Reklama

Reklama

Tour de France. Wspaniała atmosfera, szkoda Rafała Majki

Zakochani w tym sporcie kibice, lot helikopterem, ucieczka przed kolarzami, to tylko niektóre z rzeczy, które przeżyłem na Tour de France, najważniejszym wyścigu na świecie. Widząc z bliska walczących zawodników nabiera się do nich jeszcze większego szacunku.

To był mój debiut podczas “Wielkiej Pętli". Udałem się tam na zaproszenie Skody, która jest oficjalnym partnerem wyścigu. Spędziłem na nim co prawda tylko jeden dzień, ale za to bardzo ekscytujący.

Reklama

Na początek zaplanowano przejażdżkę rowerową pod nazwą Early Bird (ranny ptaszek), której patronuje Stephen Roche. Niestety, były irlandzki kolarz jeszcze w sobotni poranek nie dotarł na miejsce.

Roche zjawił się dopiero na wieczornej kolacji, ale z wielką elegancją przywitał się z każdym uczestnikiem mojej wycieczki. Młodszym czytelnikom przypomnę, że to jeden z dwóch zawodników, którzy w jednym roku, w jego wypadku 1987, wygrali potrójną koronę: Giro d’Italia, Tour de France i mistrzostwo świata.

Przed Irlandczykiem tej sztuki dokonał tylko legendarny Belg Eddy Merckx.

- To zmieniło moje życie - mówił o wydarzeniach sprzed 30 lat Roche.

- Nie można porównywać moich osiągnięć do Mercksa, ale wtedy dokonałem tego samego wyczynu co on - dodał.

Wyścig Pokoju jak Tour de France

Potem wyruszyłem na start ósmego etapu do Dole. Moim kierowcą, jak to jest w zwyczaju, był ekskolarz. Ja trafiłem bardzo dobrze, bowiem został nim Tim Harris, mistrz Wielkiej Brytanii z 1989 roku.

- Byłem raz w Polsce, jeszcze jak był komunistycznym krajem - powiedział od razu, gdy tylko dowiedział się, że jestem znad Wisły.

- Startowałem w Wyścigu Pokoju w 1984 roku. Prowadził przez Niemcy (NRD - przyp. red.), Czechosłowację i Polskę. To był największy wyścig w Europie Wschodniej, tak jak Tour de France jest na Zachodzie - opowiadał Harris.

Brytyjczyk nie ma jednak najlepszych wspomnień z tego startu. - Miałem kraksę na górskim etapie - mówił, na dowód pokazując bliznę na prawym udzie. W klasyfikacji generalnej zajął dopiero 81. miejsce ze stratą ponad trzech godzin do zwycięzcy.

Harris okazał się znajomym wszystkich w peletonie. Gdy przyjechaliśmy na start i weszliśmy do strefy przeznaczonej dla zespołów, witał się praktycznie z każdym, m.in. z Nairo Quintaną, Kolumbijczykiem, który wygrał już Giro d’Italia i Vuelta a Espana, a cały czas czeka na triumf w Tour de France.

Kolarze ostatnie minuty przed startem spędzali głównie w swoich autobusach. Nie było w tym nic dziwnego, bo temperatura już zdecydowanie przekraczała 20 stopni Celsjusza, a przecież zawodnicy mieli jeszcze pracę do wykonania.

- Jesteśmy do tego przyzwyczajeni - powiedział jednak o warunkach atmosferycznych Michał Kwiatkowski z grupy Sky, z którym krótko rozmawialiśmy przed startem. "Kwiatek" ma za zadanie pomóc wygrać w "Wielkiej Pętli", już po raz czwarty, Chrisowi Froome’owi.

Kibice i wyścig z lotu ptaka

W Dole można było zobaczyć, co Tour de France znaczy dla kibiców. To prawdziwe święto. Już na dwie godziny przed początkiem etapu okolice startu były zapełnione. Organizatorzy starali się zapewnić zebranym fanom jak najwięcej atrakcji z występami artystycznymi na ruchomych platformach włącznie.

Na trasie również było pełno widzów. We wszystkich miasteczkach, przez które przejeżdżaliśmy, zawsze stawiał się tłum. Podobnie było na trasie, a oczekiwanie trwało nawet kilka godzin. I tylko po to, żeby zaledwie dojrzeć kolarzy, których widać tylko przez kilka sekund.

Przeżyłem to na własnej skórze. Nasza kolumna zatrzymała się koło naturalnego lądowiska dla helikopterów. Zanim wystartowaliśmy, czekaliśmy z kibicami na zawodników. Minęli nas bardzo szybko i tyle ich widzieliśmy.

Ja miałem to szczęście, że potem z lotu ptaka mogłem oglądać poruszającą się kolumnę wyścigową. Przelot helikopterem nad pięknym masywem Jury jest niesamowitym przeżyciem.

Następnie powrót do samochodu i walka z czasem. Wjeżdżaliśmy i zjeżdżaliśmy z premii górskich usytuowanych na trasie, a kolarze nas gonili. Wokół mnóstwo kibiców. Najwięcej oczywiście z Francji, ale byli także Belgowie, Norwegowie, Australijczycy, przedstawiciele RPA, Kolumbijczycy, osobiście widziałem jednego Polaka.

Na podjeździe oglądanie kolarzy jest zdecydowanie przyjemniejsze dla widzów, bowiem wspinają się oni grupkami i dłużej można się delektować ich obecnością.

Szkoda Majki

Zdążyliśmy na metę położoną w Station des Rousses w ostatniej chwili. Jakieś 20 minut później pojawili się już kolarze. Gospodarze mieli okazję do świętowania, bowiem etap wygrał Lilian Calmejane. Ósmy przyjechał Rafał Majka (Bora-Hansgrohe). Wtedy mieliśmy jeszcze nadzieję na dobry występ Polaka w Tour de France 2017. Niestety, dzień później Majka brał udział w kraksie, gdzie mocno się poobijał, a w poniedziałek, wspólnie z grupą, zdecydował o wycofaniu się z rywalizacji.

Tak więc grupa Bora-Hansgrohe straciła już dwóch liderów. Wcześniej z wyścigu został wykluczony Peter Sagan za finisz, w wyniku którego ucierpiał Brytyjczyk Mark Cavendish, wpadając na barierki.

- To bzdura - tłumaczył mi Harris.  - Słowak jechał swoim torem, a Mark wjeżdżał mu pod pachę. Co Sagan miał zrobić? - pytał retorycznie, mimo że Cavendish to przecież jego rodak.

Zakończenie Tour de France nastąpiło dla mnie w Szwajcarii, w przepięknym hotelu nad Jeziorem Genewskim, gdzie równocześnie odbywało się... wesele. Ja mogłem szykować się do powrotu, a kolarzy czekał następny dzień z Tour de France.

Gdy żegnałem się z Harrisem powiedzieliśmy sobie: - Do zobaczenia za rok.

Paweł Pieprzyca, Francja

Dzień na Tour de France spędziłem za sprawą Skody, oficjalnego partnera Tour de France, dostawcy samochodów. Więcej o "Wielkiej Pętli" można przeczytać na We Love Cycling.

Dowiedz się więcej na temat: tour de france | Rafał Majka | Michał Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje