Rafał Majka - wyjechał z niczym, a wrócił jak król. Jego kariera powinna być drogowskazem
Rafał Majka w wieku 36 lat zakończył sportową karierę. Nie przekonał go nawet kolejny kontrakt, jaki oferowała mu grupa UAE Team Emirates XRG. Kolarz z Zegartowic postanowił powiedzieć "basta" i rozstał się z zawodowym peletonem. Postawił na rodzinę, ale w głowie ma już, co chciałby robić w przyszłości i wygląda na to, że z rowerem się nie rozstanie. W obszernej rozmowie z Interia Sport przyznał, że sukcesów na Tour de France, a także medalu olimpijskiego w Rio de Janeiro mogło nie być, bo miał na te imprezy nie jechać. - Nie wiem, czy zdecydowałbym się jeszcze raz na taką drogę. Kosztowało mnie to wszystko wiele wyrzeczeń - przyznał Majka, być może najlepszy polski kolarz w historii, zapytany o to, czy gdyby jeszcze raz stanął przed wyborem, to postawiłby na kolarstwo.

W skrócie
- Rafał Majka zakończył imponującą karierę kolarską, rezygnując z intratnych ofert, by skupić się na rodzinie i nowych wyzwaniach.
- Przeszedł długą drogę od trudnych początków poprzez spektakularne triumfy na Tour de France, medal olimpijski w Rio aż po rolę mentora młodych sportowców.
- Podkreśla, że wytrwałość, wsparcie bliskich i przemyślane decyzje były kluczem do sukcesu, a swoje doświadczenia chce teraz przekazywać kolejnym pokoleniom.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Miałeś 18 lat, kiedy udzieliłeś pierwszego większego wywiadu w swojej karierze. Tak się składa, że to właśnie ja z tobą wówczas rozmawiałem. Wtedy zobaczyłem iskry w oczach młodego chłopaka. Z wielką pasją mówiłeś wówczas o tym, że chciałbyś być mistrzem olimpijskim i mistrzem świata, a twoim idolem był wówczas Lance Armstrong. Wiele z tych marzeń spełniłeś, bo byłeś wytrwały i nie bałeś się wylewać potu na treningach.
Rafał Majka: - Pamiętam tę rozmowę. To wszystko działo się w czasie, kiedy tak naprawdę całkowicie zmieniało się moje życie. Już kiedy przechodziłem do juniora, to zastanawiałem się, co ja mogę robić w życiu? I wtedy postanowiłem, że muszę zostać kolarzem. Ta moja droga wiodła przez Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Świdnicy. Wtedy bardzo wiele pomógł mi trener Zbigniew Klęk, bo moich rodziców nie było stać na taką szkołę. To mnie uratowało, bo tam mogłem skupić się na rowerze. Odpuściłem całkowicie piłkę nożną, bo za nią też się uganiałem w klubie, i postawiłem na kolarstwo. Kiedy odniosłem jeden z pierwszych sukcesów w juniorze młodszym w górach, to zrozumiałem, że to jest właśnie teren dla mnie. Wielkiego kopa dała mi wygrana na Pucharze Świata w Czechach w drugim roku juniora. Znalazłem się w czołówce kolarzy w Polsce. Wtedy, kiedy rozmawialiśmy 18 lat temu, szykowałem się do wyjazdu do Włoch. Tam przeszedłem szkołę życia.
Ten wyjazd przewrócił życie Rafała Majki do góry nogami. "Najtrudniejsze trzy lata mojego życia"
Rodzice mieli gospodarstwo. Do tego mama pracowała. Trudno było wyrwać się z tego domowego kieratu do sportu?
- Przez pierwsze lata uprawiania kolarstwa, tak do juniora młodszego, to dużo pracowałem w gospodarstwie. Naprawdę pomagałem i starałem się, jak najbardziej. Kiedy jednak tata zauważył, że naprawdę zasuwam na rowerze, to powiedział mi: Synu, albo praca, albo sport. Ukierunkował mnie, widząc, że mam talent. Pomógł mi bardzo. Od tego momentu rodzeństwo pracowało za mnie, a ja mogłem się skupić na sporcie. Oczywiście, kiedy kończył się sezon, to znowu starałem się pomagać. Później jednak tak to się rozwinęło, że jednak w domu bywałem rzadko. Wiele w tym czasie pomogło mi rodzeństwo. Siostra i brat przejęli moje obowiązki, za co im dziękuję.
Wróćmy do twojego wyjazdu do Włoch, bo to - jak wspominałeś - był przełom?
- Do Włoch wyjeżdżałem z niczym. Miałem telefon i załadowaną kartę w nim chyba na 30 złotych. Nawet nie miałem prawa jazdy, które było tak potrzebne. Udało mi się zdać egzamin dopiero dwa dni przed wyjazdem. Przed samym wyjazdem przyszli do mnie mama z tatą i zapytali, czy jestem pewny tego, że chcę jechać? Powiedziałem im, że tak, że muszę wyjechać, bo inaczej ze mnie nic nie będzie. Miałem już wtedy dziewczynę, obecnie żonę Magdę. I z tego względu to był też bardzo trudny wyjazd. W głowie miałem wówczas tylko rower. Dawałem sobie cztery lata we Włoszech na to, by przebić się do profesjonalnego peletonu.
Przyjechałem po Giro d'Italia do domu zadowolony z udanego występu. Odpoczywałem i akurat robiłem grilla, kiedy dostałem telefon z informacją: Jedziesz na Tour de France. Pomyślałem sobie, to jest niemożliwe. Przecież odpoczywałem. Przez tydzień nie wsiadałem na rower. Powiedziałem do Bjaerne: Nie ma mowy. Nie jadę na Tour de France. Jestem młody, a wy mnie zajedziecie i będę miał po karierze. Postawiłem się wówczas, ale za chwilę dostałem telefon od Olega Tińkowa. Informacja była krótka: Rafał, masz przyjechać na Tour de France. Jak przyjechałem na zgrupowanie, to dostałem reprymendę. Usłyszałem, że tak się nie robi, bo ktoś mi za to płaci. Zrozumiałem, że to był błąd, ale człowiek całe życie się uczy
Pomagał ci ktoś?
- Dużo pomógł mi Tomek Marczyński. On wyjechał już wcześniej. Tam na miejscu przeżyłem szok. Nie znałem języka, nie miałem praktycznie nic. Wziąłem książkę i zacząłem się uczyć włoskiego. Tam trafiłem na bardzo dobrego trenera, a to była już połowa sukcesu. Bardzo mi pomógł ten szkoleniowiec. Widział we mnie, podobnie jak trener Klęk, duży talent. Starał się, żebym... jak najmniej trenował. Ciągle powtarzał, że nie chce mnie wymęczyć w Orlikach, żebym potem mógł pokazać swoją moc w zawodowym peletonie. Ci, którzy wygrywali dużo więcej wyścigów ode mnie w Orlikach, na zawodowstwie nie zrobili tego, co ja. Oni kończyli kariery, kiedy ja zaczynałem wygrywać. Jak się okazało, trener miał wtedy rację. Ten wyjazd do Włoch nauczył mnie wiele. To była szkoła życia. Przeżyłem tam najtrudniejsze trzy lata swojego życia. Nauczyłem się prać, sprzątać, gotować. Miałem wiele chwil zwątpienia i bardzo tęskniłem za rodziną. Siedziałem tam bowiem przez pół roku, a do domu wracałem na dwa tygodnie. To była masakra. Kiedy jednak nauczyłem się już języka, to było trochę inaczej.
Bardzo tego wyjazdu bała się twoja mama. Szczególnie tego, że możesz wplątać się w jakieś afery, bo o tych było wówczas głośno w kolarstwie.
- Zawsze jednak powtarzałem sobie, że gdybym kiedykolwiek po coś sięgnął, to nie byłbym kolarzem. Zdrowie zawsze było dla mnie priorytetem. Nie chciałbym czymś zaszkodzić sobie i rodzinie. Człowiek myśli przecież o tym, by w przyszłości mieć zdrowe dzieci. Mnie zawsze interesował tylko czysty sport. Dzięki temu miałem długą i dobrą karierę. Oczywiście były wzloty i upadki, ale dałem radę. Czas we Włoszech nauczył mnie pokory. Pamiętam, jak wchodziłem w czwarty rok Orlika. Powiedziałem sobie wówczas: albo teraz, albo nigdy. Interesowało mnie tylko przejście na zawodowstwo. To, jak wówczas trenowałem, to było szaleństwo. Było grubo poniżej minus dziesięciu stopni Celsjusza, a ja opatulony szedłem w domu na rower górski. Przyjeżdżałem zmarznięty i od razu wchodziłem do wanny, żeby się rozgrzać. I do tego była solidna dieta. Już w styczniu byłem wówczas porządnie wycieniowany. Do tego dochodziła rolka i siłownia. Kiedy wróciłem do Włoch, to byłem w niesamowitym gazie. Wszystkich zrywałem. W końcu wyjechałem na staż z Saxo-Bankiem na jedno zgrupowanie. Pomógł mi w tym wówczas mój trener.
Test, który otworzył drzwi o wielkiego świata
Tam spotkałeś się z wielkim Alberto Contadorem. I to on był jednym z orędowników tego, by ciebie sprowadzić?
- Dostałem inny rower. Nawet lekko pęknięta rama była. Nagle znalazłem się wśród gwiazd. Nie mówiłem jeszcze zbyt dobrze po angielsku, ale było tam dużo Włochów. Byłem przerażony. Zacząłem się zastanawiać, gdzie jestem. Na ten test w styczniu na zaproszenie Bjaerna Riisa jechałem w bardzo dobrej dyspozycji. Jechałem w pierwszej grupce, a ekipa z Contadorem ruszyła minutę za nami. Mieliśmy wjechać na szczyt. Dojechała do nas grupa Contadora. I wtedy zaczęli zasuwać jego pomocnicy. Jakie było moje zdziwienie, kiedy trzymałem się ich. Nagle zaczęli strzelać i zostawać w tyle. A ja trzymałem się koła Contadora. Wiedziałem, że muszę wyjechać na górę na wysokim miejscu, bo tylko to może zapewnić mi kontrakt. I wyjechałem na tę górę z Contadorem. Bolało mnie wszystko, ale wiedziałem, że muszę to zrobić. I zrobiłem. Bardziej siłą woli niż mięśni. Contador poklepał mnie po plecach. Pomyślałem wtedy, że jest dobrze. Zaraz przyszedł Riis i powiedział: Młody, talent to ty masz. Zaproponował mi kontrakt, ale musiałem jeszcze poczekać do czerwca. O tym, co zrobiłem na zgrupowaniu, dowiedziały się inne zawodowe ekipy. Propozycje sypały się garściami. I wtedy Saxo-Bank stwierdził jednak, że biorą mnie od razu. Od lutego 2011 roku byłem zatem zawodowym kolarzem. Spełniło się jedno z moich marzeń.
Jeszcze w tym samym roku zadebiutowałeś w wielkim tourze. Wystąpiłeś we Vuelta a Espana, ale wyścigu nie ukończyłeś?
- Miałem wówczas kraksę. Wycofałem się po 16. etapie, ale i tak nie było planu, żebym ukończył wyścig. Miałem się wycofać po dwóch tygodniach. To było szanowanie młodych zawodników.
Jedna z najtrudniejszych chwil w karierze, a potem wygrany wielki tour
Kilka miesięcy później miałeś jechać w Giro d'Italia. Pojawiły się jednak poważne problemy?
- Niestety awarii uległo kolano. To była jedna z moich najtrudniejszych chwil w karierze. Na Volta Catalunya uderzyłem o barierkę. Wróciłem do domu, a dwa dni później nie byłem w stanie usiąść na rowerze. Zacząłem panikować, bo kontrakt miałem tylko na dwa lata i w tym roku się kończył. W Wiśniowej na prostej siadałem na rower. Przejechałem 100-200 metrów i zsiadałem z niego. Płakałem. Mówiłem do Magdy, że nie dam rady jeździć, bo kłuje mnie w kolanie. Jeździłem wszędzie po okolicy, żeby mi ktoś pomógł. Nikt nic nie znalazł w tym kolanie. Wtedy ekipa wysłała mnie do Belgii. Jeden z lekarzy zauważył, że mam mikroskopijny odprysk kości w kolanie. Przeszedłem zabieg. Trzy miesiące później już się znowu ścigałem. To była jedna z poważniejszych moich kontuzji.
Wróciłeś i pomogłeś Contadorowi w wygraniu Vuelty. Docenił to?
- Tak. Nie ukrywam jednak, że byłem przerażony. Miałem dopiero 22 lata, a w trzecim tygodniu wyścigu zostawałem jako ostatni pomocnik. Od tego momentu moja kariera nabrała rozpędu. Dostałem też propozycję podpisania kontraktu na kolejne trzy lata. Miałem wówczas spokojną głowę.
W kolejnym roku bardzo udanie zadebiutowałeś w Giro d'Italia, ale też byłeś drugi w Mediolan - Turyn i trzeci w Giro di Lombardia?
- W Giro przegrałem białą koszulkę najlepszego młodzieżowca na przedostatnim etapie z Carlosem Betancourem. Przegrałem ją dlatego, że rozebrałem się przed podjazdem, a zaraz zaczął padać śnieg z deszczem. Zamarzłem wówczas. Byłem młody i chudy, a do tego niedoświadczony. Teraz o tej historii opowiadam młodym kolarzom, jako przestrogę. Byłem wówczas drugim najlepszym młodzieżowcem i byłem siódmy w klasyfikacji generalnej Giro d'Italia. To był naprawdę znakomity wynik. Jedno miejsce przede mną skończył Przemek Niemiec. On wtedy pobił rekord. Żaden inny polski kolarz nigdy do tego momentu nie zajął wyższego miejsca w Giro. Postanowiłem sobie, że za rok pobiję jego rekord. Bardzo lubiłem pobijać rekordy polskich kolarzy. W 2014 roku byłem szósty i wyrównałem jego osiągnięcie. Wtedy nawet mogłem stanąć na podium. Nairo Quintana razem z Ryderem Hesjedalem i Pierrem Rollandem odjechali nam wówczas na zjeździe. Wszyscy stanęliśmy, a oni nagle na dole mieli trzy minuty przewagi. Wynik Przemka pobiłem jednak w 2016 roku. Byłem wówczas piąty.
Miał nie jechać na Tour de France, który odmienił jego życie
W 2014 roku byłeś rzeczywiście w niesamowitym gazie.
- To był mój najlepszy rok w zawodowym peletonie, ale plany były inne.
Jak to?
- Przyjechałem po Giro d'Italia do domu zadowolony z udanego występu. Odpoczywałem i akurat robiłem grilla, kiedy dostałem telefon z informacją: Jedziesz na Tour de France. Pomyślałem sobie, to jest niemożliwe. Przecież odpoczywałem. Przez tydzień nie wsiadałem na rower. Powiedziałem do Bjaerne: Nie ma mowy. Nie jadę na Tour de France. Jestem młody, a wy mnie zajedziecie i będę miał po karierze. Postawiłem się wówczas, ale za chwilę dostałem telefon od Olega Tińkowa. Informacja była krótka: Rafał, masz przyjechać na Tour de France. Jak przyjechałem na zgrupowanie, to dostałem reprymendę. Usłyszałem, że tak się nie robi, bo ktoś mi za to płaci. Zrozumiałem, że to był błąd, ale człowiek całe życie się uczy.
Finalnie opłaciło się jednak przyjechać na ten Tour de France.
- Zdecydowanie, ale pierwsze dni to był dla mnie koszmar. W pierwszym tygodniu ledwo schodziłem z roweru, a tętno dobijało do 200 uderzeń na minutę. To wszystko przez to, że byłem zaraz po odpoczynku. Normalnie płakałem, bo myślałem, że nie ukończę wyścigu. Cały czas wlokłem się w ogonie peletonu. Po tygodniu zacząłem już jednak przechodzić do przodu. Na 10. etapie na zjeździe Contador porządnie uderzył o asfalt. Był cały rozwalony i miał dziurę w kolanie. A przecież właśnie na Hiszpana jechaliśmy w tym Tour de France. Po dniu przerwy mieliśmy spotkanie w grupie i usłyszałem: Jest okazja, to Rafał jedziesz na etapy! Zaniemówiłem, bo drużyna miała pracować teraz na mnie. Broniłem się. Mówiłem, że to niemożliwe, ale decyzji nikt nie zmienił.
Nie sądziłem, że będę potrafił wygrać jakikolwiek etap. Na 14. etapie na Risoul byłem najlepszy. To była moja pierwsza wygrana w zawodowym peletonie. I od razu na Tour de France. Każdy kolarz marzył o takiej chwili. Tam pod Risoul trenowałem na zgrupowaniu wysokogórskim. Pamiętałem ten podjazd, co do metra. Byłem wówczas w ucieczce. W radiu mówili mi, że mamy dwie minuty przewagi. Na ostatnim podjeździe mieliśmy chyba 1.10. Towarzysze ucieczki zaczęli odpadać. W radiu usłyszałem, że Vincenzo Nibali ma do mnie 40 sekund straty. Stwierdziłem, że pewnie mnie dojdzie, ale postanowiłem walczyć. Za moment przewaga się powiększyła. Nawet koszulki nie zapiąłem. Wyciągnąłem słuchawkę od radia z ucha. Kurczę, wygrałem etap na Tour de France - pomyślałem. Na mecie byłem pierwszy. Powtórzyłem po 21 latach wyczyn Zenona Jaskuły. Za metą przyszedł do mnie Riis i powiedział: Cieszę się, że wygrałeś, ale koszulki się nie rozpina i słuchawkę trzyma się uchu. Zapamiętałem to do końca kariery.
To nie był jednak koniec twoich popisów.
- Byłem w takim kopie, że wygrałem jeszcze jeden etap. Głowa puściła i to poszło już automatycznie. Walczyłem jednak jeszcze o koszulkę górala. Na ostatnim górskim etapie musiałem być jednak w piątce przy wygranej Nibalego. Jak odpaliłem, to jeszcze byłem trzeci na nim. Ludzie zaczęli mówić, że Majka przechodzi do historii. Nawet sobie z tego nie zdawałem wtedy sprawy, co to jest wygrać etapy na Tour de France. Do tego zostałem pierwszym Polakiem, który wygrał klasyfikację górską Wielkiej Pętli.
W Polsce zapanowała euforia. To było szaleństwo, a zaraz ruszał Tour de Pologne.
- Z Tour de France nawet nie przyjechałem do domu. Poleciałem prosto do Gdańska, bo tam startował Tour de Pologne. Chciałem się skoncentrować na tym wyścigu. I nie sądziłem, że go wygram. Stwierdziłem jednak, że skoro jest taka forma, to trzeba to wykorzystać. Pierwsze dwa etapy trochę przemęczyłem. Na ten wyścig byłem liderem. Wygrałem etap w Strbskim Plesie i to ze sprintu. Tak byłem wówczas mocny. Widziałem, że w Bukowinie, jak zasadzę bombę, to nie ma szansy, żeby ktoś mnie przetrzymał. I tak było. Najbardziej bałem się czasówki, ale udało się utrzymać przewagę i wygrałem Tour de Pologne. Pomyślałem sobie wówczas: No teraz to jakiś kolarz ze mnie jest. Zostałem pierwszym polskim kolarzem, który wygrał ten wyścig w dobie World Tour. Od tego momentu moja kariera bardzo się rozwinęła. Podpisałem też nowy kontrakt z Tinkoffem, choć nie zdążyłem jeszcze skończyć starego.
Jak zniosłeś razem z żoną ten szum, jaki się zrobił wokół twojej osoby. Przecież na wasz ślub zjechało się wielu fotoreporterów? To musiało być dla was trudne, taka nagła popularność?
- Nagle poczuliśmy, że tracimy prywatność. Odczuwaliśmy to tak do 2017 roku. Byliśmy wtedy na świeczniku. Zawsze starałem się oddzielać rodzinę od sportu, ale było trudno.
Oleg Tińkow - jaki to był człowiek? Masz jeszcze z nim jakiś kontakt?
- Tak. Mam kontakt. Uwierz mi, na zakończenie kariery, jako jedyny ze sponsorów, u których jeździłem, pogratulował mi mojej kariery. Napisałem mu: Dziękuję, że mogłem jeździć w twojej drużynie. Widywaliśmy się na różnych wyścigach. Miał duże problemy ze zdrowiem w ostatnich latach. Znaliśmy się dobrze. To był trudny facet. Miał takie powiedzenie: Moje Aston Martiny nie siedzą w garażu, tylko muszę jeździć. I my, jako kolarze, musieliśmy zasuwać. Ten, kto tego nie robił, dostawał niezły opierdziel. Był zatem stres.
Kolejne spełnione marzenie - podium we Vuelta a Espana
Kolejnego sezonu w 2015 roku nie zacząłeś zbyt dobrze, ale znowu pisałeś piękną historię?
- W 2015 roku byłem już liderem i sezon zacząłem tragicznie. Zmieniłem trenera, a ten dokręcał cały czas śrubę. Musiałem szybko zejść z wagi. I tak straciłem dwa-trzy miesiące sezonu. Po jednym z wyścigów rozpłakałem się i pomyślałem, że zajechałem się po wcześniejszym sezonie. Ewidentnie coś było nie tak. Wszyscy zganiali na to, że miałem wesele, że byłem nieprofesjonalny. Tyle że ja robiłem wszystko, co było w planach. Od tego momentu nauczyłem się patrzeć też na swój organizm. Jak jednak odpocząłem, to znowu odpaliłem. Posłuchałem doświadczonego trenera i odłożyłem rower na dwa tygodnie. I znowu zacząłem zasuwać. Na Tour de France wygrałem etap i na Vuelta a Espana pojechałem w roli lidera. Wyścig w Hiszpanii zacząłem nie najlepiej, ale potem się rozkręcałem. Bardzo pomagali mi Maciej Bodnar i Paweł Poljański.
Chciałem przejść do historii. Uwielbiałem przekraczać swoje granice, ale też bić rekordy, a przecież nikt z polskich kolarzy nie był na podium klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana. Na dwa etapy przed Madrytem liderem był Tom Dumoulin, a ja byłem czwarty. Za mną był Quintana. Na przedostatnim etapie Holender jednak wiele stracił, a ja jechałem z Fabio Aru i z Mikelem Landą. Wiedziałem, że muszę ich przetrzymać, bo jadę po podium. Zacząłem zrywać kolejnych kolarzy i niewiele zabrakło, a skończyłbym wówczas drugi. Zabrakło mi 12 sekund do Joaquima Rodrigueza. Pamiętam, jak na mecie cieszył się Adam Probosz z Eurosportu, ale do mnie jeszcze nie docierało, co zrobiłem. Dopiero kolejnego dnia zrozumiałem, że stanąłem na podium wielkiego touru. Zawsze chciałem osiągnąć taki sukces. Spełniłem jedno ze swoich marzeń.
Medal igrzysk, na które nie chciał jechać
Nie przestałeś jednak pisać pięknej historii. Ta jedna z najpiękniejszych wydarzyła się w dalekiej Brazylii w Rio de Janeiro. Zostałeś wówczas medalistą igrzysk olimpijskich.
- To był dla mnie świetny rok. Byłem piąty w Giro d'Italia. Zostałem mistrzem Polski. Cztery razy stawałem na etapowym podium Tour de France i po raz drugi zostałem najlepszym góralem tego wyścigu. I zaraz po Wielkiej Pętli były igrzyska, na które miałem... nie jechać.
Dlaczego?!
- Dowiedziałem się, że moja żona jest w ciąży. A wtedy w Brazylii panowała zika, która bardzo źle wpływała na kobiety w ciąży. Bałem się. Nie chciałem przywieźć tej choroby. Siedzieliśmy na sofie i Magda powiedziała: Masz jechać i nie wracaj bez medalu! Wiedziałem, że jestem w dobrej dyspozycji, ale jednak medale były tylko trzy. Zaczęliśmy trenować w Rio de Janeiro i czułem, ze coś jest nie tak. Byłem zmęczony. Trener Patxi Vila mówił mi, żebym zrobił trening, jaki mi wysłał, a wszystko będzie dobrze.
I było.
- Na zebraniu kadry trener Piotr Wadecki powiedział, że chłopaki będą jechać na mnie. To była świetna ekipa. Maciek Bodnar przeciągał mnie po bruku, a Michał Kwiatkowski był w ucieczce na zjeździe i tam ciągnął. Każdy sportowiec chciałby mieć medal olimpijski. Ja też. Pamiętałem, że ostatni był dawno temu i jeszcze w czasach amatorskich. Pod górę odskoczyli Nibali i Sergio Henao. Doskoczyłem do nich, a miałem dużą płytę - 53. Przez chwilę nie dawałem im zmian, bo byłem utłuczony. Wjechaliśmy na ten pamiętny zjazd. Przeżegnałem się i pomyślałem: Będzie ciężko, bo oni dobrze zjeżdżają. W asfalcie były takie wyrwy koło drzew. Pamiętałem to dobrze, bo wiele razy przejeżdżałem to z Maćkiem Bodnarem. Znałem ten zjazd na pamięć. Dlatego na wszelki wypadek zostawałem kilka metrów za Nibalim i Henao. Wyszliśmy z zakrętu i widzę, jak lecą na asfalt. Nie wiem, po prostu nie pamiętam, jak to się stało, że przejechałem pomiędzy nimi. Myślałem, że też polecę, ale nagle patrzę, a ja jadę na solo. Mam autostradę do medalu olimpijskiego. Tyle że było pod wiatr, a ja ważyłem wówczas 59 kilogramów. Modliłem się, żeby tylko przetrwać i dojechać do mety. Na półtora kilometra przed "kreską" odwróciłem się i zobaczyłem za sobą Grega Van Avermaeta i Jakoba Fulgsanga.
A znasz historię tego, jak cię doszli?
- Żona mi opowiadała. Oni nie wiedzieli, że jadę z przodu i pewnie byłoby złoto, gdyby nie to, że powiedział im o mnie Joaquim Rodriguez. Na 900 metrów do mety, kiedy mnie doszli, już wiedziałem, że nie będzie złota, bo zaczęły mnie łapać skurcze. Byłem trzeci. A jak wjechałem na metę, to byłem tak zmęczony, że w czasie rozmowy z Sebastianem Parfjanowiczem z TVP Sport, odpowiadałem po angielsku na jego pytania po polsku. Tak byłem ujechany. Mój organizm był wtedy na limicie. Spełniłem jednak swoje kolejne marzenie. Zostałem medalistą olimpijskim. I chwilę później zmieniłem drużynę. Przeszedłem do ekipy Bora-Hansgrohe.
Zmiana drużyny. "Nie czułem się tam szczęśliwy"
Miałeś tam być liderem, ale to jednak nie były już takie sukcesy, choć zapisałeś na koncie kilka zwycięstw?
- Tam była bardzo duża presja i mocno to odczułem, a wtedy nie zawsze wychodzą pewne rzeczy. Przeszedłem do niemieckiej drużyny jako jeden z liderów na wielkie toury. To były dla mnie cztery bardzo trudne lata, ale wygrałem też etap na Vuelta a Espana, na Tour de California. Drugi byłem w Tour de Pologne. Wtedy miałem też wiele kraks. Byłem liderem na Tour de France, ale po kraksie musiałem się wycofać. W 2019 roku byłem szósty w Giro d'Italia i takie samo miejsce zająłem we Vuelta a Espana. Bardzo męczyłem się całą otoczką w drużynie. Nie czułem się tam szczęśliwy. Chciałem dokończyć jednak ten czteroletni kontrakt. Trudno mi się tam jeździło.
Po pandemii pojawiłeś się już w nowej drużynie UAE Team Emirates. Przechodziłeś do dream teamu.
