Reklama

Reklama

MP w kolarstwie: Marcin Białobłocki: Po złoto wyprawiła mnie żona

Marcin Białobłocki, mistrz Polski w jeździe indywidualnej na czas, zawdzięcza sukces w dużej mierze żonie, która nakłoniła go do przyjazdu do Strzelina. 31-letni kolarz, ścigający się w Wielkiej Brytanii, był dotąd w ojczystym kraju mało znany.

Mówi z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem. Pochodzi z Sokółki pod Białymstokiem, gdzie w miejscowym Sokole rozpoczynał przygodę z kolarstwem. Później trenował w Kolarzyku Ełk oraz w Opty Grodzisk Mazowiecki, gdzie zetknął się z trenerem Norbertem Ogórkiem, któremu - jak podkreśla - zawdzięcza najwięcej. Jak na kolarza jest bardzo wysoki - mierzy 194 centymetry.

W ostatnim sezonie w Polsce, w 2005, jeździł w swojej pierwszej grupie zawodowej - PSB u Dariusza Banaszka. "Byłem najmłodszy w ekipie, nie brali mnie na wyścigi i w połowie sezonu doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu. W sumie jestem jednak wdzięczny Banaszkowi, bo dzięki niemu moje życie zmieniło się na korzyść. Podjąłem decyzję o wyjeździe do Anglii".

Reklama

Wyjechał do Wielkiej Brytanii za chlebem razem ze swoją dziewczyną, a obecnie żoną Heleną. Pracował na wózku widłowym, przewożąc ziemniaki i banany. Była to ciężka fizyczna praca.

"Przez pewien czas pracowałem nocą w sortowni, a w dzień spałem i trenowałem w klubie amatorskim. Do czasu, gdy poznałem przez właścicielkę wynajmowanego przeze mnie domu byłego kolarza, pół-Polaka, pół-Brytyjczyka, Dave'a Baranowskiego. Dzięki niemu skupiłem się tylko na kolarstwie" - wspominał.

W latach 2007-2008 ta dyscyplina sportu dopiero zaczynał zdobywać popularność w Wielkiej Brytanii. Powstawały grupy zawodowe, pojawiły się lepsze pieniądze. Białobłocki jeździł jeszcze przez kilka sezonów w ekipie amatorskiej, ale mógł już utrzymać siebie i żonę. Powracał do wózka widłowego tylko na zimowe miesiące.

Nie licząc krótkiego epizodu w ekipie PSB, został kolarzem zawodowym mając już 27 lat, w roku 2011. Obecnie reprezentuje barwy ekipy One Procycling.

"Powiem szczerze, że Anglicy uważają siebie za lepszych od Polaków. Ale w grupie zawodowej poznali mnie i zasłużyłem sobie na ich szacunek. Przez kilka lat byłem jedynym polskim kolarzem na Wyspach Brytyjskich. Dopiero w tym sezonie dołączył Karol Domagalski, ale do innego zespołu" - wspomniał.

Białobłocki potrafi jeździć po górach, co udowodnił triumfując dwa lata temu w wyścigu Dookoła Irlandii. "Irlandia może nie kojarzy się z górami, ale nie brakuje tam 25-procentowych podjazdów, może krótkich, ale bardzo sztywnych" - ocenił.

W  Strzelinie pokazał, że doskonale jeździ na czas. Wprawdzie na starcie zabrakło Michała Kwiatkowskiego i Macieja Bodnara, ale za to rywalizowali tej klasy zawodnicy, co Rafał Majka czy Mateusz Taciak. W środę po raz pierwszy Białobłocki jechał tak długą czasówkę. Trasa liczyła 44 kilometry.

"Na mistrzostwa Polski wyprawiła mnie żona, bo ja w siebie aż tak nie wierzyłem. W Anglii bardzo popularne są czasówki dziesięciomilowe, czyli po 16 kilometrów. Zacząłem w nich nawet bić rekordy i wygrywać z takimi kolarzami, jak Luke Rowe z ekipy Sky. Nigdy nie jechałem jednak w tak długiej próbie. Zastanawiałem się, jak wytrzymam tempo przez godzinę. Ale okazało się, że nie było źle".

Zwycięstwo w mistrzostwach Polski da Białobłockiemu szansę startu w mistrzostwach świata w Richmond, a wcześniej w reprezentacji Polski w Tour de Pologne.

"Jeżeli dopisze tylko zdrowie, bo motywacja będzie nie z tej ziemi, to przygotuję się tak, że będę lepszy niż teraz" - obiecał.

Po zakończeniu kariery sportowej Białobłocki zamierza pozostać w Wielkiej Brytanii. Głównie ze względu na dzieci: dwuipółrocznego Aleksandra oraz roczną Oliwię.

"Nie ma co ukrywać, że życie w Wielkiej Brytanii jest prostsze. Nauka w szkole jest przyjemnością, a nie stresem, jak w Polsce. Mieszkamy w niewielkim miasteczku Bridgewater w hrabstwie Somerset. Jesteśmy tam szczęśliwi".


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje