Po trzech dniach sprinterskiej rywalizacji, którą zdominował Włoch, Jonathan Milan (Lidl-Trek) wygrywając odcinki z metami w Koszalinie, Szczecinie i Zielonej Górze peleton Tour de Pologne rozpoczynał w czwartek na dobre walkę o triumf w klasyfikacji generalnej. Odcinek z Żagania do Karpacza był bowiem pierwszym, poważniejszym wyzwaniem. Według pierwotnych założeń suma przewyższeń miała wynosić prawie 2300 metrów, skumulowanych głównie w drugiej części 174-kilometrowej trasy. Ostatecznie, na skutek skrócenia trasy i wyłączenia jednej premii górskiej w Borowicach okazała się nieco mniejsza, ale nie zmieniła ogólnego obrazu - o wszystkim decydować miał (i decydował) finał w Karpaczu.
"Orlinek" wyłonił faworytów Tour de Pologne
Podjazd prowadzący na metę "rozbity" był na dwie części: w pierwszej kolarze mieli do przejechania 7 kilometrów ze średnim nachyleniem przekraczającym 6%, po czym, po krótkim zjeździe czekała na nich prowadząca na metę kilometrowa wspinaczka o średniej 8%.
Zanim jednak przyszło nam ekscytować się wydarzeniami w finale, pierwsze skrzypce grała ucieczka dnia, licząca tego dnia czterech zawodników. W odjeździe znaleźli się Patryk Stosz, Tobiasz Pawlak (obaj reprezentacja Polski), lider klasyfikacji górskiej, Dries De Bondt (Jayco - AlUla) i Matteo Malucelli (XDS - Astana). Ich przewaga wynosiła maksymalnie niespełna cztery minuty.
Czwórka rozdzieliła między sobą punkty na premii górskiej III kategorii w Antoniowie (wygrał ją De Bondt). Jej przewaga powoli spadała i wydawało się, że wszystko potoczy się według "standardowego" scenariusza, w którym peleton ją wchłonie, a następnie w komplecie rozpocznie wspinaczkę w Karpaczu. Los chciał jednak inaczej.
Neutralizacja i gonitwa peletonu
42 kilometry przed finiszem doszło bowiem w peletonie do dużej kraksy, w której leżało łącznie kilkudziesięciu zawodników, w tym jeden z faworytów etapu, Jan Christen, a także jego kolega z ekipy UAE Team Emirates, Joao Almeida. Sędziowie zneutralizowali rywalizację i zatrzymali wyścig na około 30 minut. Zdecydowano też, by wobec tego czasowego opóźnienia skrócić trasę o część 15-kilometrowej rundy na przedmieściach Karpacza.
Po wznowieniu zmagań ucieczka miała minutę i 40 sekund zapasu nad peletonem. Biorąc pod uwagę zmiany na trasie i jej "uproszczenie" było to całkiem sporo, bo w nowym układzie do finiszu pozostawało ledwie nieco ponad 20 kilometrów i tylko jeden (choć "podwójny"), opisany wcześniej podjazd na metę. W głównej grupie wściekle pracowała ekipa Decathlon CMA CGM, ale przewaga odjazdu utrzymywała się bez większych zmian aż do podnóża wspinaczki do Karpacza.
Zmęczenie liderującej czwórki i fakt, że żaden z jej członków nie ma inklinacji do jazdy w trudnym terenie sprawiły jednak, że na podjeździe ich przewaga zaczęła spadać bardzo szybko. 9,5 kilometra przed finiszem, gdy zapas wynosił 45 sekund na atak zdecydował się Stosz, do którego dołączył De Bondt. Razem przejechali jeszcze 1500 metrów, po czym zostali wchłonięci przez zasadniczą grupę. Walka o etapowe zwycięstwo zaczęła się tym samym na dobre.
Bart Lemmen show
7,5 kilometra przed metą na atak zdecydował się Tijmen Graat (Visma - Lease a Bike), do którego dojechał kolega z drużyny, Bart Lemmen i Marco Brenner (Tudor). Z czasem do czołówki "przeskoczył" też Christian Scaroni (XDS - Astana). 4,5 kilometra przed metą z grupki zaatakował Lemmen, z łatwością odjeżdżając od towarzyszy i mając około 15 sekund przewagi nad peletonem. Pozostawało pytanie, czy uda mu się utrzymać ten zapas do mety.
U stóp finałowej ścianki Holender miał 20 sekund zapasu. Wściekle gonił go Scaroni, który na ostatnich metrach niemal dopadł rywala. Ostatecznie jednak to Lemmen, były żołnierz Holenderskich Sił Powietrznych zwyciężył. Został też nowym liderem wyścigu. Drugi był Włoch z Astany, a trzeci Axel Laurance (Netcompany - Ineos). Żaden z Polaków nie zmieścił się w czołowej "10".
W piątek na kolarzy czeka etap z Opola do ośrodka Kocierz Resort. Podobnie jak ten czwartkowy, zakończony jest bardzo wymagającym podjazdem.