- Wtedy ten dream team był jeszcze budowie, ale ja miałem być jego ważnym i pierwszym ogniwem. Od razu wiedziałem, że nie będę liderem. Miałem jednak obiecane, że na niektórych wyścigach będę dostawał wolną rękę. Ekipa od razu zapowiedziała, że będą stawiali na młodego kolarza Tadeja Pogacara. Nie wiedziałem, że on będzie tak dobry. Przy podpisywaniu kontraktu menedżer mi wówczas powiedział, że w tej drużynie zakończę karierę. W UEA Emirates w 2021 roku wygrałem kolejny etap na Vuelta a Espana, wygraliśmy Tour de Pologne. W tym wyścigu byłem ostatnim pomocnikiem.
Jeździło mi się zupełnie inaczej, bo nie było już takiej presji, a wiedziałem, że mam pod nogą. Nie sądziłem jednak, że Pogacar tak będzie zasuwał. Zacząłem z nim jeździć wszystkie wyścigi. Razem wygraliśmy Tour de France. W 2022 roku rozbiliśmy wszystkich w wyścigu Dookoła Słowenii. W pewnym momencie zostaliśmy sami i zabawialiśmy się w "kamień, papier, nożyce". To był spontan. Wygrałem wówczas dwa etapy, a Tadej wyścig. To jeden z tych liderów, który jest normalny. Nie zachowuje się, jak gwiazda. W 2023 roku wygrałem etap na Tour de Pologne. Od tego momentu UEA Emirates można nazywać dream teamem, bo wszystko było w niej podporządkowane pod jednego kolarza. Taki zawodnik rodzi się raz na sto lat.
Rafał Majka: mogłem wygrać jeden z wielkich tourów
Mimo wieku wciąż bardzo dobrze sobie radziłeś. Nie czułeś się wyeksploatowany?
- Nie. Wielką robotę w UEA Emirates zrobił nasz dietetyk. Nie wierzyłem, że tak można. Ciągle tylko słyszałem, że mam jeść jak najwięcej. Nawet nie wiedziałem, że tyle można jeść na rowerze. Jadałem do 150 gramów na godzinę, a to jest duży talerz makaronu. I myślę, że to pozwoliło mi dalej być na wysokim poziomie. Nie ukrywam, że UEA Emirates zrobili niesamowitą drużynę. Tam wszystko jest dopięte na ostatni guzik. To perfekcyjna drużyna i stąd się biorą te wielkie zwycięstwa. Na każdym wielkim tourze był jeden masażysta dla kolarza. Do tego był niesamowity mental. My nie jeździliśmy po drugie miejsce, ale po zwycięstwa. W 2024 roku razem z Tadejem wygraliśmy Giro. Miałem zatem na koncie zwycięstwa w trzech najważniejszych wyścigach kolarskich jako pomocnik.
Mogłeś wygrać jeden z wielkich tourów?
- Gdybym odżywiał się tak, jak teraz, to mogłem wygrać. Nikt mi jednak tego nie mówił, a bywało, że na treningu potrafiłem nic nie jeść. Czasami tak samo było na wyścigu i przez to nieraz mnie odcinało. Nie dostarczałem odpowiedniej ilości energii organizmowi. I to był błąd.
Wygrałeś etapy na Tour de France i Vuelta a Espana, ale nigdy na Giro d'Italia. Ekipa nie chciała ci w tym pomóc na koniec kariery?
- Miałem wygrać etap na Giro d'Italia. Taki był plan. Okazało się jednak, że mieliśmy teraz Isaaca Del Toro. To kolejny wielki talent w naszej drużynie. I do niego zostałem przydzielony jako pomocnik. W czasie wyścigu nastąpiła jednak zmiana. Przyszedł szef i poprosił, bym pomógł wygrać temu chłopakowi wyścig, choć wiedzieli, że chcę wygrać etap. Zgodziłem się. Może nie spełniłem marzenia i nie wygrałem etapów na trzech wielkich tourach. Zawsze jednak byłem takim zawodnikiem, który wywiązuje się z zadań. Ostatecznie przegraliśmy wyścig. Nie wygram już etapu na Giro i tego będzie mi brakowało. Tak samo, jak medalu mistrzostw świata. Jako kolarz jestem jednak spełniony.
W ostatnich miesiącach dużo mówiło się o reprezentacji Polski w kolarstwie. Padało też twoje nazwisko w kontekście tego, że nasi najlepsi zawodnicy nie wystąpili w mistrzostwach świata i Europy.
- Od razu powiedziałem, że nie wystąpię w żadnej z tych imprez. Nie byłem przygotowany w stu procentach na końcówkę sezonu. Poza tym temat reprezentacji Polski jest trudny. Jazda z orzełkiem na piersi to jest zawsze zaszczyt. Nie startowałem w ostatnich latach w reprezentacji, ale nie mam sobie jednak nic do zarzucenia. Polska reprezentacja nigdy nie pomogła mi w drodze do sukcesów. Czasami było nawet bardzo trudno. Bywało, że sami opłacaliśmy wyjazd na mistrzostwa świata.
"Po śmierci taty zrozumiałem, że są rzeczy ważniejsze, a życie jest za krótkie"
Twoim ostatnim wyścigiem był Il Lombardia. Znowu wykonałeś świetną pracę jako pomocnik, za co Tadej ci podziękował. Przed startem jednak kolarze zrobili ci szpaler. Uroniłeś łezkę?
- Czułem się dziwnie na tym wyścigu. Dzień wcześniej do hotelu przyjechała moja rodzina. Zresztą przed wyjazdem syn pakował mi się do walizki. Zrozumiałem, że to jest ten czas. Nie mogłem spać, bo takie były emocje. Zresztą żona też to przeżywała. Moje życie nagle się zmieniało. Nie będzie już takiej adrenaliny, która napędzała człowieka przez tyle lat. Nie będzie już tego życia na petardzie. Byłem w szoku, ilu polskich kibiców pojawiło się, by mnie pożegnać na Lombardii.
