Reklama

Reklama

Rafał Majka zastanawia się nad odpuszczeniem Tour de France

Nasz brązowy medalista olimpijski Rafał Majka ma jasny cel na przyszły sezon - chce wygrać jeden z wielkich tourów. Właśnie dlatego może odpuścić Tour de France.

- Jak byłem małym dzieckiem marzyłem o tym, by zdobyć medal olimpijski i wygrać jeden z wielkich tourów. 50 procent swoich założeń już spełniłem, więc teraz trzeba pracować na drugą połowę. Jeśli uda mi się zwyciężyć we Vuelcie, Giro lub Tour de France, uznam, że wykonałem 100 procent założeń - powiedział 27-letni kolarz z Zegartowic.

Już 2017 rok będzie dla niego okazją, by ten cel zrealizować, choć Majka na razie podchodzi do tego na spokojnie.

- Jestem jeszcze młodym zawodnikiem i mam czas. Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjąłem, ale wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku pojadę Vueltę i Giro. W stu procentach nie jest to jednak jeszcze ułożone, ale chciałbym jako lider wystąpić w tych dwóch wyścigach - przyznał.

Reklama

Właśnie z tego powodu m.in. wybrał niemiecką ekipę Bora-Hansgrohe.

- To drużyna, która buduje się na nowo, jest wiele zmian. W tej chwili trudno powiedzieć, czy znalazłem się już w tym docelowym teamie, z którym uda mi się wygrać jeden z wielkich tourów. Wiem jednak, że będę jednym z liderów. Miałem bardzo dużo propozycji, a gdy podejmowałem decyzję, nie kierowałem się sprawami finansowymi. Chodziło mi wyłącznie o to, żeby dostać możliwość bycia liderem w wielkim wyścigu - zaznaczył.

Kibiców nie trzeba przekonywać jak trudno być profesjonalnym kolarzem. Kilometry na rowerze, godziny na siłowni i na treningu funkcjonalnym, to tylko część pracy jaką należy włożyć w to, by się w tym sporcie liczyć.

- W ciągu roku przejeżdżam na rowerze ok. 42 tys. kilometrów. Nie wiem, czy swoim samochodem mam taki przebieg. Nogi mam chyba mocniejsze od auta - dodał z uśmiechem jeden z najlepszych polskich zawodników w historii.

Na rower w bardzo młodym wieku posadził go trener Zbigniew Klęk. Przy każdej niemal okazji Majka mu za to dziękuje, mimo że nie wybrał najłatwiejszego sportu.

- To prawda. To chyba jedna z trudniejszych dyscyplin. I też mi się często nie chce wstać rano do pracy, nogi mnie ciągle bolą, ale wiem, że muszę wykonać swoją robotę. W tygodniu spędzam na rowerze ok. 40 godzin. Można powiedzieć, że cały etat, a trzeba jeszcze pamiętać o tym, że do tego dochodzi regeneracja, odpowiednie odżywianie, odpoczynek. To czasami więcej niż 10-12 godzin dziennie - przyznał.

Zanim stanął na olimpijskim podium, w dorobku miał kilka innych sukcesów - m.in. trzy zwycięstwa etapowe i dwa w klasyfikacji górskiej Tour de France, trzecie miejsce we Vuelcie i triumf w Tour de Pologne.

- To chyba jednak medal z Rio sprawił, że stałem się tak bardzo rozpoznawalny w całej Polsce. To jest niesamowite, co się dzieje i nie spodziewałem się tego. Zresztą każdy sportowiec przecież marzy o tym, by wywalczyć taki krążek. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy wolałbym mieć medal olimpijski, czy wygrać Tour de France. Odpowiedziałem wtedy, że chcę i tego, i tego. Ciężko wybrać, ale teraz już jedno osiągnąłem, więc mogę skupić się na drugim - podkreślił.

W rozpoczynających się w niedzielę mistrzostwach świata w Dausze nie startuje. Trasa jest zbyt płaska, nie "pod niego". W tym czasie skupi się już na treningu i przygotowaniach do kolejnego sezonu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne