła. Nie chciałem grać w G-League. Zrezygnowałem z tego i ostatecznie trafiłem do Strasburga.
Czy to był moment, kiedy byłeś najbliżej NBA?
- Tak, to był moment, kiedy byłem najbliżej NBA, dlatego tak bardzo utkwiło mi to w pamięci. Pojawiły się pytania: co by było, gdybym skorzystał z tej okazji? Co by z tego wyszło?
Jednak tak jak wcześniej mówiłem: jestem zadowolony z mojej kariery, tak jak się potoczyła.
Nadal czerpiesz radość z gry w koszykówkę?
- Tak. Nadal czerpię radość z grania i z trafiania rzutów. Nie boję się brać odpowiedzialności w trudnych momentach. To mnie napędza.