Nie żałujesz swojej decyzji?
- Nie. Zawodowy sport jest bardzo trudny. Brakowało mi już tego czasu spędzanego z rodziną. Tata zawsze namawiał mnie do tego, żebym jeździł jak najdłużej, ale po jego śmierci zrozumiałem, że są rzeczy ważniejsze, a życie jest za krótkie. Chciałem już odejść w 2024 roku, ale dałem sobie jeszcze rok. Obiecałem jednak żonie, że kolejny sezon będzie już ostatni. W styczniu przyszedłem do szefostwa i oznajmiłem, że to jest mój ostatni rok w karierze. Nie chcieli wierzyć. Po Giro d'Italia dostałem propozycję kontraktu. Do jego przedłużenia namawiał mnie jeden z szejków, który jest właścicielem drużyny, ale odmówiłem. Chciałem zakończyć karierę, pamiętając, że moje nogi kręciły się z przodu peletonu, a nie z tyłu. I w momencie, kiedy nie męczyłem się tym, co robię. Nie ukrywam, że dopiero, co zakończyłem karierę, a już mi brakuje kolarstwa. Oczywiście wciąż jeżdżę, bo nie mogę tego rzucić z dnia na dzień. To byłoby zabójcze dla serca. Przecież rocznie robiłem po 30 tysięcy kilometrów na rowerze. Teraz jednak wsiadam na rower i bawię się tym. Nie patrzę już na komputer, tylko kręcę sobie spokojnie przez dwie-trzy godziny, a kiedy wracam do domu, to czuję się zrelaksowany.
Zbigniew Klęk to dla mnie jest drugi tata. Trener chciałby, żebym jeszcze jeździł. I rozumiem go. Postawiłem jednak na rodzinę i na zdrowie. Trenera szanuję bardzo za wszystko. Najpierw odkrył mój talent, a potem wychował mnie kolarsko. Nieraz dostałem od niego reprymendę. Nauczył mnie jednak wszystkiego, co mi się w życiu przyda. Zawsze też, jak jest w okolicy, to przyjeżdża na kawę. Cały czas mamy świetną relację. Gdyby nie jego pomoc, to mnie byłoby w kolarstwie. Mnie i mojej rodziny nie było stać na to, bym został sportowcem
Był taki moment, że chciałeś wcześniej zrezygnować ze sportu? Miałeś przecież wiele kraks. Obawiałeś się kiedyś o swoje życie?
- Kolarstwo to sport bardzo niebezpieczny i to też przyspieszyło zakończenie kariery. Sam widzisz, jak niebezpiecznie jest na naszych lokalnych drogach. Na treningach często jeżdżę na styk z samochodami. Nie mogę jeździć po ścieżce rowerowej - tam, gdzie ona jest - bo stwarzałbym zagrożenie dla innych ludzi. Zawsze mnie to dziwi, że ludzie trąbią na kolarzy, a na traktory nie. A przecież jesteśmy takimi samymi użytkownikami dróg. Rowerzysta też popełnia błędy. I ja to rozumiem, bo mnie się też zdarzało. Poza tym, wracając do niebezpieczeństw płynących z kolarstwa, to sport zawodowy niszczy zdrowie. To nie jest normalne, że trenuje się w temperaturze na minusie i przejeżdża się na rowerze ponad 200 kilometrów. Do tego dochodzą kraksy, o których wspominałeś. Nigdy jednak nie było takiego momentu, w którym chciałem wcześniej zejść z roweru.
Przedszkole i plany na dalsze życie. "Nie wiem, czy zdecydowałbym się jeszcze raz na kolarstwo"
Lata temu razem z żoną otworzyliście w Raciechowicach przedszkole i żłobek "Tęczowa Kraina". Skąd taki pomysł?
- Trafiła się okazja kupna przedszkola w Raciechowicach. Kupiłem je jako inwestycję w przyszłość. Moja mama pracowała w Domu Dziecka. Dzięki temu, że kupiłem przedszkole, mogła zmienić pracę na lżejszą i bliżej domu. Jest na emeryturze, ale dalej sobie pracuje w przedszkolu. Dzięki temu żona mogła też zająć się czymś innym, niż tylko wychowywaniem dzieci. Mogła wyjść do ludzi. Początki były trudne. Jak się uda, to w Dobczycach będę się starał otworzyć kolejne przedszkole. Teraz będę miał więcej czasu, więc będę mógł się skupić na budowie.
Jaki masz plan na dalsze życie?
- Kariera sportowca jest krótka, więc trochę zainwestowałem w nieruchomości i z mam, z czego żyć. Jak w każdym biznesie - raz jest lepiej, a raz gorzej. Roweru jednak nie odstawiam i od stycznia będę kolarzem-amatorem. Prawdopodobnie będę jeździł zatem dalej na rowerku. Już na innym. Będę się starał reklamować marki rowerowe. Na pewno będę miał zajęcie. I chcę mieć. Do kwietnia jednak robię reset. Chcę się zająć rodziną i złapać oddech. Na pewno, jak się czymś zajmę, to na sto procent, bo zawsze tak robię. Lubię gotować i chcę spróbować czegoś nowego w życiu. Trzeba mieć jakieś zajęcie. Jak odpocznę, to ruszam z jednym z projektów, ale na razie nie chcę nic zdradzać.
Restauracja?
- Kto wie. Na pewno jednak zostanę też ze sportem. Mam trochę fajnych koszulek i trofeów. Może powstanie z czasem miejsce, w którym można byłoby to pokazać. Muszę mieć tylko czas na to, by to wszystko posegregować. Teraz mam czas, by pojeździć z synem i córką na treningi. Syn trenuje piłkę nożną w Rabie Dobczyce, a córka gimnastykę - też w Dobczycach. Chcę, żeby byli w sporcie, ale niekoniecznie, żeby zostali sportowcami. Syn jednak szybko załapał rower i powtarza mi, że będzie tatą.
Ostatnio "Przegląd Sportowy" pisał, że zarobiłeś w karierze ponad 60 milionów złotych. Pieniądze chyba nigdy nie zawróciły ci w głowie?
- Oczywiście pieniądze są ważne w życiu, ale one nigdy nie przysłoniły mi innych rzeczy. Gdybym patrzył na pieniądze, to pewnie jeździłbym znacznie dłużej. Media piszą o zarobkach i rzucają kwoty, ale jednak jest w tym wiele nieprawdy. I tyle mogę powiedzieć o moich zarobkach. Kolarstwo na pewno nie jest, jak piłka nożna, w której można zarobić miliony. Trener Klęk zawsze mi powtarzał, bym inwestował, a nie szastał pieniędzmi, bo wtedy będę miał z czego żyć, jak zakończę karierę.
Widzisz swoich następców w Krakusie Swoszowice i w ogóle w Polsce? Co mógłbyś im podpowiedzieć, bo ostatnio słyszałem od jednego z prezesów, że najważniejsze jest to, by jak najszybciej wyjechać z Polski. Tylko za granicą można rozwinąć się kolarsko?
- Teraz młodzi sportowcy mają podane wszystko na tacy, a nie potrafią tego wykorzystać. Każdemu jednak, kto chce coś zrobić w kolarstwie, doradzałbym jak najszybszy wyjazd z Polski. A tak naprawdę dotyczy to każdego sportu, bo dzieli nas przepaść. Gdybym sam nie podjął kilkanaście lat temu tej trudnej decyzji o wyjeździe z Polski, to nie wiem, czy dzisiaj miałbym na koncie tyle sukcesów. W Polsce kluby, które wychowują młodzież, mają bardzo trudno. Kiedy już kogoś wychowają, to nic nie dostają w zamian. Za takimi talentami pieniądze nie idą do klubu. Teraz Krakus oddaje do Hiszpanii dwóch zawodników. Ciekawym kolarzem młodego pokolenia jest Jan Jackowiak. Problemem współczesnego kolarstwa jest jednak to, że trafiają do grona zawodowców coraz młodsi kolarze. 18-letni zawodnik nie jest jeszcze w pełni mężczyzną, a już ma gigantyczne obciążenia. Taką harówkę fizyczną i mentalną przez tyle lat mało kto wytrzyma. W końcu dojdzie do tego, że kolarze zaczną znacznie wcześniej kończyć kariery.
Gdybyś jeszcze raz miał wybierać życiową drogę, to wybrałbyś ponownie kolarstwo?
- Nie wiem, czy zdecydowałbym się jeszcze raz na taką drogę. Kosztowało mnie to wszystko wiele wyrzeczeń. W kolarstwie nie można odpuścić. Musisz być ciągle gotowy, bo inaczej pojedziesz na wyścig i cię nie będzie. Musisz intensywnie trenować, bo nogi muszą pracować. Rower sam za ciebie nie pojedzie.
Majka Days to impreza, jaką organizowałeś od lat. Będą kolejne edycje?
- Będziemy teraz rozmawiać, jak to będzie wyglądało, bo chciałbym to zrobić nieco inaczej. Wolałbym, by to była impreza bardziej dla młodych kolarzy i dla rodzin. Chcę jak najbardziej promować kolarstwo, bo w Polsce coraz mniej jest tego. Uciekamy od tego, a potem dziwimy się, że mnie mamy młodych talentów. Jak nie ma trudnych wyścigów, to z tego nie będzie kolarzy. Na Zachodzie są tylko trudne wyścigi dla młodych zawodników.
"Zbigniew Klęk to dla mnie drugi tata"
Na koniec zapytam o trenera Zbigniewa Klęka, bo to osoba, bez której chyba nie byłoby cię w kolarstwie. Kim on jest dla ciebie, bo wasza relacja jest chyba czymś więcej?
- To dla mnie jest drugi tata. Trener chciałby, żebym jeszcze jeździł. I rozumiem go. Postawiłem jednak na rodzinę i na zdrowie. Trenera szanuję bardzo za wszystko. Najpierw odkrył mój talent, a potem wychował mnie kolarsko. Nieraz dostałem od niego reprymendę. Nauczył mnie jednak wszystkiego, co mi się w życiu przyda. Zawsze też, jak jest w okolicy, to przyjeżdża na kawę. Cały czas mamy świetną relację. Gdyby nie jego pomoc, to mnie byłoby w kolarstwie. Mnie i mojej rodziny nie było stać na to, bym został sportowcem. Jako jedyny z Krakusa wygrałem wyścig kolarski juniorów - Złote Koło Mistrzostwa Zrzeszenia Krajowego LZS. Pamiętam, jak w czasówce pobiłem rekord Konrada Łapy. Moje zainteresowanie kolarstwem zaczęło się właśnie od niego. Jego mama Teresa Łapa była dyrektorką w szkole w Zegartowicach i Konrad czasami przyjeżdżał poopowiadać nam o kolarstwie. To pani Teresa przyciągnęła trenera do tak małej miejscowości, jak Zegartowice. Trafiłem w swoim życiu na dobrych ludzi. I dzięki temu moja kariera mogła się rozwijać. Jak tylko mogę, to wspieram trenera i klub.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:









![Guadalajara - FC Barcelona. Gdzie i o której obejrzeć? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000M2TWIRYL1G5DF-C401.webp)





